Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Sokółka – Bohoniki – Suwałki – Burdeniszki

czwartek, 29 V 2025


"Nie rozumiem tych bohomazów!" | Nieoczekiwana zmiana planów | Soacer po mihrabie | Opowieść Tatarki | Stopem do Sokółki | Cudowna bakteria | Dzieje Polaków, dzieje Żydów, dzieje Tatarów... | Do klasztoru czy do Komorowskiego? | Spacer nad jeziorem


Siedzę teraz przed Kościołem Rzymskokatolickim pw. Św. Antoniego Padewskiego w Sokółce. Czekam na zakończenie mszy żałobnej, by wejść do środka i obejrzeć wnętrza. Właśnie zaczął bić dzwon, lecz ze zdziwieniem stwierdzam, że dźwięk ma wyjątkowo nieprzyjemny. Tak, jakby ktoś uderzał młotem w stalową sztangę albo w wiadro.


Zacznę jednak od poranka. Budzę się o 6:45, wypijam kawę i zjadam na śniadanie wczorajsze kanapki. Wciąż jeszcze mam zapas jedzenia z Krakowa. Teoretycznie mógłbym kupić wszystko na miejscu, ale, prawdę mówiąc, nie chce mi się szukać Biedronki, czy innego sklepu.

– Dzień dobry, jaki z pana ranny ptaszek – wita mnie poznana wczoraj rzeszowianka.

– Dzień dobry, no nie taki znów ranny. Pociąg mam dopiero przed 9:00.

Rozmawiamy jeszcze na temat współczesnej literatury, między innymi o wyjątkowo płodnym Remigiuszu Mrozie. Także o impresjonizmie i rekonstrukcjach zabytków.

– Dla mnie coś, co zostało odbudowane jest dużo mniej warte. Wolałbym jednak, by ruiny pozostawały ruinami, a nie tak, jak zamki w Korzkwi i Bobolicach na Szlaku Orlich Gniazd, które zostały odbudowywane w zasadzie od fundamentów.

– No, ale to jest trochę tak, jak z kopiami obrazów – stwierdza rzeszowianka – mało kto te kopie może odróżnić od oryginału.

– Zapewne tak, ale tak szczerze: byłoby pani wszystko jedno, czy ma pani mebel stylizowany na stary, czy oryginalny mebel liczący 200 lat? – nawiązuję do wczorajszej rozmowy.

– No, nie. Wolałabym jednak ten stary.

– Ano właśnie. Ja mam przyjemność z oglądania oryginalnych obrazów w muzeach, które znane są mi z telewizji, filmów lub albumów. Szczególnie lubię impresjonistów i postimpresjonistów.

– Dla mnie ten cały impresjonizm i abstrakcjonizm są dla mnie niezrozumiałe. Wolę klasyczne malarstwo.

– A dla mnie liczy się wszystko to, co jest w malarstwie od impresjonizmu przez surrealizm do współczesnego malarstwa.

– Nie rozumiem w ogóle tych wszystkich bohomazów. To nie są dla mnie artyści. To są artyści przez małe a.

– Ale do tego trzeba odwagi! Zawsze proponuję ludziom, którzy nie zgadzają się na nazywanie sztuką abstrakcji – na przykład przedstawiającej kolorowy kwadrat na jakimś tle – stukam palcem w żółtą płytkę na ścianie, aby... – Bo to nie jest sztuka – przerywa kobieta.

– Więc mówię tym ludziom: spróbuj namalować coś podobnego, nowego, w tym stylu. Tak po swojemu. I wtedy zaczynają się problemy, bo okazuje się, że do tego trzeba mieć i wyobraźnię i odwagę, aby namalować coś własnego, a nie tylko skopiować, czy naśladować.

Zmywam po sobie naczynia, a rzeszowiance jeszcze coś się przypomina na temat Tykocina. Widać, że historia jest jej pasją, w każdym razie wizyta w tamtejszym zamku zostawiła w niej żywe wspomnienia.

Pół godziny później jestem na dworcu kolejowym. Podróż do Suwałk ma zająć dwie i pół godziny. Za oknem przelatują zagajniki i lasy, głównie sosnowe. Lubię patrzeć na tę soczystą zieleń. A tu jeszcze mamy falujące łany jęczmienia i pszenicy, a za chwilę rozległe nieużytki z wijącą się nitką strumyka...

Sprawdzając pogodę na mapie Pogoda-radar, widzę, że póki co nie należy się spodziewać opadów w regionie wschodniego Podlasia. Mam więc nadzieję, że dziś nie zmoknę. Na wyświetlanym rozkładzie jazdy zauważam, że będziemy przejeżdżać przez Sokółkę, obok której leżą tak zachwalane Bohoniki. Znów się złoszczę na siebie, że nie przemyślałem dokładniej mojego wyjazdu. Co prawda mógłbym cały dzień wykorzystać na trekking wokół jeziora Wigry, ale skoro po drodze mam Sokółkę, to może bym tu wysiadł? Akurat zbliża się konduktor.

– Przepraszam pana, czy na tym bilecie ja mogę wysiąść w Sokółce i wsiąść do kolejnego pociągu – pytam.

Chłopak analizuje dane z biletu i stwierdza:

– Teoretycznie tak...

– Ale, czy na pewno?

– Tak. Tu nie ma godziny wyjazdu, bilet jest na cały dzień.

– A mógłby pan sprawdzić, o której będzie kolejny pociąg?

Po chwili znam już odpowiedź: 15:33. Będę miał więc w Sokółce 6 godzin na odwiedzenie Bohonik i zwiedzenie miasta. Decyzja zapadła, o 10:00 wysiadam na stacji. Chcę się jednak upewnić na dworcu, czy będę mógł kontynuować podróż na tym samym bilecie.

– Gdzie tu są kasy? – pytam miejscowych po opuszczeniu peronu.

– Nie ma kas u nas. Dopiero będą – chłopcy wskazują na remontowany budynek stacji PKP Sokółka.

No dobrze, przekonam się później, jak jest naprawdę z moim biletem. Fotografuję jeszcze na rondzie współczesny pomnik upamiętniający ofiary Obławy Augustowskiej – akcji z lipca 1946 roku przeprowadzonej przez władze radzieckie na mieszkańcach Sokółki. Wśród zatrzymanych NKWD zidentyfikowało około 600 żołnierzy polskiego podziemia. Los ich do dziś pozostaje nieznany.

Do Bohonik mam około 7 kilometrów. Pogoda wciąż jest bardzo dobra, prawie bez zachmurzenia. Lekki wiatr przyjemnie owiewa twarz. Przystaję na moment na przystanku nad Zalewem Sokólskim, by sfotografować sympatyczny pomnik mężczyzny siedzącego na ławce. Brak jakichkolwiek inskrypcji na monumencie – zapewne wynik roztargnienia wykonawców – nadaje mu anonimowość. A może świadomie ta postać miała zostać nieopisana?*/. Raz na dwie-trzy minuty przyjeżdżają obok mnie w obie strony ciężarówki wożące żwir z pobliskiego zakładu górniczego. Żwirowisko zajmuje olbrzymią przestrzeń po obu stronach drogi. Niekończące się taśmociągi transportują piasek i żwir, a w zagłębieniach terenu utworzyły się jeziorka.

Po godzinie marszu pojawiają się pierwsze zabudowania w Bohonikach. Postanawiam najpierw przejść na cmentarz muzułmański, który jest usytuowany poza wsią, a dopiero później wykręcić do jej centrum, by zobaczyć meczet. Zabudowa we wsi jest bardzo skromna, po prostu biedna. Dużo tu drewnianych chat, część z nich wydaje się być niezamieszkana. Jeszcze kilkaset metrów i skręcam w piękną modrzewiową aleję prowadzącą do cmentarza. Tutejszy mizar przypomina ten, który oglądałem wczoraj w Kruszynianach. Kilku mężczyzn naprawia jeden z grobów i sadzi kwiatki. O tym, że muzułmanie nie zapalają świec (które są wyrazem mocy diabelskich), lecz składają kwiaty, wspominał wczoraj „mój” Tatar. Płyty na grobach są marmurowe z wygrawerowanymi polskimi imionami i nazwiskami. O tym, że spoczywają tu muzułmanie, można się domyślać jedynie na podstawie przepięknych, ozdobnych napisów arabskich. Nieco powyżej, w głębi cmentarza znajduje się jego starsza część z nagrobkami wykonanymi z głazów i na wpół zatartymi inskrypcjami. Na kilku z nich dostrzegam napisy wykonane cyrylicą. Spotykam nagrobki z datą śmierci sprzed ponad 100 lat na (przykład 1888 rok).

Zawracam do Bohonik. Wchodzę na teren meczetu. Drewniana świątynia stoi pośród zieleni, niewielka, ale zadbana. Blaszany hełm lśni w promieniach południowego słońca. Przed wejściem zatrzymuję się na chwilę, przypominając sobie wczorajszą wizytę w Kruszynianach. Tamten meczet był podobny, ale dziś czuję, że czeka mnie nowa opowieść.

Dzwonię pod numer, który znalazłem na tablicy ogłoszeń. Po chwili odbiera kobieta.

– Dzień dobry, jestem już na miejscu, przy meczecie.

– Dzień dobry! Już do pana idę, proszę chwilę poczekać – odpowiada z uśmiechem w głosie.

Kilka minut później pojawia się kobieta ubrana w barwną suknią z wzorzystą czapeczką na głowie. Jest średniego wzrostu, energiczna, z pogodnym spojrzeniem. Wita się serdecznie.

– Był pan może już w Kruszynianach?

– Tak, wczoraj. Bardzo ciekawe miejsce.

– To świetnie! Będzie pan miał porównanie, a ja postaram się opowiedzieć coś nowego.

Otwiera drzwi do meczetu i zaprasza do środka. Zdejmuję buty i wchodzę. Wnętrze jest proste, ale pełne atmosfery skupienia. Zielony dywan, delikatne zdobienia, charakterystyczny mihrab.

– Ten meczet pochodzi z drugiej połowy XIX wieku – zaczyna. – Zbudowali go Tatarzy, którzy osiedlili się tutaj za czasów Jana III Sobieskiego. Byli muzułmanami, ale wiernymi Rzeczypospolitej. Za zasługi wojenne król nadał im ziemię.

Słucham z zaciekawieniem. Przewodniczka mówi z pasją.

– Muzułmanie tatarscy przez wieki żyli tutaj w pokoju z chrześcijańską większością. Zachowali swoją wiarę, ale wiele zwyczajów przesiąkło lokalną kulturą. Nawet język – dziś już nikt nie mówi po tatarsku, ale niektóre słowa wciąż są obecne w modlitwach.

Zatrzymuje się przy mihrabie.

– Tu modli się imam, zwrócony w stronę Mekki. A tam, po lewej, mamy minbar – rodzaj kazalnicy. Mężczyźni modlą się osobno, kobiety osobno. Ale u nas, w małej społeczności, często modlitwa wygląda trochę inaczej niż w krajach muzułmańskich. Jest skromnie, ale duchowo.

– A jak wyglądają święta? – pytam.

– Najważniejsze to Ramadan i Święto Ofiarowania. W Bohonikach mamy wtedy wspólną modlitwę i poczęstunek. Tatarska kuchnia to osobny temat – mówi z uśmiechem. – Kołduny, pierekaczewnik… Kto raz spróbuje, nie zapomni.

Czas mija szybko. Na koniec wychodzimy na zewnątrz.

– Dziękuję, to była bardzo ciekawa opowieść – mówię szczerze.

– Cieszę się. To ważne, żeby pamiętać, że Polska była i jest domem dla różnych kultur. A Tatarzy to jedna z tych cichych, ale pięknych historii.

Patrzę jeszcze raz na meczet – spokojny, cichy świadek wieków. Cieszę się, że mogłem tu być.

Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się tu dotrzeć. Pozostaje teraz wrócić do Sokółki. Macham kilka razy na samochody i po chwili już jadę z młodym chłopakiem.

– Był pan przed chwilą w meczecie – bardziej stwierdza niż pyta.

– Tak. A wczoraj w Kruszynianach.

– To moja mama pana oprowadzała. Jest przewodniczką.

Uśmiecham się, przypominając sobie wczorajszy autostop do Krynek.

– I jak się wam tu żyje? – pytam, mając na myśli wspólnotę Tatarów.

– Dobrze. Niewielu Tatarów zostało w wiosce, wyjechali, pożenili się. Ja też wywędrowałem do Sokółki, tam mam mieszkanie. Ożeniłem się, ale często odwiedzam rodzinę w Bohonikach.

– Chyba niewielu turystów macie tutaj? Przynajmniej od czasu pandemii i wojny na Ukrainie?

– No mniej jest. Ale przyjeżdżają.

– Widzę, że region się unowocześnia – wskazuję ręką farmę fotowoltaiczną. – Aaa! To należy do kopalni Drahle. Tam były nieużytki, więc zamiast zalesiać postawili panele.

– Olbrzymia inwestycja.

– Potrzebują bardzo dużo prądu do taśmociągów. Więc się im teraz bardziej opłaca wydobycie.

– Żwir i piasek?

– Żwir. Piasek to dla nich odpad.

Ha! Gdybym miał kota, poprosiłbym o piasek do kuwety.

Kościół, do którego podrzuca mnie sympatyczny chłopak, powstał w 1848 roku i jest, zdaje się, jednym z ważniejszych obiektów sakralnych w Sokółce. Fasada kościoła jest klasycystyczna, z dużym wizerunkiem Matki Boskiej na tympanonie i z czterema figurami świętych na balustradzie naw bocznych. Dwie, nieco przysadziste wieże wznoszą się na wysokość 46 metrów. Zastanawiam się, czy to nie tu parę lat temu zdarzył się cud związany z krwawieniem z obrazu. Na tablicy informacyjnej faktycznie jest wzmianka na ten temat, przeczytam później. Kondukt żałobny właśnie wyszedł, mogę wejść do środka. Zdaje się, że zmarły miał większą rodzinę lub był znaną postacią, bo ludzi w kościele nazbierało się z pewnością ponad setkę. Muszę w tym miejscu przeprosić miejscowego proboszcza, gdyż kościół ma więcej dzwonów i wszystkie właśnie zaczęły donośnie bić.

Wnętrze jest w miarę zwyczajne, ołtarz utrzymany w kolorach białym i seledynowym, biała ambona ze złotymi zdobieniami oraz różowe ściany nadają nieco landrynkowaty charakter. Boczne ołtarze z kolumnami z czarnego i brązowego marmuru(?) z ciemnymi płótnami o tematyce religijnej dopełniają całości.

Dla porządku wspomnę o cudzie eucharystycznym, które miał miejsce 12 października 2008. Na hostii podniesionej z brudnej posadzki po tygodniu rozwinęły się mikroorganizmy o czerwonej barwie, a konkretnie powstała kolonia pałeczki krwawej (Serratia marcescens). Nie wkroczyła tu jednak inspekcja Sanepidu, lecz powołano kościelną komisję, która zadekretowała kościół jako Sanktuarium Cudu Eucharystycznego.

Mam lekkie uczucie niedosytu związane z Sokółką. Postanawiam więc zajrzeć do miejscowego Muzeum Ziemi Sokólskiej, które mieści się w niewielkim budynku przy ulicy Piłsudskiego. Kolekcja obejmuje pamiątki przedwojenne i związane z II wojną światową. Są tu również żydowskie artefakty i dokumenty opisujące deportowanie Żydów. Także została tu przedstawiona kolekcja artefaktów związanych z Tatarami obejmująca tradycyjne ubiory, broń i hramolki, daławary i duajki – krótkie modlitwy zapisywane na kawałkach papieru zwiniętych w harmonijkę. Kolekcja oraz tablice informacyjne dają podstawowy wgląd w życie i zwyczaje polskich Tatarów. Bonusem w muzeum jest średnio ciekawa wystawa poświęcona życiu i twórczości miejscowej pisarki pochodzenia tatarskiego.

Nie spiesząc się ruszam w stronę cerkwi pw. św. Aleksandra Newskiego. Powstała w 1853 roku, a zatem w trzy lata po zbudowaniu kolegiaty pw. św. Antoniego. Najwyraźniej prawosławna część społeczności poczuła się zagrożona. Sama cerkiew jest całkiem interesująca: biała bryła na planie kwadratu z czterema absydami, dach świątyni zwieńcza niewysoka wieża flankowana czterema wieżyczkami w narożach budynku a hełmy wież są pozłacane. Niestety wieża bramna jest zamknięta, nie zobaczę wnętrz.

Idąc dalej uliczkami miasta w pewnym momencie wybucham śmiechem. Przede mną restauracja z szyldem: „Tokyo Sushi. Tradycyjna kuchnia polska”. Do odjazdu pociągu została mi jeszcze godzina i chętnie bym pospacerował po uliczkach miasta, widzę jednak, że wiatr się wzmaga, nadciągają ciemne chmury, a wkrótce zaczyna kropić. Schronienie znajduję w wiacie na peronie.

W pociągu konduktor bystrym okiem wyłapuje pasażerów, którzy wsiedli na tej stacji bez kas biletowych. Do mojego biletu nie ma zastrzeżeń, mogę kontynuować jazdę.

Suwałki. Nie pada i to jest dobra okoliczność. Gorzej, że jestem pod presją czasu: przed chwilą zadzwonił właściciel z agroturystyki, gdzie będą nocować.

– Będę na miejscu do 18:20 – mówi.

Nie wiem, czy zdążę dotrzeć do niego na tę godzinę z komunikacją autobusową może tu być krucho.

– Właśnie dojechałem do Suwałk i idę szukać jakiegoś transportu autobusowego – mówię.

– Autobus będzie miał pan dopiero 18:30. Ale wie pan co? Zostawię panu klucze w szufladzie przy wejściu.

– Dobrze. W każdym razie zmierzam do państwa.

Dworzec wygląda na nieczynny. Kasy zamykane są o 15:00, ograniczam się do sfotografowania rozkładu jazdy. Idę na stopa. Oczywiście mógłbym tu przesiedzieć ponad godzinę i spokojnie dojechać na miejsce, ale odżyły we mnie stare autostopowe doświadczenia. Zresztą całkiem dobrze mi szło wczoraj i dzisiaj. Ustawiam się za rondem Bohaterów Powstania Sejneńskiego**/. Po kilku minutach siedzę już w furgonie.

– Nie ma sprawy, jedziemy w tamtym kierunku – mówi kierowca.

– To pan do klasztoru? – pyta starszy mężczyzna, który przesiadł się z kabiny do tyłu.

– Nie, nie – śmieję się. – Zepsułbym braciszków swoją obecnością. Mam nocleg nad Dowcieniem.

– A to może pan chce pojechać do Komorowskiego? – dopytuje staruszek.

– On tu mieszka? Nie wiedziałem.

– No, stąd pochodzi, tu ma dom.

Starszy pan mówi z wyraźną miejscową gwarą, młody kierowca natomiast jest bardziej mrukliwy i praktycznie przez całą drogę nie odzywa się.

– Proszę mnie wysadzić na krzyżówce w Ryżówce – uprzedzam kierowcę.

– Jasne, nie ma sprawy.

Żegnam się. Teraz czeka mnie kilometr do mojej dzisiejszej miejscówki. Uprzedzam jeszcze właściciela, żeby nie opuszczał domu, gdyż już nadchodzę. Pan jest bardzo sympatyczny, rozmawiamy przez chwilę. Będę spać w dużym domku letniskowym przeznaczonym dla turystów. Na piętrze są trzy lub cztery pokoje z kuchnią. Mój pokój jest całkiem duży, ma ze 20 metrów kwadratowych licząc ze skosami. Zdaję wideorelację dla Renaty.

– No ładnie tam masz. Całkiem w porządku – stwierdza.

Generalnie to by fajnie było tutaj być we dwójkę. No nic, wypijam kawę i ruszam na spacer wokół jeziora.

Dowcień ma powierzchnię niecałego kilometra kwadratowego i znajduje się tuż poza terenem Wigierskiego Parku Narodowego. Tu po raz pierwszy spotykam się z nieznaną mi wcześniej rybacką typologią jezior. Otóż Dowcień należy do jezior karasiowych, płytkich akwenów (do 6 m), z grubą warstwą osadów mułowych, intensywnie rozwiniętą roślinnością (zwłaszcza brzegową) i bardzo małą przejrzystością wody. Czy faktycznie odławia się tu karasie – nie wiem. Ale, jak w wielu takich miejscach, brzeg jest zarośnięty, a dodatkowo dostępu do jeziora bronią płoty, za którymi znajdują się różne gospodarstwa. Chcę jednak dostać się nad brzeg, by choć trochę obfotografować jezioro, nad którym jestem.

We wsi przez moment rozmawiam z rodziną pracującą na podwórzu. Widać po twarzach i dłoniach, że są przyzwyczajeni do ciężkiej pracy. Ich dom jest w kiepskim stanie, po podwórku kręci się parę kur i panuje generalnie nieporządek. Starsza kobieta ubrana „po robociarsku” asystuje młodszym mężczyznom naprawiającym naczepę ciągnika. Ich żywot pewnością różni się od życia nowych mieszkańców wsi, którzy tu pobudowali sobie domy, żyją z turystyki lub po prostu tu wypoczywają. Kierując się uzyskanymi tu wskazówkami, zawracam nad jezioro. W kilku miejscach podchodzę do brzegu, ale ani w szuwarach, ani na wodzie nie widzę zbyt wiele ptactwo wodnego. Po powrocie do pokoju korzystam z piekielnego wynalazku zwanego telewizją. Oglądam wiadomości i jakieś programy edukacyjne. Sam zrezygnowałem z telewizora 15 lat temu czy 20 lat temu, więc gdy mogę pobawić się pilotem, będąc u kogoś, zawsze z zainteresowaniem odnotowuję różnorodność kanałów. Przed snem zastanawiam się, jak będzie wyglądać jutrzejszy dzień. Rano planuję podejść do klasztoru w Wigrach, później z Suwałk będę chciał pojechać nad Hańczę. Nie wiem, czy się uda, gdyż autobusów znowu tam nie ma. Zobaczę, jak będzie.

__________________________

*/ A jednak nie. Po powrocie z wyjazdu ustaliłem, że to pomnik Antoniego Tyzenhauza herbu Bawół (1733–1785), wpływowego polityka w Wielkim Księstwie Litewskim. Podskarbi litewski i starosta grodzieński twardą ręką zarządzał majątkiem królewskim na Litwie, a przy okazji gnębił chłopów. Mówi się, że kto potrze jego brązowy nos, tego będą trzymały się pieniądze. Trudno powiedzieć, czy to prawda. W każdym razie Tyzenhauza tak się trzymały pieniądze, że w końcu został oskarżony o defraudację przychodów z administrowanych dóbr.

**/ Powstanie sejneńskie jest mało znanym epizodem w historii Polski po odzyskaniu niepodległości. Trwało zaledwie 5 dni (23–28 sierpnia 1919) i zakończyło się zwycięstwem POW nad wojskami litewskimi. Terytorium Polski powiększyło się o powiat sejneński.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej