Namnożyło się tych parków! | Jak się robi interes | Piszo do Hiszpanii? Nie dziękuję. | Zabawny staruszek | Każda pliszka swój ogon chwali | Nurkowanie w Hańczy | Krótkie spotkanie z żurawiami | Emeryci mają czas... | Imponujące wiadukty w Stańczykach | Wracam do Suwałk | Który Aleksander?! | Popołudniowy spacer po mieście
Już przed 7:00 jestem gotów do drogi. Żegnam się z pracownikami budowlanymi, którzy właśnie wstali i przygotowują śniadanie i ruszam w stronę Wigierskiego Parku Narodowego. No cóż, przyznaję bez bicia, że nigdy w nim nie byłem. Przez całe swe życie najczęściej jeździłem w góry i poznawałem tamtejsze parki narodowe – poczynając od Karkonoskiego, a kończąc na Bieszczadzkim (lub odwrotnie). Za „moich czasów” było raptem ich 13 i zdążyłem je odwiedzić (poza Białowieskim) w okresie studenckim. Teraz namnożyło się tych parków narodowych i ktoś, kto chciałby je wszystkie odwiedzić, musi się bardziej wysilić.
Zmierzam do wsi Wigry leżącej na półwyspie wrzynającym się w bardzo rozczłonkowane jezioro Wigry. Od dawna chciałem tu przyjechać, by poznać to jezioro. Jego nazwa zawsze będzie mi się kojarzyć z moim pierwszym (i ostatnim) składakiem Wigry 2, na którym pedałowałem przez lata w Beskidzie Niskim.
Po około 2 kilometrach widzę już wznoszące się wysoko wieże kościelne w pokamedulskim klasztorze. Jest położony malowniczo na niewielkim wzgórzu, a jego potężne mury sprawiają, że wygląda jak twierdza. Wszędzie porozwieszane są karteczki „Wejście wyłącznie z kartą wstępu”, które są do nabycia w jakimś tam miejscu*/. Otwarta brama do wieży zegarowej jest jednak zbyt dużą zachętą, by nie skorzystać z wejścia do środka. Pokonuję trzy piętra kręconych schodów i wchodzę na górny poziom zespołu klasztornego.
Zbudowany został w 1667 roku, a kasę wyłożył Jan II Kazimierz Waza, dając kamedułom przykazanie, by codziennie modlili się spokój dla Polski. Niewiele to pomogło, Wigry wraz z Suwałkami założonymi przez kamedułów znalazły się pod zaborem pruskim, a zakonnicy musieli wyprowadzić się do podwarszawskich Bielan. Po drugiej wojnie światowej klasztor pozostawał pod opieką Ministerstwa Kultury i Sztuki, które nie tylko urządziło tu Dom Pracy Twórczej („zapewne dla swoich”), ale – co ważniejsze – cały czas łożyło na odbudowę ze zniszczeń wojennych i remont. W 2010 roku Kościół odzyskał klasztor i zaczął robić interes na wynajmie tutejszych pustelni. Dziś doba w dwupokojowym eremie kosztuje kilkaset złotych.
Przystaję na dziedzińcu. Po prawej wznosi się kościół, zostawiam go na później, natomiast po lewej stronie, za bramą, znajduje się ciąg eremów, które wyglądają jak dwie szeregówki. Przechodzę przez bramę ignorując kolejne ostrzeżenia o jakiś biletach. Cicho tu i spokojnie. Zakonnicy, jeżeli gdzieś się tu uchowali, albo jeszcze śpią, albo się modlą. Barokowy kościół, jak się za chwile okaże, jest zamknięty. Szkoda, nie zobaczę imponującego ołtarza kapiącego wprost złotem. Są tam również krypty, lecz specjalnie nie żałuję, że ich nie zobaczę. Obchodzę kościół wokół, przechodzę koło „apartamentu papieskiego”, później przez kaplicę kanclerską schodzę do podnóża klasztornych murów. Jeszcze krótki spacer dróżką po południowej stronie zespołu klasztornego. Od tej strony klasztor wygląda wspaniale. Dla tego widoku warto było tu się dostać.
Muszę się teraz dostać na drogę Suwałki-Sejny, by tam coś złapać. Idę mało ruchliwą drogą, wkrótce asfalt się kończy. Wędruję dalej polną dróżką, a moje oczy cieszą się do zielonych, falujących łanów pszenicy i jęczmienia. Jest pięknie. Mogę zrozumieć zakochanie różnych osób w polskich krajobrazach, potrzebą opisywania ich wierszem.
Trafiłem właśnie na oznakowanie szlaku Świętego Jakuba – charakterystyczną żółtą muszelkę. To kawał drogi do Hiszpanii. Owszem, czytałem o osobach, które przeszły z Polski do Santiago de Compostela, ale nie wiem, czy miałbym frajdę z tak długiej wędrówki. Łukasz Supergan szedł z Warszawy przez 108 dni**/. Myślę, że byłbym zmęczony samotnością na szlaku.
Ustawiam się na prostym odcinku drogi 653 i po 5 minutach machania zabieram się z kierowcą jadącym do Suwałk.
– Jadę do szpitala odwiedzić żonę. Gdzie pana wysadzić?
Sprawdzam lokalizację szpitala, mieści się na północnych pobrzeżach miasta.
– Jeśli można, to w okolicach szpitala. Stamtąd będzie mi łatwo znaleźć coś w kierunku Hańczy.
Pan jest sympatyczny, wesoło się nam rozmawia. Co prawda troszeczkę błądzimy w okolicach przejazdów kolejowych, bo kierowca chciał pojechać na skróty, ale ostatecznie podjeżdżamy na rondo z pomnikiem Ofiar Obławy Augustowskiej. Po kilku minutach kolejny kierowca podrzuca mnie na skrzyżowanie w Jeleniowie. Wszystko odbywa się tak szybko, że po pożegnaniu się z kierowcą muszę trochę ochłonąć. Mam chwilę, by obejrzeć miejscowy kościół parafialny. O tyle interesujący, że duży i drewniany. Rzymskokatolicka świątynia p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa została zbudowana wraz ze stojącą obok również drewnianą dzwonnicą niemal 150 lat temu i chyba cud sprawił, że nie spłonęła do tej pory. Niestety jest zamknięta, nie zobaczę XIX-wiecznych obrazów ani największej ponoć w Polsce kolonii nietoperza nocka łydkowłosego (Myotis dasycneme), który urządził się tu na strychu.
Kierowca, który mnie tu podwiózł, uprzedził, że ruch na drodze do Malesowizny (urocza nazwa, prawda?), a także na alternatywnej drodze z Gulbieniszek nad Hańczę jest niewielki. Kilka samochodów mnie ignoruje, trzeci czy czwarty zatrzymuje się.
– Ja to tylko do Szurpił jadę, ale wsiadaj pan!
– Dzięki. Jadę nad Hańczę, a tu nie ma żadnej komunikacji autobusowej…
– No nie ma .Jeden autobus tylko rano i jeden po południu. Cóż robić, trzeba zabierać.
– Nie mam samochodu, to muszę autostopem.
– Biorą?
– Nie narzekam, dobrze mi idzie.
– A ja to niby nie wiem, co sam bym zrobił, jak by dwóch takich wsiadłoby, przyłożyło nóż do gardła…
– Ale ja chyba nie wyglądam groźnie?
– Ja tam nawet nie patrzę…
Nasza wspólna podróż nie potrwa więcej niż kwadrans, ale jak zwykle zabawiam kierowcę rozmową o swoich wojażach po Podlasiu.
– Wczoraj byłem w Supraślu, bardzo mi się podobało…
– Nie byłem. Nie złożyło się. A pan skąd?
– Z Krakowa.
– A! W Krakowie to ja był w wojsku. – mężczyzna milknie na chwilę – Takie były czasy, teraz do wojska nie biorą. Dzisiaj to młodzież to nie wie o życiu.
– Tak – przytakuję – Tylko te smartfony im w głowie…
W duchu chce mi się śmiać, bo pan prezentuje tak bardzo klasyczne można powiedzieć podejście do życia i świata. Mieszka tu sobie pewne tutaj od urodzenia, czasem robi wyprawę do jakiejś sąsiedniej wsi lub miasta.
Przy drodze z Szurpił do Malesowizny znajduje się Rezerwat Przyrody Rutka. Tabliczka „100 m” wskazująca dojście do rezerwatu geologicznego jest dla mnie wystarczającą zachętą. Wśród łąk porozrzucane są spore głazy narzutowe, niektóre stanowiska są dodatkowo opisane. Najbardziej interesujący jest widok z niewielkiej drewnianej platformy na dolinę, która nieoczekiwanie pojawia się poniżej. To tzw. amfiteatr wodziłkowski. Na dnie pofałdowanego terenu widać kilka jeziorek otoczonych laskami, na zboczach wzgórz pasie się stado krów, a całość jest bardzo malownicza.
Kolejna okazja trafia się po 10 minutach. Niewiele odszedłem od rezerwatu, gdy zatrzymuje się młode małżeństwo z Siedlec.
– My też jedziemy nad Hańczę – oświadczają. – A potem na Górę Zamkową.
– Nigdy nie byłem w tym regionie Polski – zaczynam tradycyjną nawijkę. – I bardzo mi się tu podoba. Te polskie wsie, krajobrazy.
– Piękna jest Polska.
– No tak. My się zachwycamy tymi zielonymi polami, falującym zbożem, wierzbami przy drodze, ale tuż obok, za granicą, Niemiec zachwyca się piaszczystymi plażami, Szwajcar – alpejskimi halami, Francuz – niekończącymi się winnicami, a Włoch – cyprysami rosnącymi wśród wzgórz…
– Ma pan rację.
– Te wiejskie krajobrazy są chyba jednak czymś bardziej naturalnym miejska dżungla. Są tacy, którzy mniej lub bardziej nie lubią wielkich miast, ale chyba wszyscy dobrze się czują na odkrytej przestrzeni, wśród pól i lasów, ja w każdym razie należę do nich. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że jako krakowianin z urodzenia dobrze się czuję w dużych miastach i wielkomiejski zgiełk mi nie przeszkadza.
– A mu lubimy wieś…
– Doceniam uroki Polski, ale nie uważam jej za najpiękniejszy kraj. Każda pliszka swój ogon chwali.
Kierowca trochę się pogubił na kolejnych skrzyżowaniach, proponuję mu dojazd na molo przy wschodnim brzegu Hańczy. Wysiadam na początku wsi Błaskowizna położonej nad brzegiem jeziora.
– Dziękuję za podwózkę, do widzenia.
– Do widzenia!
Jak powinienem był to wcześniej przewidzieć, ciężko tutaj zejść nad brzeg jeziora. Parcele przy szosie są zabudowane, dostęp jest utrudniony. Chcąc nie chcąc muszę więc dojść do mola, do którego wysłałem przyjemnych siedlczan. Tutejsza plaża ma powierzchnię nieco większą niż średniej wielkości mieszkanie, ale piasek jest czysty i kilka rodzin może tu zmieścić się na ręcznikach. Najważniejsze, że jest molo i dostęp do wody.
Jaka jest Hańcza? Cóż, jezioro jak jezioro, tyle że w przeciwieństwie do poprzednich, otoczone wyższymi wzgórzami. Przy brzegu na wodzie parę kaczek i mewa. Większą atrakcją są tu ćwiczenia ekipy nurkowej, która właśnie podjechała i, założywszy kombinezony oraz butle z powietrzem, szykuje się do zejścia pod wodę. Wszystko odbywa się w asyście strażaków i pogotowia ratunkowego (aczkolwiek nurkami mogą być pracownicy tych instytucji, którzy zdobywają nowe umiejętności).
– Jak głęboko będziecie panowie schodzić? – rzucam do zanurzonego po pas nurka.
– Do dna!
Mężczyzna stojący na pomoście ze sprzętem w ręku uśmiecha się.
– Jakieś 50 metrów – mówi.
No cóż, nurkowanie w odmętach Hańczy, gdzie – jak podejrzewam – generalnie jest dosyć ciemno, a woda zapewne mętna, nie jest taką atrakcją, jak nurkowanie na rafie koralowej. Ale to nie powód, by rezygnować ze swoich pasji i zainteresowań.
Wracając na krzyżówkę koło starego wiaduktu kolejowego. Macham na samochody, lecz, jak się okaże, nikt mnie nie zatrzyma przez najbliższe kilka kilometrów. Przystaję się na chwilę przy pokrytych dziwną pajęczyną krzakach. Łodygi rośliny omotane są białymi nićmi i podświetlone słońcem. Wygląda to pięknie, robię parę fotek. Muszę dopowiedzieć, że często fotografują różne roślinki, kwiatuszki, robaczki ptaszki i drzewa. Fotografia przyrodnicza nie jest moją domeną, niezbyt się przykładam, by znaleźć wyjątkowe ujęcie lub wyjątkowy temat. Raczej dokumentuję to, co dla mnie ładne i ciekawe. Lub niezwykłe.
W Kruszkach zabiera mnie starszy mężczyzna. Jego samochód również jest wiekowy.
– Jadę do Przerośli, do przychodni. Strzyka mnie straszliwie. Byłem miesiąc temu w szpitalu, ale nic nie pomogli na mój reumatyzm…
Co nieco znam się na temacie, dłuższą chwilę rozmawiamy o zdrowiu i chorobach. Widzę, że pan się czuje bezradny wobec polskiej służby zdrowia.
– Musi pan powiedzieć lekarzowi, by zlecił porządne badania. I dał dobre lekarstwa na pana stawy. Niech pan nie pozwoli się zbywać.
Pan ma solidną nadwagę, to z pewnością nie pomaga mu w poruszaniu się i utrzymaniu dobrego zdrowia. Dawno już stracił zęby, ale nie swój wschodni akcent. Zaciąga, że hej!
W pewnym momencie na zaoranym polu dostrzegam dwa spotykam dwa żurawie (Grus grus). Wielkie szare ptaki stoją parę metrów od drogi, zachowują się spokojnie, nie zwracając uwagi na ruch samochodowy. Wkrótce znikają mi z oczu. O moje pierwsze bliskie spotkanie z tymi pięknymi ptakami.
Zatrzymujemy się przed ośrodkiem zdrowia w Przerośli. Tu wysiadam.
– Do widzenia, dziękuję. Zdrowia życzę.
Przechodzę przez niewielki rynek w miejscowości, która do 1870 roku miała prawa miejskie. Jednocześnie zastanawiam się skąd wzięła się jej nazwa***/.
W dalszą drogę zabiera mnie terenowym samochodem sympatyczny starszy pan.
– Ja tu jadę tylko kilka kilometrów, ale mogę pana podrzucić tam, gdzie zaczyna się żwirówka. Stamtąd będzie już blisko na piechotę. A jak nie, to pana wyrzucę przy krzyżówce, ale będzie pan czekać, nie wiadomo ile, na samochód.
– Mam czas…
– Ja też mam dużo czasu, bo jestem emerytem. Dobrze, podrzucę pana aż do żwirówki. Stamtąd do Stańczyków będzie tylko 40 minut drogi. Jeśli panu pasuje.
– Pasuje! – uśmiecham się.
Pewnie, że pasuje. Moja trasa jest w miarę skomplikowana, nie jadę po prostej drodze, muszę się więc liczyć z tym, że autostop będzie odbywać się małymi skokami. To było do przewidzenia, ale i tak jestem zadowolony, bo wszystko idzie dobrze.
– Mam tu agroturystykę, takie ranczo pod Przeroślą. Zapraszam.
– Dziś mam nocleg w Białymstoku, a jutro wracam do domu. Więc sorry.
– Rozumiem. Zresztą to duży dom, dla wielu gości, nie dla pojedynczych turystów.
– Może kiedyś…
– Tam w Stańczykach przy wiadukcie są knajpy, może pan dobrze zjeść.
Hm. Myślę sobie, że raczej będę szukać Biedronki, a nie stołować się w restauracji.
Skręcamy na boczną, wąską drogę. Gdy przejeżdżamy przez zagajnik, naszym oczom ukazuje się dorodny bocian. Stoi pośrodku drogi i ani myśli ustąpić. Dopiero, gdy jesteśmy parę metrów od niego podrywa się ociężale do lotu i machając wielkimi skrzydłami odlatuje.
Wysiadam na obrzeżu wioski. Tu się żegnamy. Nie zwlekając, ruszam w dalszą drogę. Jest dobrze. Jest fantastycznie. Przede wszystkim jestem całkowicie zaskoczony pogodą. Myślałem, że będzie okropnie, a tu pogoda jest wyśmienita. Delikatne chmurki na niebie, słaby wiatr. Wiem, że może wieczorem padać, jeżeli front znad Niemiec tutaj dojdzie. Mam nadzieję, że już będę w tym czasie w Suwałkach.
Mijam instalację fotowoltaiczną o mocy 226 kW powstałą dzięki dofinansowaniu unijnemu i już, za kolejnym laskiem, widzę w sporej odległości wiadukty. Teraz troszkę z górki, jeden zakręt, drugi zakręt i mozolnie wspinam się na przeciwległe zbocze doliny rzeczki Błędzianka.
Wiadukty, jak wspomniałem, są dwa. Każdy z nich ma przęsła o wysokości 36,5 metra i stanowi fragment nieistniejącej już linii kolejowej zbudowanej przed I wojną światową. Tak jak uprzedzał mnie mój jeden z moich kierowców, wstęp na sam most jest płatny. Potwierdzają tę informację ludzie schodzący z góry.
– 10 złotych za wejście.
– Opłaca się? Jest sens kupować bilet?
– Most jest krótki. No, ale wysoki, tyle mogę powiedzieć.
Nie będę zwiedzać, zwłaszcza że kasa ustawiona jest w takiej odległości od wiaduktu, że z góry nic nie było można zobaczyć. Natomiast widoki „z dołu” są całkiem interesujące i dla mnie wystarczające. Wiadukty ozdobione są w górnej części prostymi motywami geometrycznymi. Niestety nie mogę podejść do samego wiaduktu bez pokonywania kolejnych płotów.
No cóż: zobaczyłem wiadukty, jestem zadowolony. To była dodatkowa, nieplanowana atrakcja w dniu dzisiejszym. Właściwie już mogę wracać do Suwałk. Przyjąłem, że powrót będzie łatwiejszy, ale nie spodziewałem się, że aż tak prosty. Pierwszy samochód, który wyjeżdża z parkingu, zatrzymuje się przy mnie.
– Jedziecie państwo w stronę Suwałk? – witam się uprzejmie.
– Do samych Suwałk – odpowiada blondynka, wychylając się przez okno.
– Można się zabrać z wami?
– Tak, tylko musimy uprzątnąć rzeczy.
Małżeństwo w średnim wieku z nastoletnią córką z Warszawy. Zabawiam rozmową kierowcę i jego żonę, ale zdawkowe odpowiedzi nieco mnie zniechęcają. Pani cały czas pilotuje kierowcę z pomocą nawigacji ze smartfonu. Na szczęście to tylko 30 minut jazdy. Wkrótce docieramy do Suwałk.
– Gdzie pana wysadzić?
– Gdziekolwiek, tam, gdzie panu wygodnie będzie stanąć.
Zostawiają mnie w okolicach dworca autobusowego pod pomnikiem 16 Polaków poległych podczas II wojny światowej. Jest dopiero po 13:15, wstęp do mojego hoteliku mam dopiero od 14:00, potwierdzam to na wszelki wypadek, dzwoniąc do właścicielki. Najbliższe 40 minut spędzam, spacerując po mieście.
Najpierw zaglądam na plac Piłsudskiego. Przy skrzyżowaniu z ulicą Kościuszki ustawiono pomnik Marszałka, ale na placu bardziej rzuca się w oczy biała bryła konkatedry pw. św. Aleksandra. Kościół zbudowany w 1929 z polecenia cara Aleksandra I zachował obowiązujący wówczas styl klasycystyczny, ma dwie wieże i okazały, sześciokolumnowy portyk. Zastanawiam się jednak o jakiego świętego Aleksandra tu chodzi. Czy o rzymskiego papieża z II w. n.e., który nakazał mężczyznom zdejmować nakrycie głowy w kościele i wprowadził święconą wodę? Czy też XIII-wiecznego księcia nowogrodzkiego, kijowskiego i włodzimierskiego zwanego Newskim? Czy prawosławny Aleksander I dałby kasę na kościół katolicki i zgodził się na imię „obcego” świętego? Nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie dziś bez wątpienia kościół jest rzymskokatolicki. Wnętrze, podobnie jak na ściany zewnętrzne, pomalowane jest na biało, całość wygląda bardzo ładnie.
Pani, która prowadzi hotel, jest bardzo sympatyczna, prowadzi mnie na drugie piętro kamienicy, w której urządzone są pokoje gościnne. Mój pokój ma „prywatną łazienkę" na korytarzu. Padam na łóżko zmęczony po całym dniu, chociaż dopiero co minęło południe. Jednak ten upał i kilkugodzinna wędrówka zmęczyły mnie. No i poczułem odprężenie, bo udało mi się zrealizować wszystko, co zaplanowałem, a nawet dodatkowe atrakcje.
Późnym popołudniem zwlekam się z wyrka, robię zakupy w Biedronce i zjadam sałatkę ziemniaczaną z bekonem. Jeszcze kawa i idę na spacer po mieście. Widzę i czuję, że pogoda się zmienia, z zachodu nadciągają gęste chmury, na szczęście nie pada. Przechodzę obok średnio ciekawego kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa i kieruję się ku bulwarom nad Czarną Hańczą, tu teren jest dobrze zagospodarowany pod kątem mieszkańców, sympatycznie urządzone place zabaw, leżaczki przy galerii sztuki, klomby i alejki. Nieco dalej w parku znajduje się staw z wysepką, na którą można się dostać przed drewniany pomost. Chwilę poświęcam na obserwację ptactwa wodnego, robię zdjęcie kaczkom i łabędziom. Wiatr się wzmaga, ściemnia się. Zawracam do domu.
Telewizor w pokoju jest, lecz nie można otworzyć żadnego kanału z kablówki. Dopuszczam myśl, że nie potrafię obsłużyć pilota. Natomiast udaje mi się wejść na YouTube, zapoznaję się więc z ostatnimi relacjami Marcina, z którym byłem w Etiopii (kanał Poza Strefą Komfortu).
_____________________________
*/ Wstęp na dziedziniec… 5 zł, do apartamentów, na wieżę, krypt i in. pomieszczeń – 20 zł.
**/ ŁS podaje, że było to 3900 km, 36 km/dzień. Najbardziej zdumiewające są jednak dzienne wydatki: 3,6 EUR/dzień. Trudno uwierzyć.
***/ Implicytnie stosowana procedura kombinująca przypuszczalne znaczenia etymologiczne z charakterystyką nazywanych realiów przy ustalaniu znaczeń apelatywów wydobytych z kontekstów, nie dostarczającej bezpośredniej i ścisłej zarazem informacji o semantyce doprowadziła Babika (DOI) do konkluzji, że przerośl jest nadjeziornym, zarośniętym terenem.