Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Augustów – Kraków

sobota, 31 V 2025


Marysia lubi dzieci | Car buduje | Spotkanie z Beatą | Uroki FlixBusa i podsumowanie


Dziś dzień powrotu do domu. Właściwie mogłem już wracać wczoraj, ale bilet na FlixBusa kupiłem na dziś, na 13:20 z Augustowa. Zresztą przydałoby się poznać to miasto znane z sentymentalnej piosenki Marii Koterbskiej „Augustowskie noce” (1967). Swoją drogą trochę piosenek o tym regionie by się nazbierało – łącznie z "Beatą z Albatrosa" śpiewaną przez Janusza Laskowskiego, który w 1965 roku spędzał tu wakacje*/.

W drodze na dworzec przechodzę przez nowocześnie urządzony plac Marii Konopnickiej. Jest tu, rzecz jasna, pomnik znanej ongiś każdemu dziecku pisarki. A na dzieciach musiała znać się wyśmienicie: zanim wzięła się za pisanie bajki o "Krasnoludkach i Sierotce Marysi" i "Naszej szkapy" – obowiązkowej lektury dla dziatwy szkolnej, Konopnicka – w ciągu ośmiu lat urodziła ósemkę dzieci. Obok pomnika ustawiono sympatyczną ławkę z wyrytym wierszykiem:

Bociek, bociek leci!

Dalej, żywo dzieci!

Kto bociana w lot wyścignie,

Temu kasza nie ostygnie.

Kle, kle, kle, kle, kle.

O 7:20 jestem już na dworcu kolejowym. Do Augustowa pojadę pociągiem Intercity za jedyne 6 zł. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego pociąg Regio, który jedzie dłużej i częściej się zatrzymuje, kosztuje więcej.

Podróż jest krótka, trwa niecałe pół godziny. Pociąg mija stację Augustów Port bez zatrzymywania, wysiadam na głównym dworcu Augustów położonym jakieś trzy kilometry za miastem. To mi nie przeszkadza, mam dość czasu na spacer wzdłuż pobliskiego Jeziora Białego Augustowskiego. Tu, nad jego brzegiem, wszystkie smażalnie ryb i inne punkty gastronomiczne są pozamykane, podobnie jak wypożyczalnie łódek i kajaków. Sezon wszak jeszcze się nie zaczął, a zresztą jest dość wczesna pora.

Droga, którą idę, jest wytyczona wzdłuż brzegu jeziora. Wokół las sosnowy, śpiewają ptaki. Jest dobrze. Na wodach jeziora, na które odsłania się czasem widok, kiwa się kilka łódek, lecz tak, jak nad Wigrami i Hańczą, nie widzę ptactwa wodnego. Notabene, ludowa etymologia mówi, że nazwa jeziora pochodzi od obfitości białych czapli i innego ptactwa zasiedlającego brzegi**/. Między drzewami dostrzegam duży drewniany budynek. W dwudziestoleciu międzywojennym mieścił się tu Yacht Klub Polski, ale miejsce to jest szerzej znane jako Willa Prezydenta z racji tego, że zwykł tu odpoczywać Ignacy Mościcki.

Pół godziny później w podmiejskiej dzielnicy miasta (jak się przekonam, większość Augustowa sprawia wrażenie dzielnic podmiejskich) trafiam na osiedle złożone z kilku interesujących budynków. Są to domy wielorodzinne, trzypiętrowe i można by było je nazwać blokami, gdyby nie to, że są drewniane a tylko część murów została wykonana z cegły. Są zaniedbane i wyglądają na stare. Akurat z bramy wychodzi ubrana w fartuch obrębiony falbaną kobieta w średnim wieku, trzyma w ręku wiadro i miotłę. Zapewne pełni tu funkcję gospodarza domu.

– Przepraszam panią, mam takie głupie pytanie: z którego roku są te domy?

– O, proszę pana! One stały tu już za cara.

– Czyli mają ponad 100 lat… – No tak. Ale dokładnie to nie wiem, z którego roku.

– Mają interesującą konstrukcję: taką drewnianą i murowaną. A proszę mi powiedzieć, ściany i stropy są drewniane czy murowane?

– Drewniane.

– A centralne ogrzewanie jest?

– Nie. Ale ma być…

– To czym się opala mieszkania? Gazem?

– Może ktoś ma instalację gazową, ale u większości są piece kaflowe, węglem palimy…

Zastanawiam się, ile jeszcze w polskich miastach pozostało takich domów bez wygód.

Kilkaset metrów dalej znajduje się kolejne augustowskie jezioro – Necko o powierzchni dziesięciokrotnie mniejszej od powierzchni Białego. Jest tu miejsce na grilla, jest sprzęt rekreacyjny do ćwiczeń, są ławeczki i wiaty. Ogólnie przyjemny teren do wypoczynku. Poczułem głód, rozkładam się na ławce pod zadaszeniem i zjadłem drugie śniadanie. Jest dopiero 9:00, co dalej? Postanawiam dojść na cypel przy zbiegu Netty i jeziora Necko, gdzie znajduje się hotel-sanatorium pod szumną nazwą „Pałac na Wodzie”. Droga prowadzi nadbrzeżnym deptakiem. Na odsłoniętym miejscu z widokiem na jezioro trafiam na „tańczący” pomnik Marii Koterbskiej z „grającą” ławeczką. Pomni piosenkarki jest ruchomy, z autorką „Parasolek” i „Serduszka pukającego w rytmie cza cza” można zatańczyć. Dzięki, nie będę próbować. Nieco dalej, obok parku linowego, znajduje się niewielka przystań z dziwnymi konstrukcjami na wodzie. Dokładniejsza inspekcja pokazuje, że to przeszkody na torze dla nart wodnych. Czy chciałbym z takiej zabawy skorzystać? Koszt 30 zł za jedno przeciągnięcie zawodnika na linie na dystansie trzystu metrów. Problem teoretyczny, gdyż usługa będzie dostępna dopiero w sezonie.

Wspomniany „Pałac na Wodzie” okazuje się bardzo okazałym i bogato zdobionym budynkiem z szeregiem złoconych posągów przed wejściem. Prócz części hotelowej mieści się tu również ośrodek typu SPA i wielkie zaplecze medyczno-rehabilitacyjne. Zachęcony otwartymi drzwiami na tarasie, wchodzę do pełnej przepychu olbrzymiej sali bankietowej z licznymi rzeźbami, żyrandolami i innymi ozdóbkami. Muszę sprawdzić, ile kosztuje tu pobyt***/.

Nad kanałem, wzdłuż którego teraz maszeruję, jest również przyjemnie. Trochę tu ptactwa wodnego, które nic sobie nie robi z przepływających kanałem stateczków.

Przekraczam most ze śluzami na kanale i w końcu jestem w głównej części miasta. Augustów nie może pochwalić się spektakularnymi zabytkami lub innymi wyjątkowymi miejscami wartymi zobaczenia. Ale sądzę, że to prowincjonalne miasto jest warte spokojnego dwugodzinnego spaceru. Zaczynam od Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa usytuowanej przy ulicy 3 Maja. Trwają tam akurat uroczystości komunijne, zamierzam więc tu jeszcze wrócić. Dochodzę do Rynku Zygmunta Augusta, który w rzeczywistości jest miejskim parkiem z fontannami i rzeźbami. Po krótkim odpoczynku kieruję się na wschód, by spotkać się z Beatą. Tak, jak się spodziewałem dziewczyna siedzi na ławeczce pod knajpą „Albatros”. Od chwili, kiedy ustawiono w tym miejscu pomnik tej bohaterki piosenki (2017) czeka na chętnych sfotografowania się z nią. Jak tysiące turystów przysiadam się do niej. Chciałoby się zanucić "Siedem dziewcząt z Albatrosa, tyś jedyna", fragment, który stał się znakiem rozpoznawczym tego utworu.

Nie spiesząc się, wracam pod bazylikę. W tym miejscu stał neoklasycystyczny kościół św. Bartłomieja (1847). Zaledwie 60 lat po konsekracji, uznano, że świątynia jest zbyt mała na potrzeby wiernych i rozebrano ją. Obecny kościół zbudowany w stylu eklektycznym w 1911 jest znacznie większy, a jego dwie otynkowane na biało wieże sięgają 50 metrów. Nie rozumiem tylko, dlaczego zmieniono patrona. Święty Bartłomiej był niedobry? Wewnątrz zapewne nic ciekawego nie zobaczę, ale nie byłbym sobą, gdybym nie chciał się o tym osobiście przekonać.

Najbliższą godzinę kręcę się po uliczkach centrum, spaceruję wzdłuż kanału Bystry, później robię zakupy w Biedronce. Na przystanku FlixBusa (Dom Nauczyciela) czekają już dwie starsze panie – emerytka, która ponoć była geologiem, i druga 55+. Też jadą do Krakowa. Tym razem FlixBus staje na wysokości zadania i na przystanek podjeżdża wypasiony międzynarodowy autokar jadący z Litwy lub Łotwy. W środku sporo obcokrajowców, także tych z dalszych regionów: jest Japończyk, Koreańczyk, jakiś Arab. I oczywiście sporo rosyjskojęzycznych. Młodsza krakowianka wdaje się w głośną rozmowę z sąsiadami. Już na przystanku w egzaltowany sposób opowiadała, że kocha Rygę i kocha Odessę. "Ja mogłabym jeździć tam codziennie!” – wykrzykiwała. Teraz znów jednym zdaniem wyrzuca z siebie:

– Kocham Odessę, kocham Ałma Atę.

Zdaje się należy do tych osób, które wołają „Najlepsza pizza jest w Neapolu”, choć nigdzie indziej we Włoszech jej nie jedli. W Białymstoku dosiada się podpity, wulgarny czterdziestolatek. Wraca do pracy na Islandii i boi się, że spóźni się na lot. Cały czas denerwuję się, czy nie zwymiotuje na mnie. Przed Warszawą nieco trzeźwieje i próbuje swoją osobą zainteresować krakowiankę. Dalsza droga przebiega już spokojnie.

I to jest właściwie koniec wyjazdu, do domu docieram przed północą. Czas na parę słów zakończenia. Nie zdziwię nikogo, gdy powiem, że mam uczucie niedosytu, wyjazd, gdyby był dłuższy, pozwoliłby na poznanie jeszcze wielu ciekawostek i interesujących miejsc regionu. Tym niemniej, to, co widziałem: meczety Tatarów, prawosławne cerkwie, pałac Branickich i dwa klasztory, żubry w ośrodku oraz wiadukty w Stańczykach, było bardzo interesujące. Jeśli do tego dodać wędrówki nad jeziorami wśród pól i lasów, a także bezproblemowy autostop – to ten krótki wypad uznaję za bardzo udany.

__________________________________________

*/ Może warto dodać, że i Suwałki doczekały się piosenek o sobie. Zespół Nadzieja śpiewa "Pogodne Suwałki", Voy Anuszkiewicz – „Suwalskie Niebo”, natomiast Leszek Aleksander Moczulski napisał słowa do hymnu „Suwałki, moje miasto” (muzyka Jacek Zieliński):

Sercem cię widzę moje miasto

Otwiera się zamknięty świat

Echa i cienie, ślady wieków

Tędy przebiegał dawny trakt.

Stanica tych co wędrowali

Co przemierzali długi trakt

Piękno przyrody ich tu przywiodło

I ukochali od jezior wiatr

Ref.

Kraino w słońcu jezior

I puszczy i obłoków

Rodzinne moje miasto

Nad Czarnej Hańczy wodą.

Kraino w słońcu jezior

Dziś tęsknię ja za tobą

Suwałki, moje miasto

Nad Czarnej Hańczy wodą.

**/ Inni z kolei doszukują się genezy nazwy w jasnym, „niemal białym” dnie jeziora. Jak dla mnie – bardzo naiwne tłumaczenia. IMHO dla nadania jezioru przydomku „białego” wystarczała obecność przed wiekami piaszczystego brzegu.

***/ Do końca roku brak miejsc. Orientacyjna cena pokoju 2-osobowego to 400-600 złotych.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej