Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Kraków – Białystok

wtorek, 27 VIII 2020


Czy to pisanie ma sens? | Jak polityka utrudnia podróżowanie | Miłe przyjęcie w schronisku | Ale wtopa! | Wśród starych sprzętów medycznych | Szlachta bawi się i odpoczywa | Dwa w jednym | Mieć na własność miasto... | Jeszcze więcej cerkwi i kościołów | Czy to powód do wstydu czy do dumy? | Młody chłopak z pasją


Powinienem się dobrze zastanowić, czy w ogóle pisać relacje z takich krótkich wypadów po Polsce. Na swojej stronie mam, co prawda, parę relacji z górskich wędrówek, ale kilkudniowe wyjazdy do Szczecina, do Gdańska i do Olsztyna z lat 2021-2022 wciąż pozostają nieopisane. Może więc powinienem dać sobie spokój z prowadzeniem dziennika podróżnego z wyjazdów po Polsce? Z drugiej strony bieżący wyjazd jest pięciodniowy, a zatem dłuższy niż dwa ostatnie wypady do Bośni i Włoch.

Podlasie i Suwalszczyzna, ku którym wyruszę, są dla mnie w pewnym stopniu terra incognita. Północno-wschodnia część Polski – poza Mazurami, gdzie spędzałem fantastyczny czas na obozie klubowym nad Inulcem – pozostawała do tej pory białą plamą na mapie Polski. Nigdy nie byłem w Suwałkach ani w Ełku, ani nawet w Białymstoku. Ten ostatni kojarzy mi się z pewną konferencją krystalochemiczną, na którą pojechała Ewcia. Zazdrościłem jej trochę wycieczki w tamten rejon. Liczne konferencje, w których wówczas uczestniczyłem, stawały się często okazją do poznania różnych miejsc w Polsce. Zawsze znajdowałem czas, by zwiedzić miasto lub wybrać się w pobliskie góry. Najbardziej właśnie lubiłem konferencje w górach, a szczególnie miło wspominam szkołę letnią w Karpaczu. I z tego może powodu nie pchałem się na konferencję do Białegostoku. Mijały lata, skupiłem się na poznawaniu świata, a ten północno-wschodni zakątek Polski pozostawał na uboczu. Cały czas miałem jednak na uwadze to, że znajduje się tu sporo atrakcji, poczynając od Puszczy Białowieskiej, przez duże miasto wojewódzkie jakim jest Białystok, po biegun zimna w Suwałkach. Marzył mi się wyjazd zimowy. Oczami wyobraźni widziałem moje spotkania z żubrami w białej scenerii, chętny też byłem na bagna biebrzańskie, taplanie się w błocie i przedzieranie się przez torfowiska.

W 2019 roku „dojrzałem” już do spotkania z żubrami w Białowieskim Parku Narodowym, jednakże pandemia i obostrzenia sanitarne w kraju, a później wojna, która wybuchła ze wschodnią granicą, zdecydowanie osłabiły mój zapał do tego wyjazdu.

Rok 2025 zainaugurowany został fantastycznym wyjazdem do Etiopii. Po dwóch krótkich wypadach do Włoch i Bośni zdecydowałem się parę dni poświęcić na Białostocczyzną. Akurat trafiły się tanie bilety na FlixBusa do Augustowa niecałe 20 zł (plus 4 zł opłata transakcyjna), skorzystałem więc z okazji. Zabukowałem dwie noce w schronisku młodzieżowym w Białymstoku oraz pokój w Suwałkach na ostatnią noc.

O 7:20 wsiadam do autobusu, podróż do Białegostoku przez Warszawę potrwa około 7 godzin, gdyż chcę wysiąść nieco wcześniej. Białystok wita mnie ładną pogodą, co stanowi dla mnie niespodziankę, gdyż od kilku dni martwiłem się deszczowymi prognozami pogody.

Na pobliskim dworcu autobusowym dopytuję o połączenia z Kruszynianami. Kasjerka potwierdza wcześniej uzyskane informacje.

– Takich połączeń nie ma. Zlikwidowano kilka lat temu – stwierdza.

Dostaję w zamian rozkład jazdy do Sokółki i Gródka.

– Dziękuję. A proszę mi powiedzieć o tych autobusach do Grodna…

– Tak? – kobieta patrzy się na mnie badawczo.

– Można kupić bilet powrotny?

– Ale chce pan jechać do Grodna czy z Grodna?

– W obie strony.

Nie da się, Bilet w jedną stronę kosztuje 170 zł. Te ceny również nie są dla mnie zaskoczeniem, szukałem już wcześniej połączenia i okazało się, że autobusy jadą przez… Brześć. To jest niesamowite, co polityka robi z ludźmi! Zamieszkali na pograniczu Białorusini i Polacy odwiedzali się wzajemnie, korzystając z przejścia w Kuźnicy i Bobrownikach. A odkąd nasza władza doszła do wniosku że Łukaszenka jest niedobry, zamknięto wszystkie przejścia graniczne z Białorusią prócz odległych przejść w Terespolu/Brześciu (oraz w Koroszczynie dla ciężarówek) i zmuszając ludzi do jeżdżenia 420 km zamiast 80... Jakoś łatwo tej samej władzy przychodzi mówienie o zmianach klimatycznych związanych ze spalaniem paliw kopalnych.

Szkolne Schronisko Młodzieżowe Podlasie, w którym zamierzam spać, znajduje się jakieś 1200 metrów od dworca, nie zwlekając, ruszam. Zastanawiam się tylko, czy mnie tam wpuszczą, na młodzież raczej nie wyglądam. Booking.com, co prawda, nie podaje informacji o górnym ograniczeniu wiekowym, ale nigdy nie wiadomo. Schronisko znajduje się w domu usytuowanym pomiędzy blokami. Przyjmuje mnie miło czterdziestoletni pracownik, pokazuje pokój, kuchnię. Za dwa noclegi w dormie płacę 55 zł.

– Zaraz przyniosę pościel – mówi.

– O, nie wiedziałem, że będzie. Mam ze sobą śpiwór.

W pokoju poleguje na łóżku jakiś rosyjskojęzyczny chłopaczek, nie wiem czy to Ukrainiec, czy Białorusin. Czasem się przebudza i sięga po komórkę.

Najwyższa pora ruszyć do miasta. Chciałbym dziś zobaczyć najciekawsze miejsca, przede wszystkim zwiedzić pałac.

Na przystanku rozpytuję ludzi, jak dojechać do Pałacu Lubomirskich. Niezbyt są zorientowani, ostatecznie wsiadam do autobusu 12, będę musiał kawałek podejść. Automat biletowy w autobusie nie wydaje biletu, co najwyżej potwierdzenie transakcji.

– W razie kontroli trzeba będzie pokazać numer karty – mówi chłopak siedzący obok.

– Dzięki. Dojadę do Pałacu Lubomirskich? – pytam, chcąc się upewnić.

– Tak. A dlaczego pan tam chce jechać?

Dziwne pytanie.

– No… myślę, że to ważny obiekt w Białymstoku. Wypada zobaczyć.

– Bo wie pan, tu w centrum jest również inny pałac. Pałac Branickich. Mówi się o nim, że to Wersal Północy.

Ale wtopa! – myślę sobie. Jak mogłem pomylić te pałace?!

– Za chwileczkę będzie będziemy przyjeżdżać obok niego – chłopak pokazuje ręką kierunek.

– To może od tego pałacu zacznę – stwierdzam i szybko wysiadam, gdy autobus zatrzymuje się na przystanku za placem Doktora Andrzeja Lussy, solidarnościowego prezydenta miasta.

Już otoczenie Pałacu Branickich sprawia przyjemne wrażenie. Wchodzę przez biały, okazały budynek bramy wejściowej. Przede mną ułożone w podkowę zabudowania pałacowe. Mieści się tu Uniwersytet Medyczny. Wstęp jest do 16:00, ostatnia grupa weszła parę minut temu, ale można dołączyć.

– Po ile są bilety?

– 25 zł – mówi młody pracownik muzeum, a widząc skrzywioną miną na mojej twarzy szybko dodaje:

– Ale mamy też ulgowe…

– To ja poproszę ulgowy.

Dołączam do grupy, która ogląda właśnie muzeum farmacji i medycyny. Pierwsza część zbiorów to standardowe wyposażenie apteki z setkami szklanych słojów opatrzonych łacińskimi nazwami medykamentów. Dalej przedstawiono kolekcję sprzętu medycznego z początku XX wieku. Są tu „straszne” narzędzia chirurgiczne, dalej przedstawiono sprzęt stomatologiczny, który swym wyglądem faktycznie mógł odstraszać pacjentów. Aparaty okulistyczne do badania i korekty wzroku, przywołują moje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to w klinice okulistycznej w Krakowie wstawiałem lwa do klatki. Są też przedpotopowe aparaty rentgenowskie, urządzenia, które pamiętam z dawnych czasów.

Podczas I wojny światowej mieścił się tu szpital polowy, a teraz pałac jest siedzibą uniwersytetu medycznego, taka kolekcja znajduje więc uzasadnienie. Jednak cały czas oczekuję wizyty w bardziej wyszukanych apartamentach. Zanim się tam udamy, zwiedzamy… piwnice. To ma sens, gdyż poznajemy w gruncie rzeczy prawdziwy Pałac Branickich. To ta część XVI-wiecznej budowli, która ma oryginalny charakter. Reszta pałacu została przebudowana w XVII wieku a następnie zniszczona podczas II wojny światowej. Współczesny pałac został właściwie odbudowany od fundamentów w połowie XX wieku. To ten sam przypadek, co Zamek Królewski w Warszawie. Dziś ta królewska rezydencja wzbudza zachwyty i jest dumą warszawiaków, a jednak zawsze mam w pamięci, że jest to „funkiel nówka nieśmigana”. W podziemiach tutejszego pałacu przedstawiono multimedialne prezentacje dziejów pałacu i miasta, zgromadzono też trochę artefaktów z okresu obu wojen światowych. Tu też umieszczono nieco wstydliwą kolekcję popiersi przywódców światowego komunizmu z Leninem na czele.

Przez wyłożoną marmurem i ozdobioną gzymsami klatką schodową wchodzimy na wyższą kondygnację. Jeszcze tylko rzut oka na kilka posągów (zdaje się autorstwa Jana Chryzostoma Redlera) i marmurowe kolumny w holu. Na piętrze na czerwonych ścianach rozwieszono portrety byłych rektorów i osób uhonorowanych przez uczelnię tytułem doktora honoris causa. Zdjęć jest kilkadziesiąt, więc zważywszy na wcale nie tak długą historię uniwersytetu (Akademia Medyczna powstała w 1950 roku), kadencje wielu rektorów musiały być krótkie.

Główną atrakcją jest tu sala balowa. Olbrzymia, utrzymana w białym i zielonym kolorze. Sufit i ściany pokryte są stiukami, ponad nami świecą wielkie kryształowe żyrandole. Portrety różnych możnowładców powieszone na ścianach sprawiają wrażenie współczesnych i tak jest w rzeczywistości. Moją uwagę zwracają piękne figurki stanowiące podstawę ściennych kinkietów. Całości dopełnia grubo ponad setka stylowych, tapicerowanych mebli. Z pewnością przyjemnie słucha się tu wykładów lub koncertów. Właśnie przy fortepianie ustawionym z boku trwa poślubna sesja zdjęciowa. Będzie miła pamiątka.

– Nie zauważyłem tu kominka, brakuje pieców kaflowych, jak ogrzewano tę salę? – pytam przewodnika, który skończył opowieść o balach, które się tu odbywały.

– Były piece kaflowe – wskazuje narożnik pomieszczenia. Ale faktycznie, w okresie zimowym był to problem. Wysokie koszty ogrzewania zmuszały do przenoszenia tańców do innej, mniejszej sali.

Przechodzimy jeszcze do sąsiadującego z salą balowa pomieszczenia pełniącego rolę kaplicy. Tu w odbudowę zainwestowano więcej funduszy, religijny obraz nad ołtarzem ze złoconą figurką Czarnej Madonny, flankowany jest dwiema marmurowymi kolumnami ze spiralnymi trzonami. Zaglądamy jeszcze do niewielkiej komnaty, z olbrzymim stołem i krzesłami. To tu władze uczelni dyskutują, jak kształtować swoje wynagrodzenie.

I to jest właściwie koniec zwiedzania pałacu. Wychodzimy jeszcze całą grupą na obszerny taras, skąd roztacza się widok na francuski ogród urządzony (między innymi) przez André Le Nôtre w ostatnich latach XVII wieku. Jest tu parę fontann, parę rzeźb (między innymi Diany, Wenus, Flory, Akteona, Adonisa, Apollina i Bachusa), także altana zwieńczona ażurowym hełmem ze złoconym orłem. Bukszpanowe żywopłoty są równo przystrzyżone i wraz z kwitnącymi klombami tworzą atrakcyjne partery dywanowe. Miło jest pospacerować po tym parku, ale, jak widzę, wszystko jest tu odnowione, by nie powiedzieć znów, że nowe. W każdym razie niektóre z rzeźb sprawiają wrażenie całkiem współczesnych. Natomiast dwie inne monumentalne rzeźby: "Herkules walczący ze smokiem" i "Herkules walczący z hydrą", ustawione między dziedzińcem wstępnym i honorowym faktycznie są zabytkowe, pochodzą 1757 roku i zostały stworzone przez wspomnianego wcześniej Redlera. Główna oś ogrodu kończy się flankowanym mostem, ja jednak skręcam do tzw. dolnego ogrodu urządzonego w stylu angielskim. Zaglądam do Pawilonu pod Orłem, rzucam okiem na Pawilon Włoski. Wystarczy. Podsumowując można powiedzieć: Pałac Branickich należy odwiedzić, ale nie należy spodziewać się cudów.

Czas teraz na pozostałe interesujące miejsca w Białymstoku. W drodze do Bazyliki Mniejszej Wniebowzięcia NMP w zaglądam do zamykanego już Centrum Informacji Turystycznej, na pamiątkę pobieram jakiś folder z Suwalszczyzną. Kościół katolicki stojący vis a vis zbudowany jest został w 1905 roku. Jego neogotycka fasada z wielouskokowymi przyporami, ostrołukami, została zaprojektowana przez Piusa Dziekońskiego a dwie ceglane wieże ozdobione pinaklami i hełmami iglicowymi wznoszą się na wysokość 72 metrów. Podobno katolicy dostali wówczas zgodę na wybudowanie jedynie przybudówki przy starym kościele, ale w carskiej Rosji parę łapówek pozwoliło na przymknięcie oka przez urzędników. Dziś to trójnawowa budowla na planie krzyża łacińskiego.

Wchodzę do środka. Przystrojone kwiatami ławki przypominają, że trwa okres komunijny, również ołtarz udekorowany jest białymi kwiatami. Nie wiem, czy na dłuższą metę zapamiętam cokolwiek z tego kościoła, jest zwyczajny. Ale dla porządku: główny ołtarz w stylu neogotyckim poświęcony jest Wniebowzięciu NMP, dużo tu złoconych kwiatonów i żabek a także rzeźb i płaskorzeźb przedstawiających – prócz Matki Boskiej i Trójcy Świętej – apostołów a nawet budowniczego świątyni – księdza Szwarca. W transepcie umieszczono dwa inne, również bogato zdobione ołtarze, między innymi z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Zaglądam również do starego kościoła, do którego prowadzi nieco ukryte przejście w lewej nawie bocznej. Późnorenesansowy kościół farny jest zdecydowanie mniejszy i sprawia wrażenie dużej kaplicy. Najciekawszy jest tu XVIII-wieczny drewniany, pokryty białą polichromią ze złoceniami, ołtarz Wniebowzięcia NMP. Centralnym punktem jest obraz przedstawiający wniebowziętą Maryję autorstwa Augustyna Mirysa. Natomiast po obu stronach ołtarza umieszczono posągi św. Piotr i Pawła. Podoba mi się również barokowa drewniana ambona. Wychodzę.

Zerkam jeszcze na pomnik Piłsudskiego ustawiony przed cekhauzem – barokowo-klasycystyczny dworek pełniący pierwotnie rolę zbrojowni i zatrzymuję się pod narożnym piętrowym budynkiem, którym kiedyś mieściła się austeria – żydowska karczma. ruszam szeroką ulicą czy też placem w stronę Ratusza. Tu, na Rynku Kościuszki, aż tłoczno od kawiarnianych stolików. Jestem nieco zaskoczony obecnością tak ożywionego życia towarzyskiego w tym mieście. A nie powinienem być! Przecież Białystok liczy sobie niemal 300 tysięcy mieszkańców! Zajmuje więc 10 miejsce w Polsce. Zdecydowanie nie doceniałem tego miasta. Patrząc na dane statystyczne w Wikipedii zauważyłem, że Białystok jest listowany w kategorii prywatnych miast szlacheckich I Rzeczypospolitej. Prawa miejskie uzyskał w 1691 roku stając się własnością rodu Branickich herbu Gryf. Właściwie dopiero teraz zdałem sobie sprawę z wielkiej liczby prywatnych miast w okresie przedrozbiorowym. Prywatnych, czyli w przeciwieństwie do miast królewskich, będących własnością osób prywatnych, zazwyczaj szlachty. Lokowane na prawie niemieckim, rozwijały się od XIII do XVIII wieku, zaś właściciele miast posiadali szerokie uprawnienia w ich zarządzaniu, w tym prawo do pobierania czynszów i podatków. Były więc prywatne miasta Czartoryskich herbu Pogoń Litewska, Firlejów herbu Lewart, Górków herbu Łodzia, Jabłonowskich herbu Prus, Lubomirskich herbu Szreniawa, Ossolińskich herbu Topór i Potockich herbu Pilawa, by wymienić najbogatszych właścicieli. Wiele z nich podupadło, stając się wsiami, inne do dziś pozostały małymi miasteczkami. Białystok i Tarnów odniosły wyraźny sukces. Część z tych miast, jeśli nie większość, znalazła się poza granicami kraju po odebraniu nam Kresów Wschodnich. Tu, w województwie podlaskim – prócz Białegostoku – prywatnymi miastami były między innymi Boćki, Ciechanowiec, Horodyszcze, Miedzna, Międzyrzec Podlaski, Mokobody, Mordy, Orla, Rossosz, Sarnaki, Siemiatycze, Sokołów Podlaski, Sterdyń, Tykocin i Węgrów.

Ratusz, koło którego teraz stoję, pamięta czasy Klemensa Branickiego, lecz de facto nigdy nie był siedzibą władz miejskich. Przed wojną był to dom handlowy, a po odbudowie z ruin – stał się siedzibą Muzeum Podlasia. Muzeum odpuszczam, kieruję się do pobliskiej cerkwi przy ulicy Lipowej.

Neoklasycystyczny sobór św. Mikołaja Cudotwórcy pochodzi z I połowy XIX wieku i został zbudowany w miejscu skromnej XVII-wiecznej drewnianej cerkwi. Należała ona zresztą do unitów, gdy więc Kościół unicki w Imperium Rosyjskim został zlikwidowany, zaszła potrzeba wzniesienia nowej świątyni. Nową cerkiew nawiedził w 1897 roku car Mikołaj II, nawet co nieco ufundował przy tej okazji, ale byle jak wykonane freski wymagały ponownego nałożenia, co też zrobili rosyjscy malarze. Po kilkudziesięciu latach znów je trzeba było usunąć. Ech, ta rosyjska technika... Sama świątynia, na planie krzyża greckiego, ma centralną kopułę oraz wieżę dzwonniczą nad jednym z ramion budynku. Ikonostas, o dziwo! zachował się oryginalny (1846). Jest trójrzędowy, jednakże pomalowane na biało drewno ikonostasu, „neoklasycystyczne” zwieńczenie, kompozytowe głowice kolumn, rowkowane kolumienki oraz owalne lub półokrągłe kształty ikon nadają niecodzienny, „kościelny” można by rzec wygląd ikonostasowi. W nawie północnej można sobie obejrzeć ikonę Opieki Matki Bożej, inna, bardziej czczona, Białostocka Ikona Matki Bożej, została wywieziona w głąb Rosji podczas zawieruchy wojennej w 1915 roku.

Idąc dalej Lipową, główną ulicą Starego Miasta, dochodzę w końcu do kościoła św. Rocha. Trzeba od razu powiedzieć, że świątynia ta, mająca obecnie status bazyliki mniejszej, miała dużo szczęścia. Druga wojna światowa nie przerwała jej budowy, została konsekrowana w 1946 roku. Usytuowana jest na niewielkim wzgórzu, przez co jej 78-metrowa ażurowa wieża zwieńczona 3-metrową figurą Matki Boskiej wydaje się jeszcze wyższa. Ten nowoczesny, modernistyczno-ekspresjonistyczny wygląd kościoła zbudowanego na planie ośmioboku jest głównym i jedynym atutem budowli. Wnętrze jest do bólu zwyczajne, gdyby nie moja wrodzona ciekawość, mógłbym nie wchodzić do środka.

W poszukiwaniu starszych pamiątek historii udaję się teraz w stronę dzielnicy Bojary. To tu, między innymi przy ulicy Koszykowej, Kamiennej i Złotej można oglądać zachowane drewniane domy pochodzące z przełomu XIX i XX wieku. Być może obecność w środku miasta takich reliktów stanowi wątpliwy powód do dumy mieszkańców Białegostoku, ale są one pewną atrakcją dla turystów. Dla nich też powstał Szlak architektury drewnianej. Część z domów to typowe chałupy z dwuspadowymi dachami i dwiema izbami, ale niektóre są prawdziwymi perełkami architektury sprzed 100 lat. Właśnie tu, przy ulicy Złotej, którą idę, można zobaczyć duże piętrowe domy z balkonikami i lukarnami typu „wole oko”. Pełno w nich oryginalnych detali, rzeźbionych okiennic, dekoracyjnych deskowań, łukowatych naddrzwi wymyślnych balustrad, ujętych w ozdobne ramy drzwi płycinowych, a nawet dekarskich okuć i klamek.

Wracając do schroniska, zaglądam jeszcze do kościoła pw. Matki Boskiej Fatimskiej, później oglądam całkiem interesującą architekturę współczesnych domów w dzielnicy Bojary. W pewnym momencie zauważam pomiędzy budynkami wielopiętrową wieżę z balkonami, tarasem i wysoką anteną radiową na szczycie. "Czy to budynek przedwojennej rozgłośni radiowej?" – zastanawiam się. Muszę dopytać.

– Wiecie co to za wieża? – zaczepiam parę młodych ludzi.

– Hm. Nie… Mieszkamy tu od urodzenia, ale nigdy nie zwróciliśmy na nią uwagi.

– Wygląda jak radiostacja albo wieża strażacka… – milknę, bo w tej chwili zauważam za ogrodzeniem drewnianą ściankę z oknami, typowy element do ćwiczeń dla strażaków. Młodzi też to widzą.

– No tak, to wieża strażacka! – śmieją się – Dziękujemy panu, że coś odkryliśmy w swoim mieście.

Później doczytam, że ceglana wieża jest z 1891 roku, trzyma się więc całkiem dobrze.

W schronisku jestem koło 20:00. Zjadam zupkę chińską i kanapki. W pokoju pojawił się około dwudziestoletni chłopak. Mateusz jest fanem kolejnictwa, jeździ po Polsce i filmuje przejazdy kolejowe, rozjazdy i inne elementy infrastruktury kolejowej.

– Nie masz problemów z filmowaniem?

– Czasem tak. Nie raz mnie przeganiali lub wzywali służby. Ale ja spokojnie tłumaczę, że wolno filmować, rozumieją to.

– Może znasz kanał Audyt Obywatelski?

– Oczywiście. Autora też. Opisywał zresztą w swoich materiałach moje starcie z policją.

Mateusz opowiada o swojej pasji, pokazuje mapę Polski upstrzoną znaczkami wskazującymi miejsca na szlakach kolejowych, które odwiedził. Widać, że zna się na urządzeniach i sprzęcie kolejowym.

– A w ogóle lubisz jeździć koleją? Jeździłeś jakimiś superszybkimi pociągami? Na przykład TGV?

– Tylko Pendolino, może kiedyś pojeżdżę czymś szybszym…

Opowiadam mu o swoich doświadczeniach z shinkansenami w Japonii.

– To było 400 kilometrów na godzinę – wspominam. – We Francji nie skorzystałem z TGV, ale ceny na krótkie odcinki bywają ta, przystępne. Jechałem natomiast szybką koleją z Ankary do Konyi. 300 kilometrów na godzinę. Nie spodziewałem się, że Turcji jest taki postęp.

W nocy dołącza do nas jeszcze jeden młody facet, ale mało rozmowny, mruk jakiś.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej