Dzień: [1] [2] [3] [4]


Pula – Triest

niedziela, 12 V 2022


Plażujemy! | Moje zachwyty nad Triestem | W muzeum archeologicznym | Bębniarki na placu Unii | Magiczne światła miasta


Autobus do Triestu mamy o 12:00. To wystarczający czas, by zgodnie z wczorajszymi ustaleniami poopalać się kilka godzin. Niestety najbliższe plaże są tutaj z dala od centrum a i tak niezbyt atrakcyjne, bo kamieniste lub wręcz skaliste. Wychodzimy więc z hostelu już o 8:00, zabierając ze sobą plecaki. Mamy do przejścia około cztery kilometry, a spacer wykorzystujemy, by jeszcze raz, tym razem w świetle dnia, przyjrzeć się głównym zabytkom miasta.

– Myślę, że wrócimy na dworzec autobusem – zapowiadam.

Plaża Valkane jest niewielka, piasku brak. Niedzielny poranek mieszkańcy spędzają rozłożywszy się na trawnikach. Kilkaset metrów dalej jest plaża dla naturystów, Renata jednak mocno wzbraniała się przed nią.

Wydawało mi się wcześniej, że w tym kąciku Adriatyku woda w maju będzie wystarczająco ciepła. Może, ale nie dla mnie. Zanurzam się tylko raz szyję i uciekam na brzeg. Z uznaniem natomiast obserwuję zmagania 50-latka przepływającego 180-metrowej szerokości zatokę.

Po dwóch godzinach leżenia uznajemy, że czas na transfer na dworzec. Autobus nr 2 jedzie dość okrężnej trasą, co pozwala na zapoznanie się w podmiejskimi osiedlami. A jednocześnie uszczupla nasz portfel po 2 EUR za bilet. Naprawdę współczuję im wprowadzenia tego euro. W sąsiednim Trieście godzinne bilety będą kosztować po 1,30 EUR. Negatywne doświadczenia z komunikacją publiczną w Chorwacji jeszcze się nie kończą. Znów zostały przydzielone mi we FlixBusie ostatnie nierozkładane miejsca.

– Da się to jakoś zatkać? – pyta Renata, wskazując na wyrwaną regulację nawiewu powietrza nad jej miejscem. Ja tymczasem konstatuję, że dwa miejsca w ostatnim rzędzie są wyrwane i w każdej chwili mogą spaść. Najbliższe gniazdko elektryczne jest wyrwane, a WiFi oczywiście nie działa. Tragedia. Miejsc jest dość, więc się przesiadamy, ale z pewnością będę reklamować ten kurs.

– Jak można sprzedawać miejsca w tak niesprawnym i niebezpiecznym autobusie? – złoszczę się.

W Trieście będziemy o 15:00. Nie jedziemy wybrzeżem, lecz głównymi drogami prowadzonymi w głębi półwyspu Istria. Tylko na chwilę zjeżdżamy do nadmorskiej miejscowości Rovinj. Przed wyjazdem zastanawiałem się, czy nie zrobić tu noclegu, gdyż miejscowość wydaje się atrakcyjna, ale skoro zdecydowaliśmy się na Park Narodowy Brijuni, to zobaczymy Rovinj tylko przejazdem.

– Popatrz! Jeszcze sezon się nie zaczął a oni już tacy opaleni – mówię na przystanku.

Grupa śniadych imigrantów czeka z bagażami na swój autobus.

Jeszcze dwie granice i zaczynają się przemysłowe, portowe dzielnice Triestu. Do tej pory miasto to kojarzyło się, między innymi, z początkiem pierwszej podróży Tomka Szklarskiego do Australii. Ale też gdzieś w pamięci miałem fakt, że ten region Włoch miał swoją burzliwą historię. Mało kto przecież pamięta, że jeszcze przez kilkanaście lat po II wojnie światowej ten region, zwany Wolnym Terytorium Triestu (Territorio Libero di Trieste, Слободни Териториј Трста) był administrowany przez ONZ, aż do podziału w 1954 roku między Jugosławię i Włochy.

Wysiadamy w Trieście przed dworcem kolejowym otwartym osobiście przez cesarza Franciszka Józefa w 1850 roku. Jest parę minut po 15:00, pogoda wciąż się utrzymuje, oby tak zostało do naszego powrotu do Krakowa.

– Będziemy musieli sprawdzić połączenia kolejowe z Miramare – mówię, wiedząc, że jutro czeka nas wycieczka do pobliskiego zamku – Ale na razie chodźmy do hotelu, żebyśmy zdążyli więcej zwiedzić.

Oferta noclegowa w Trieście nas nie rozpieszcza. Optymalnym okazał się niewielki hotel w samym centrum miasta, to zaledwie 300 metrów stąd. Mieści się w zabytkowej kamienicy, pokoje są wysokie, okna duże, co stwarza kontrast z lokum w Rijece. Łazienka i wucet osobno, na korytarzu. Na szczęście w pokoju jest umywalka. Nie jestem fanem tego typu staroświeckich rozwiązań. Nieważne.

– To co, herbata i idziemy zwiedzać?

Jedno z darmowych muzeów jest otwarte do 18:00, nie chcę przepuścić okazji. Natomiast drugie – muzeum morskie z mapami i marynistycznymi eksponatami, które wypatrywałem po drodze – sprawiało wrażenie zamkniętego.

Od razu muszę powiedzieć, że Triest z miejsca mi się spodobał. Eleganckie ulicy, place z pałacami i fontannami uprzyjemniają spacer turystom. Aczkolwiek tych ostatnich w ten weekend nie jest zbyt wiele wielu.

Mijamy plac Vittorio Veneto z Fontanną Trytonów (1898). Jest dość wąski, otacza go szereg reprezentacyjnych XIX-wiecznych budynków użyteczności publicznej (budynek poczty i kolei państwowej) oraz pałaców. Trzeba dodać, że tych eleganckich budynków kojarzących się z dostojnym Wiedniem w całej dzielnicy Borgo Teresiano jest wiele. Przed nami Canal Grande – zaledwie 330-metrowej długości kanał z zacumowanymi łódkami. Przy Piazza della Borsa zgodnie z nazwą znajduje się budynek dawnej giełdy, dziś mieści się tu izba handlowa. Stoi przed nią pomnik Neptuna, ale naszą uwagę przykuwa inna „atrakcja”: kilkanaście olbrzymich kontenerów do segregowania śmieci wystawionych na placu.

– W takim miejscu!? – jęczę i fotografuję.

– Obrzydliwość! – wtóruje Renata.

Ale ogólnie atmosfera jest w tej dzielnicy typowo turystyczna. Ludzie siedzą na ławkach lub ogródkach kawiarnianych, zaglądają do sklepów, spacerują. My zaglądamy do pobliskiego kościoła parafialnego Santa Maria Maggiore usytuowanego nieco ponad miastem. Cóż z tego, kiedy z widok na starą część miasta jest zasłonięty przez współczesny biurowiec. Czyżby nie mieli generalnego konserwatora zabytków?

Cały czas zmierzamy w kierunku Museo d’Antichità Winckelmanna ze zbiorami archeologicznymi. Dość przypadkowo trafiamy na Arco di Riccardo – pochodzący z 33 r. n.e. łuk rzymski. Nie sprawia na nas żadnego wrażenia – w pamięci mamy wciąż Łuk Sergiusza z Puli. Jedna fotka wystarczy.

– Chyba tędy – spoglądam na mapę.

Droga prowadzi teraz nieco pod górę, idąc krętymi uliczkami, mijamy zabytkową kapliczkę i zerkamy z góry na Giardino di Via San Michele. Uff! Jesteśmy na miejscu, w pobliżu katedry (Cattedrale di San Giusto Martire) skręcamy do muzeum archeologicznego.

Zanim wyjdziemy do głównego, kilkupiętrowego budynku, przechodzimy przez otaczający go park z setkami kamiennych artefaktów. Zgromadzono tu fragmenty nagrobków, kolumn, pomników i płaskorzeźb. Obfitość eksponatów nie idzie jednak w parze z ich atrakcyjnością. Są w większości uszkodzone i połamane, co sprawia niekorzystne wrażenie. Zaglądamy jeszcze do niewielkiego pawilonu czy też w kaplicy z kilkunastoma rzeźbami i płaskorzeźbami.

– Muzeum zamykane jest 17:45 – mówi pani na powitanie.

– Zostaliśmy już o tym poinformowani przy bramie – zauważam – Ale zdaje się muzeum jest czynne do 18:00!

Staram się być uprzejmy i cierpliwy. Takie jednak naciski ze strony personelu, by przyspieszyć zwiedzanie, powtarzają się jeszcze dwukrotnie. Bez przesady! Rozumiem, że chcą już iść do domu, ale ja też mam swoje prawa.

Kolekcja starożytnych artefaktów jest spora, ale nie imponująca. I zgromadzono tu nie tylko lokalne, rzymskie obiekty, ale także znaleziska z innych regionów Morza Śródziemnego. Oglądamy miniaturowe gliniane lampki oliwne z przeróżnymi wzorkami i ozdóbkami, kościane igły, dość prymitywną, toporną biżuterię, gliniane głowy z wielkimi malowanymi oczami, ceramiczne misy (niektóre ozdobione swastykami), figurki kobiet-karmicielek. Mnie najbardziej podoba się zbiór niewielkich figurek bogów egipskich wykonanych z różnych materiałów półszlachetnych. Uwagę również zwraca Ryton z Triestu, srebrny róg z V w. p.n.e. zakończony głową byka. Ładne cacko. Mówi się często, że to grecki wynalazek, ale przecież nieobcy był w państwie Achamemidów panujących wówczas na terenie Persji.

Tyle muzeum. Czy warto było? Muzeów archeologicznych widziałem w życiu ze sto, ale zawsze znajduję nich coś ciekawego dla siebie.

Teraz katedra. Cattedrale di San Giusto Martire jest do dziś siedzibą triesteńskiego biskupa. I kolejnym budynkiem powstałym w tym miejscu. O dziwo, ten liczy już 700 lat, oparł się wojnom i trzęsieniom ziemi. Fasada ozdobiona jest wielką gotycką rozetą, we wnętrzu w absydzie piękna złocona mozaika przedstawiająca Matkę Bożą Wniebowziętą. Obok bizantyjska mozaika z Chrystusem pomiędzy świętym Justusem (patrona Triestu wyrzuconym z łodzi do zatoki za odmowę składania darów rzymskim bogom) i Serwulusem – świętym przyzywanym w przypadku paraliżu. W kaplicy św. Karola Boromeusza znajduje się mauzoleum XIX-wiecznych karlistów walczących o tron Hiszpanii.

Na placu przed kościołem znajduje się pomnika bohaterów II wojny światowej (Monumento ai Caduti di Trieste), ale mnie bardziej zaciekawiają żłobkowane kolumny na placu przed wznoszącym się powyżej zamku (Castello di San Giusto) Co dla mnie interesujące, nie są one wykonany z bloków kamiennych, lecz ceglane. Zupełnie jak w minaret Kutab Minar w New Delhi. Tylko tam wrażenie robił rozmiar jego rozmiar.

– To teraz podejdźmy do zamku.

Castello di San Giusto powstał w XV wieku i obecnie mieści się tu muzeum dawnej broni i lokalnej historii. Wstęp do zamku kosztuje 12 EUR, zgodnie stwierdzamy, że odpuszczamy. Wystarczy nam spacer wokół wysokich, imponujących murów. Krętymi ulicami schodzimy do centrum.

Chociaż nachodziliśmy się na dzisiaj sporo, mamy ochotę na wieczorny spacer. Kierujemy się na największy, 123-arowy plac Unii (Piazza Unità d'Italia). Główny budynek, ratusz miejski, znajduje się na jego osi i stanowi arcydzieło eklektyzmu. Zwraca uwagę pokryta patyną wieża zegarowa (Mandracchio), na szczycie której znajdują się posągi Miheca i Jakeca – dwóch Maurów wybijających godziny na dzwonku. Przed ratuszem przystajemy przed postawioną 1754 roku Fontanną Czterech Kontynentów (Fontana dei Quattro Continenti). Symbolizuje gościnność a jednocześnie dobrobyt Triestu jako miasta portowego, który został osiągnięty dzięki polityce cesarza Karola VI i cesarzowej Marii Teresy. Wysoką fontannę zwieńcza Anioł pochylony w opiekuńczym geście Anioł. Poniżej postaci mężczyzny i kobiety odpoczywających przy bagażach znajdują się cztery rzeźby wpółleżących mężczyzn i czterech wielkich muszli. Woda, która doń spływa, to znane podówczas największe rzeki: Dunaju, Ganges, Nil i La Plata (Parana). Tytułowe kontynenty: Europę, Azję, Afrykę i Amerykę uosabiają figury w narożnikach fontanny.

Z zachwytem rozglądam się wokół. Po prawej od ratusza stoi Palazzo Pitteri z kolumną Karola VI Habsburga przed wejściem, nieco dalej Palazzo del Lloyd Triestino. Natomiast po północnej stronie placu wybudowano Palazzo Stratti i budynek Prefettura di Trieste. Piszę o zachwycie, gdyż wszystkie budynki na placu – chociaż są zbudowane w nieco różnych stylach i formach, pięknie się całość komponuje wraz z otwartym widokiem na morze.

Na placu Unii rozbrzmiewa muzyka. To grupa kolorowo ubranych bębniarzy, a właściwie bębniarek zapamiętale wybija rytmy. Jakby na ich zew na plac wjeżdża kilkudziesięcioosobowa grupa rowerzystów. Tu, wśród kakofonii klaksonów i dzwonków kończą swój rajd.

Kierujemy się na nabrzeże, by później przejść na długie molo. To dobre miejsce na spędzenie czasu, do takiego zdania najwyraźniej doszli mieszkańcy miasta, którzy tłumnie się tu pojawili. Spacerują po molo lub siedzą na jego skraju w parach i grupkach. Wśród tych ostatnich dostrzegam wielu Arabów i Murzynów. Chociaż z pewnością są już jakiś czas w Europie, to nie zmieniają swych kulturowych przyzwyczajeń. Muzułmanki siedzą osobno, młodzi Arabowie grupują się oddzielnie. Wśród przybyszy z Czarnej Afryki dominują młodzi mężczyźni, najwyraźniej nie zabrali ze sobą swoich kobiet.

Słońce prawie już dotknęło grzbietu wzgórz po przeciwnej stronie zatoki, samotna żaglówka chybocze się na wodzie, gdzieś daleko zakotwiczył kontenerowiec. Fotografuję ciemne sylwetki na tle żółtego horyzontu. Zawsze mi się to podobało.

Zabłysły pierwsze lampy uliczne, pojawiła się iluminacja na budynkach. W spokojnej, lekko falującej wodzie odbijają się tysiące różnokolorowych światełek. Jest zawsze coś magicznego w takich widokach.

Zaglądamy znów na plac Unii, by o innej porze dnia poczuć atmosferę tego miejsca. Tu też sporo ludzi zwabionych o tej porze ładnym otoczeniem. Bębniarzy już nie ma, ale z kilku stron dobiega muzyka z ogródków kawiarnianych.

– Ładnie tutaj – stwierdza Renata.

– I mnie się podoba. Cieszę się, że polecieliśmy na kilka dni...

– Wracamy do hotelu?

Przechodząc przez kładkę dla pieszych na znanym już nam kanale, przystajemy na chwilę, by popatrzeć na zacumowanie łódki i ludzi bawiących się na kawiarnianych barkach lub w ogródkach rozciągniętych wzdłuż nabrzeża. Jak zwykle w mojej głowie pojawia się myśl, czy chciałbym tak spędzać czas. Choćby dziś, teraz. Nie, niekoniecznie. Nie mam takiej silnej potrzeby, zresztą wczoraj posiedzieliśmy przy kawie w Puli koło Łuku Sergiusza.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej