Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Budapeszt – Zamárdi

środa, 4 IX 2024


Niezbyt miłe obrazki | Nowoczesność dziś i wczoraj | Czy to są góry? | Czarne chmury zbierają się nad nami | Nad Balatonem: Ostrzegalem cię! | O jak tu fajnie! | Zachód słońca nad jeziorem


Dziś chyba najtrudniejszy logistycznie dzień. Musimy przejechać nad Balaton, gdzie mamy zamówiony nocleg w agroturystyce. Autobus do Budapesztu kupiłem w miarę dobrej cenie po 52 zł od osoby na godzinę 8:20. A to oznacza wczesne wstawanie. Na śniadanie zjadam wczorajsze kanapki, zagryzając pociętą na paski papryką.

Podjeżdżamy tramwajem 18 na główny dworzec kolejowy, tu w pobliżu znajduje się międzynarodowy dworzec autobusowy. Najbliższe 30 minut oczekiwania na autobus spędzamy obserwując ludzi i świat.

– Brudno tu mają! – w Renacie odzywa się estetka.

Fakt. Przecież dworce są zawsze wizytówką miasta, a tu wszędzie porozrzucane są papiery, butelki, pety.

– Pamiętam, jak rankiem we wrześniu 2014 roku zjawiłem się tu z Sergiuszem – zaczynam, patrząc na kilku imigrantów, którzy ze swymi tłumokami koczują na sąsiedniej ławce. – A tu taki obrazek: wielki, zapijaczony facet ze skudłaconymi włosami śpi na ławce, spod kufajki wyziera rozchełstana koszula, a podarte i obstrzępione spodnie zaświadczają o trudnym żywocie mężczyzny. Był to taki kontrast w stosunku do zadbanej i w miarę czystej Nowej Zelandii, że nie mogłem sobie odmówić sobie sfotografowanie tego włóczęgi.

Odjeżdżamy punktualnie, 250-kilometrowa droga zajmie nam ponad 3 godziny. Godzinę później przebudzam się z drzemki.

– Minęliśmy granicę?

– Tak.

Od kilku tygodni w Europie zaostrzone są kontrole granic. Skoro jednak nie zatrzymywaliśmy się, to widać Węgrzynie boją się niekontrolowanego napływu ludzi.

– Popatrz, jaka jest różnica między Austrią a Węgrami. Tam, jak spałeś, widziałam mnóstwo fotowoltaiki, całymi kilometrami ciągnęły się instalacje, było też bardzo dużo elektrowni wiatrowych. A tutaj... – Renata wskazuje smętnie obracające się skrzydła samotnego wiatraka.

– No może... Ale popatrz! – ożywiam się – Tam jest jeszcze kilka… nie! Kilkanaście wiatraków.

– Ale tam było więcej!

Z pewnością. No cóż: mam nadzieję, że fotowoltaika i energetyka wiatrowa będą się rozwijać. Jeszcze w połowie XX wieku symbolem postępu i dobrobytu były czarne dymy z elektrowni węglowych nad Śląskiem, a cała Polska cieszyła się z oddawania kolejnych bloków energetycznych w Bełchatowie i w Koninie. Dziś nowoczesność mierzymy powierzchnią czarnych paneli pokrytych krzemem…

Zjeżdżamy z autostrady. Od chwili widocznie było malownicze miasteczko z wysokimi wieżami kościołów po lewej stronie. To Győr, o który zahaczyłem z Sergiuszem podczas trampingu w 2013 roku. Kolejny raz myślę sobie, że to wielka szkoda, że jazda autobusem nie pozwala na robienie sobie półgodzinnych przystanków w interesujących miejscach. Z drugiej strony... czy byłbym w stanie zapamiętać to wszystko, co widziałem do tej pory? Jeszcze nie tak dawno potrafiłem wymienić około 500 miast, które kolejno zwiedziłem podczas trampingów. Dziś tych miast i miasteczek zbierało się ponad tysiąc. Bywa i tak, że widoki z tych miejscowości zacierają się w pamięci – o ile nie zobaczyłem tam czegoś interesującego lub nie spotkało mnie tam coś dziwnego.

Krajobraz przed Budapesztem staje się bardziej interesujący. Przyjeżdżamy przez węgierskie góry. To raczej wzgórza, ale mają spore wysokości względne. Pokryte są lasami iglastymi i mieszanymi, tu tez utworzono Obszar Ochrony Krajobrazu Gerekse (Gerecsei Tájvédelmi Körzet). Węgry kojarzą się nam zwykle z Kotliną Panońską – wielką niziną z centralnie położonym Balatonem. Ale nie można zapominać, że Madziarzy mają swoje pasma górskie na północy: Średniogórze Północnowęgierskie (Északi-középhegység) z górami Matras (Kékes 1014 m n.p.m.) i szeregiem innych pasm sięgających 900-1000 m n.p.m., a także niewysokie Alpy Węgierskie (Kőszegi-hegység) w zachodniej części kraju. Uśmiecham się (ale z sympatią) na myśl o mieszkańcach płaskich krajów. Nie wiem, czy mieszkańcy Holandii lub republik bałtyckich, w których najwyższe szczyty nie przekraczają 300 metrów bardzo tęsknią za prawdziwymi górami. Pewno nie, skoro ich sami nie mają. Jeszcze szerzej uśmiecham się na myśl o zdobywcach Korony Europy, którzy po zdobyciu Mont Blanc, Mitikasu i Triglawa, muszą jeszcze zaliczyć kilkusetmetrowe wzgórza w tych nizinnych krajów.

Nasz autobus zatrzymuje się tylko na jednym przystanku w stolicy na jej zachodnim wschodnim brzegu, a konkretnie na dworcu Nepliget. Nie jest to nam zbyt na rękę, gdyż pociągi nad Balaton odjeżdżają przede wszystkim ze stacji Gili i innych w Budzie, czyli po drugiej stronie Dunaju. Jak się dowiadujemy w informacji na pobliskim dworcu autobusowym, nie ma sensownych połączeń z miejscowościami położonymi na Balatonem. Musimy przejechać do Budy. W automacie kupujemy bilety tramwajowe po 450 forintów i przejeżdżamy przez most na stację Kelenföld. Stąd też można złapać połączenie kolejowe nad Balaton.

– Obyśmy tylko zdążyli na ten wcześniejszy pociąg, bo kolejny jest dopiero za godzinę – mówię, sprawdzając rozkład jazdy w internecie.

Musimy jeszcze kupić bilety. Wcześniej ich nie kupowałem, gdyż nie wiedziałem, o której godzinie dotrzemy na dworzec.

– Zostało jeszcze 5 minut – mówi Renata.

W przejściu podziemnym kupujemy bilety wraz z miejscówkami na pociąg regionalny i biegiem wpadamy na peron. Zdążyliśmy!

Przyjazd nad „węgierskie morze” trwa około półtorej godziny. Najpierw dojeżdżamy w dobrym tempie do miasta Szekesfehervar, a potem zwalniamy, zatrzymując się w kilku miasteczkach nad Balatonem, między innymi w Siófok, który odwiedziłem z Sergiuszem.

Dojeżdżamy do Zamárdi. Wygląda na to, że najważniejsza część planu na dziś jest zrealizowana.

– Wstąpmy najpierw do sklepu, skoro jest otwarty – proponuję, zobaczywszy market ABC. – Musimy kupić chleb i wodę.

Przegląd cena skłania nas do wniosku, że jest tu wyraźnie drożej niż w Polsce.

– Ale to pewno dlatego że miejscowość turystyczna – zauważa Renata.

– Być może.

Teraz musimy odszukać nasz nocleg. To parę ulic dalej, ale czuję, że będą kłopoty. Rezerwacja z Booking.com nie podaje konkretnego numeru budynku przy ulicy Széchenyi, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Posiłkując się gps-em odnajdujemy właściwe miejsca.

– To musi być tutaj – mówię, ale furtka jest zamknięta, a dom wygląda na niezamieszkały.

Sprawdzam jeszcze raz lokalizację na mapie podanej przez Booking.com.

– Tu jest ta droga boczna, innej nie ma.

W domu jednak nikogo nie ma, żywego ducha też wokół. Brakuje jakichkolwiek oznaczeń agroturystyki lub pensjonatów.

– Zapytam sąsiada, poczekaj.

Jó napot kívánok! – wołam do faceta siedzącego w ogrodzie domu po przeciwnej stronie ulicy. Do furtki podchodzi mężczyzna w średnim wieku, tłumaczę w czym rzecz.

– Nie, nie znam nikogo, kto tu wynajmuje.

– A możesz zatelefonować na numer właściciela obiektu? – pytam. – Nie mam karty węgierskiej.

Mężczyzna dzwoni, ale nikt nie odbiera. Teraz już wiem, że będą problemy.

– Zadzwonię do Booking.com, muszą wyjaśnić sprawę.

– A ja zadzwonię do sąsiadki, może ona coś więcej wie.

Doradca z Bookingu przyjmuje zgłoszenie.

– Jeśli w ciągu pół godziny nikt nie odpowie na naszego e-maila, podejmiemy procedurę relokacji.

– Okej, będę czekać – odpowiadam. – Tylko proszę zrozumieć, że jesteśmy po całym dniu jazdy i chcielibyśmy jak najszybciej wejść do obiektu.

– Postaram się zrobić co można, ale obowiązują nas procedury.

Okej, przyjmuję. Raz już miałem taką sytuację w Kilonii, kiedy obiekt po prostu zniknął z portalu w dniu przyjazdu. Wówczas Booking stanął na wysokości zadania i zwrócił kilkadziesiąt euro za lepszy hotel w centrum. Mam nadzieję, że tym razem też wyjdziemy na swoje.

– Chodźmy teraz na plażę – proponuje Renata. – Przecież nie będziemy tu stać nie wiadomo jak długo.

Brzeg Balatonu jest 200 czy 300 metrów dalej. Na szczęście nie jest w tym miejscu zarośnięty, a plaża jest... trawiasta. Co kilkadziesiąt metrów są pomosty i schodki ułatwiające zejście do wody. Jest dość pusto, nie ma zbyt wielu chętnych na opalanie się lub kąpiel. Zaledwie parę osób rozłożyło się na kocach, a dwie czy trzy osoby brodzą w wodzie po kolana.

– Uprzedzałem cię przecież, że Balaton to bajoro… – zwracam się do Renaty, patrząc na mętną wodę.

– Nie szkodzi. I tak tu chciałem przyjechać i zobaczyć Balaton.

Doskonale ją rozumiem. Są miejsca na świecie, które wypada zobaczyć, chociaż nie są rewelacyjne lub zbyt fotogeniczne. Czasem są to mizerne resztki jakichś ruin, ale ważne w dziejach świata lub istotne dla kultury.

Rozkładamy się w cieniu drzewa. Później Renata decyduje się na kąpiel.

– Zrób mi zdjęcie! – woła.

– Dobrze. Już robię.

– Jeszcze nie teraz! Jak odejdę od brzegu.

Jasne. Pamiątka musi być.

Dzwoni Booking. Ustalamy, że samodzielnie zarezerwuję inny nocleg, a tamten pechowy zostanie anulowany. Wybieram dwukrotnie droższą miejscówkę na sąsiedniej ulicy i rezerwuję.

– Wezmę wszystkie rzeczy do tego hotelu – proponuję. – A ty będziesz mogła swobodnie się tu kąpać.

Niestety, komplikacje się jeszcze nie kończą. Odnajduję zamówiony apartament. Brama i furka są zamknięte na cztery spusty. Wysyłam maila do właściciela i po 15 minutach dostaję sms-a. Wkrótce się zjawi. Rzeczywiście po paru minutach podjeżdża 40-letni sympatyczny Węgier. Wita się ze mną serdecznie i zaprasza do środka. Pokoje i aneks kuchenny mamy na parterze, natomiast w ogrodzie znajduje się dobrze wyposażona kuchnia. Jest też i basen. Musze jeszcze wiedzieć, jak otwierać bramę. Węgier daje mi pilota i przekazuje instrukcje.

– Klucze wrzuć rano do skrzynki przy bramie – tłumaczy i żegna się.

Już, już odjeżdża samochodem, gdy przypominam sobie, że potrzebuję rachunek z potwierdzeniem naszego pobytu, by rozliczyć się z Bookingiem.

– Dobrze, wyślę ci na pocztę. Ale to potrwa. Muszą najpierw pieniądze trafić na moje konto.

– Rozumiem, Dziękuję i do widzenia.

Niestety za Chiny nie potrafię zapamiętać węgierskiego Búcsú!

Wracam biegiem do Renaty. Plażujemy jeszcze pół godziny i przenosimy się do naszego apartamentu.

– O jak tu fajnie! – zachwyca się Renata.

Dziewczyna zapoznaje się z wyposażeniem kuchni i pokojami.

– To co? Wskakujemy teraz do basenu? – pytam na koniec.

– Jak chcesz, to się wykąp, tu dla mnie za głęboka woda.

– Ale ja cię uratuję w razie czego.

– Nie, nie chcę.

Oj, oj, oj! Dziewczyna faktycznie ma uraz do głębszej wody. Pospacerować wzdłuż brzegu morza jest w porządku, ale walka z dużymi falami lub snurkowanie odpadają. Szkoda, bo rafa koralowa bywa fantastyczna. Mam nadzieję, że zanim pojedziemy do Oceanii, Renata zmieni podejście.

No dobrze. Wskakuję na parę minut do wody.

– Teraz czas na fotkę ze mną – proszę po przepłynięciu tam i z powrotem kilkumetrowego basenu.

Przebieram się i znów idziemy nad jezioro. W oczekiwaniu na zachód słońca spacerujemy wzdłuż brzegu tam i z powrotem. Później robię "artystyczne" zdjęcia z sylwetką Renaty na tle pomarańczowego niebo. W powrotnej drodze zahaczamy o market, dokupując margarynę i cebulę oraz zapas coli na jutro. W kuchni na świeżym powietrzu smażymy sobie kiełbasę z cebulką i zjadamy ten skromny obiad.

Zanim zaśniemy, odkrywam w sypialni interesujące rozwiązanie techniczne. Otóż pod łóżkiem, które jest materacem położonym na podmurówce znajduje się szczelina, z której lekko ciągnie chłodem. Ten sposób klimatyzacji polegającej na chłodzeniu pomieszczeń powietrzem schłodzonym poniżej ma wielowiekową historię w krajach strefy podzwrotnikowej. Doskonałym przykładem są badgiry, które spotykałem w Iranie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej