Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Co robić w pochmurny ranek? | Stresująca droga na lotnisko | Imigranci we Francji | Agnieszka nie może zapalić | Witaj, Martyniko!
Poranek w Paryżu. Budzimy się koło 7:00 rano. W pokoju panuje półmrok z powodu zaciągniętych żaluzji, trudno więc zorientować się, jaka jest pogoda. Agnieszka podchodzi do okna, odsłania zasłonę i parska śmiechem.
– Jesteśmy na cmentarzu. Ha ha! – chichocze – Będziesz mógł napisać, że spaliśmy na cmentarzu.
Faktycznie widok okna jest dość nietypowy. Przed nami rozpościera się cmentarz Montrouge w całej krasie – lepiej widoczny niż wczoraj. Okalające go rzędem drzewa liściaste chociaż nieco już ogołocone z kolorowych liści dodają uroku temu miejscu. Gdyby jeszcze pogoda była ładniejsza! Ale nie. Nad Paryżem wiszą ciężkie chmury.
– Co robimy? – zastanawiam się.
Musimy podjąć teraz decyzję, czy jedziemy do centrum Paryża, czy też wprost na lotnisko. Patrzę na mapę i widzę, że do położonego po północnej stronie miasta Montmartre’u jest spory kawałek, choć wcześniej wydawało mi się, że jest bliżej.
– Może Ogrody Luksemburskie? – myślę na głos.
– Daleko to jest? – pyta Agnieszka.
– No, ze cztery kilometry... Na piechotę chyba nie pójdziemy, bo byśmy zaszli tylko na miejsce i musieli wracać po bagaże, których przecież nie będziemy tachać ze sobą.
– Nie opłaca się – przytakuje dziewczyna – To co robimy?
Chwila milczenia. Uśmiechamy się. Rozumiemy się bez słów: zostajemy w pokoju.
O 11:00, po śniadaniu, zbieramy się. Niestety, nieco kropi. Szybko przemykamy na znajomą już stację metra Porte d'Orléans i tu wsiadamy do jakiegoś tramwaju. Upewniwszy się, że dojedziemy nim do Porte de Choisy, próbuję skasować wczorajsze, niby niewykorzystane, bilety na metro. Nie działają, ich sprawa. W tramwaju nowych nie kupimy, więc mamy do wyboru albo wysiąść, albo jechać do końca w lekkim stresie.
– O popatrz, czy to nie nasz autobus tam stoi – mówi Agnieszka wskazując ręką przystanek.
Autobus 183 jadący na lotnisko Orly odjeżdża zanim dojdziemy do terminala autobusowego.
– To nic, nieważne, będzie następny. Mamy jeszcze czas – uspokajam – Poszukajmy teraz biletów.
Jak na złość znów się rozpadało i mokniemy pod jakimiś okapami. Najbliższy automat biletowy na przystanku jest zepsuty; kolejny również zdewastowany. To nic.
Akurat podjechał autobus 183 z napisem Aeroport Orly. Wsiadam i upewniam się, czy dojedziemy na lotnisko.
– Nie, nie! – mówi jakaś pasażerka – Następny! Ten nie jedzie na lotnisko.
Hm, być może rzeczywiście system linii autobusowych jest bardziej skomplikowany niż myślałem. Teraz dopiero dostrzegam, że mają dodatkowe oznaczenia literowe przy numerach.
Czekamy. Agnieszka zdąży wypalić jeszcze trzy papierosy, zanim wsiądziemy do odpowiedniego autobusu. Kupujemy bilety po 3.50 EUR czy coś w tym rodzaju. Ruszamy, mamy w końcu chwilę oddechu. Wciąż nam się wydaje, że czasu jest dużo, ale gdy zerkam na trasę przejazdu wywieszoną w pojeździe włosy mi stają dęba na głowie. Przystanków jest kilkadziesiąt! Autobus bowiem nie idzie najprostszą drogą, lecz krąży po przedmieściach. Wykorzystując wolny czas zaglądam na stronę lotniska Orly i znów stresuję się.
– O kurczę! – mruczę wpatrując w tablicę odlotów.
– Coś się stało? – Agnieszka nachyla się nad moją komórką.
– Nie widzę naszego samolotu. Do Fort-de-France lot jest tylko o 15:00. Jeśli przesunęli odlot, to nie zdążymy!
Sprawdzam na swojej poczcie jeszcze raz numer lotu na naszym bilecie i wracam na stronę lotniska. Coś tu się nie zgadza, wszystko przez te łączone loty i grupowanie samolotów lecących do Gwadelupy i Martyniki o tej samej porze. Sytuacja może zaraz się wyjaśni: mamy odlot z terminala... no właśnie! z którego terminala?! Tu jest zaznaczony terminal T bez numeru...
– Zobaczymy, na razie się nie przejmuj lotem – pociesza Agnieszka.
Ok. Nie będę się przejmować :-p.
Tymczasem przyglądam się przychodniom na ulicy. No, na pewno nie jest to Francja sprzed lat. Połowa przechodniów to czarnoskórzy mieszkańcy z Afryki, być może już w którymś pokoleniu. Widać też wielu Azjatów. Pamiętam jak niemal 30 lat temu z uśmiechem patrzyłem na kolorowy tłum w Amsterdamie a później w Paryżu. Wtedy po raz pierwszy widziałem na ulicy tylu Murzynów i Arabów. Te widoki były wówczas dla mnie zaskakujące, ale... podobało mi się to! Cieszyła mnie ta otwartość społeczeństw Zachodu na imigrantów, na wielokulturowość. Przeciwstawiałem ją zaściankowości konserwatywnej Polski. Obecnie skala imigracji jest znacznie większa. Dziś we Francji 15% ludności jest pochodzenia obcego (w Polsce – zaledwie 2%). W regionie Île-de-France obejmującym aglomerację Paryża z sąsiadującymi gminami ten odsetek jest znacznie większy (17% imigrantów + 18% z jednym rodzicem pochodzenia obcego. Do tego DODAJMY dwukrotnie większy odsetek bezrobotnych wśród imigrantów (16%) i tragiczne wręcz statystyki kryminalne. W departamencie Seine-Saint-Denis graniczącym z Paryżem od północy 60% osób poniżej 18 roku jest pochodzenia obcego a odsetek przestępstw jest największy w całej metropolitalnej Francji. Trudno się więc dziwić, że właśnie tu 14 lat wcześniej wybuchły wielkie zamieszki zakończone spaleniem 8 tysięcy samochodów i aresztowaniem 3 tysięcy protestujących. Z drugiej strony – Francuzi są przyzwyczajeni do tych anty- lub proimigranckich zamieszek od czasów wojny o niepodległość Algierii. Dość przypomnieć masakrę paryską z 1961 roku, gdy policja krwawo stłumiła protesty Algierczyków zrzucając wielu z nich z mostu Saint-Michel oraz masakrę przy stacji metra Charonne z 1962 roku, kiedy to w proteście przeciwko działaniom tajnej policji OSA i wojnie w Algierii zginęło 8 osób.
Dla mnie, osobiście, imigranci nie są problemem. Nie przeszkadza mi ukraińska sprzedawczyni czy rosyjska kelnerka w Polsce. O ile mówi po polsku 😊 Cóż, nie na darmo polskie przysłowie mówi: Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one. Problemem jest asymilacja imigrantów. Jeśli z ich kultury możemy coś zaczerpnąć – w porządku. Jeśli chcą narzucić innym swoje zasady – tu zaczyna się problem. Patriarchalny model społeczeństwa nie pasuje do nowoczesnej, zlaicyzowanej Europy. Ciężko to zrozumieć muzułmanom, ale też i katolikom. Stąd tragedie takie jak ta, która miała miejsce w Vitry-sur-Seine, miejscowości, przez którą teraz przejeżdżamy. To tu, w 2002 roku, Sohane Benziane, 17-letnia dziewczyna pochodzenia algierskiego, została żywcem spalona za "nieposłuszeństwo" przez swojego ex-chłopaka na oczach jego kumpli z gangu. Między innymi to wydarzenie zapoczątkowało ruch Ni putes ni soumises (Ani dziwki, ani uległe).
Mówiąc o imigrantach we Francji trzeba jednak pamiętać, że jest wśród nich bardzo liczna grupa przybyszy z Portugalii (3 mln) i nieco mniejsza – z Hiszpanii. I tylko z racji koloru skóry nie są tak widoczni na francuskich ulicach.
Mija kwadrans za kwadransem a my wciąż jedziemy na lotnisko. Rozkopane ulice i korki opóźniają nasz dojazd. Mijamy sklepy ozdobione chińskimi lampionami i knajpy z arabskimi napisami. Przypominają mi się obrazki z chińskich dzielnic w Kuala Lumpur, Jokohamie i Auckland. Tam jakoś inaczej patrzyłem na to wszystko. Pod koniec trasy autobus pustoszeje, pozostaje tylko kilku pasażerów z walizkami.
Wysiadamy w końcu. Agnieszka zostaje przed terminalem by zapalić, ja wchodzę do hali odlotów. Na tablicy jest nasz samolot, wszystko w porządku. Lot Levela LV 8005 jest połączony z Iberią IB 2685, tyle tylko, że znajdujemy się na terminalu 3 a lot jest z terminalu d. No, nic transferujemy się na właściwy terminal, rutynowa kontrola bezpieczeństwa i zajmujemy miejsca w naszej w poczekalni. Spokój nie trwa długo. Agnieszka znika na dłuższą chwilę i wraca ze złą miną.
– Po co już wchodziliśmy?! – denerwuje się.
– O co chodzi?
– Nie mam gdzie zapalić.
– Hm, w Krakowie i w Warszawie są kioski dla palaczy, takie wędzarnie – podpowiadam.
– Ale ja już pytałam obsługi, nie ma tu takiego miejsca! – złości się.
Trudno, dziewczyno, myślę sobie, musisz wytrzymać. Pół godziny później siedzimy w samolocie. Jest dobrze, nie ma kompletu pasażerów, mamy dużo miejsca. Niektórzy spryciarze ze środkowych rzędów zajęli od razu 4 fotele i rozłożyli się na nich do spania. Startujemy w deszczu z niewielkim opóźnieniem.
– Jeśli chcesz przysiądę się na wolne miejsce, będziesz miała wygodniej – oferuję się.
Agnieszka kiwa głową.
– Dobrze.
Najwyraźniej złość jej jeszcze nie przeszła.
Lot potrwa nieco ponad 9 godzin, ale z racji różnicy czasu, mamy być na miejscu o 20:30. Wiedząc, że będzie wtedy już tam ciemno, a przede wszystkim, że po 20:00 brak jest z lotniska transportu publicznego, przed wyjazdem poszukiwałem noclegu maksymalnie blisko. Rzecz jasna w odpowiedniej cenie. Pokój, który znalazłem na Airbnb, znajduje się na obrzeżu Ducos, cztery kilometry od lotniska. Liczę, że złapiemy stopa, w najgorszym przypadku pójdziemy na piechotę.
Lot jest właściwie nocny. I dobrze, bo nie mamy wykupionego posiłku (bagaż też tylko podręczny). Od czasu do czasu zerkam na Agnieszkę siedzącą dwa rzędy za mną. Rozłożyła się na dwóch fotelach i śpi. Ja również przysypiam.
Sprawdzam czas, dochodzi ósma wieczorem. Za chwilę będziemy lądować na Aéroport international de Martinique-Aimé-Césaire. Lotnisko zawdzięcza swe imię lokalnemu poecie i politykowi, który stworzył (wraz z Senghorem z Senegalu i Damasem z Gujany) pojęcie a zarazem nurt négritude, murzyńskości, którego celem było „odrzeczowienie” ofiar kolonializmu, gloryfikacja tradycyjnych wartości Afrykanów, afirmacja historii i cywilizacji czarnego człowieka i jednoczesne odrzucenie wszystkich wytworów asymilacji kultury afrykańskiej z innymi, obcymi kulturami zwłaszcza białych kolonizatorów. Na szczęście mieszkańcy Antyli nie zrezygnowali ze wszystkich zdobyczy cywilizacji zachodniej a sam ruch – choć pomocny podczas odzyskiwania niepodległości i utrwalaniu świadomości narodowej w świecie Czarnych – upadł uwikłany w polityczne i ekonomiczne kryzysy. Do pewnego stopnia négritude miało cechy rasizmu, więc, jak dla mnie, postać Aimé Césaire’a nie jest do końca pozytywna. Ale, ostatecznie, to sprawa Martynikańczyków...
Odprawa na lotnisku przebiega bez zbędnych formalności. Od biedy wystarczyłby nam dowód osobisty. Wszak nie opuściliśmy Unii Europejskiej. Wychodzimy z terminala i ogarnia nas mrok nocy. Agnieszka, która wie, że tnę koszty nawet nie proponuje taksówki. Włączam GPS-a i kierujemy się na drogę krajową N5, wzdłuż której zamierzamy się poruszać. Od niechcenia machamy na przejeżdżające samochody. Ku naszemu zaskoczeniu, po kilku minutach zatrzymuje się samochód.
– Bonsoir! – dla niepoznaki zaczynam po francusku – jedziemy do Ducos, zabierzesz nas?
Młody mężczyzna uśmiecha się i zaprasza do środka. Jedzie dalej do Rivière-Salée, więc żeby nie musiał skręcać z głównej drogi wysiadamy na zjeździe.
– Merci beaucoup! Au revoir! – żegnamy się dziękując za krótką przejażdżkę.
Oszczędziliśmy godzinę drogi po ciemku, musimy jeszcze przejść pod wiaduktem i kilkaset metrów wzdłuż głównej drogi D5. Zbiegamy z nasypu na rue du Tunnel i kierujemy się na koniec ulicy zgodnie ze wskazówkami przesłanymi nam przez hosta. Okolica nie wygląda rewelacyjnie. Pasuje polskie przysłowie o psach szczekających na zadupiu. Z tym, że poprzez ujadanie psów przebija się cykanie cykad. Ta ich muzyka w połączeniu z powiewem gorącego powietrza sprawia, że czujemy już oddech spóźnionych wakacji. To chyba tu – mówię cicho wskazując na piętrowy budynek z werandą i zaparkowanym samochodem.
Otwierają się drzwi i na schodach prowadzących na piętro pojawia się zgrabna kobieta w średnim wieku.
– Pio-ter? – pyta niepewnie.
– Yes! Hello, bonsoir!
Claudine, nasz host, przedstawia się i zaprasza do środka. Na szczęście mówi angielsku.
– Na pewno jesteście zmęczeni. Pokażę wam wasz pokój – prowadzi nas do przytulnego i czytego pokoju. Wielkie łoże z moskitierą, szafa, czajnik, lustro. Jest i łazienka, oczywiście.
– Super! – mówię na wszelki wypadek.
– Tu jest weranda – uchyla drzwi – pamiętajcie tylko, żeby zgasić światło na noc i zamknąć drzwi. Komary, rozumiecie!
– Merci!
– O której wstajecie? Ja jutro jadę do pracy na 8:00. Możecie zostać dłużej zostawię wam klucz.
Nie, nie wiemy jeszcze. Zawsze przy tego rodzaju pytaniach czuję się nieswojo: nie wiem, czy powinniśmy „czuć się jak u siebie w domu” czy czmychnąć jak najszybciej, by nie robić kłopotu.
– Ok, powiecie rano.
Myjemy się po drodze i rozpakowujemy. Agnieszka wyciąga alkohol.
– Otwórz i polej – mówi wręczając mi litrową butelkę.
Dłuższą chwilę spędzamy na werandzie. Rozsiadamy się na wyścielanych drewnianych krzesłach. Cykady grają, w oddali migają światła Fort-de-France. Jest bosko.