Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Lepiej nosić, niźli prosić | Agnieszka traci okulary | Iguany pozują | Grzebię w śmietniku | Perfumy i dolary
Ostatni dzień na Gwadelupie. Agnieszka naciska, aby nie wstawać zbyt wcześnie. Poniekąd zgadzam się z tym; dziś mamy tylko przetransportować się do stolicy Pointe-a-Pitre, zwiedzić ją, a następnie wieczorem przejechać na lotnisko. Zrezygnowaliśmy z plażowania gdzieś po drodze.
– Nie chcę, aby jakaś mało ciekawa, nieatrakcyjna plaża zepsuła mi wspomnienia z tych najładniejszych plaż, które dotąd widziałam – mówi Agnieszka.
– W porządku – odpowiadam – pojedziemy bez plażowania.
– A jak się dostaniemy na dół, na skrzyżowanie?
– O Boże, normalnie, zaczniemy schodzić z plecakami – wzruszam ramionami.
– Może by nas podrzuciła Tess? Powiemy, że się pakujemy, a jeśli będzie miała ochotę, to nas podrzuci.
– Trudno wymuszać takie sytuacje; to tylko 2 km…
– Czyli co?
– No, idziemy na krzyżówkę z plecakami. Jeśli się ktoś zatrzyma zjeżdżamy na dół, jeśli jedzie do stolicy albo gdzieś po drodze – wsiadamy, a jak nie, to dojdziemy na dół i dopiero tam łapiemy…
– Okej!
Jesteśmy już prawie spakowani, jeszcze rytuał ostatniego papierosa i jeszcze jeden. Jeszcze do łazienki, jeszcze papieros. Wychodzę na zewnątrz. Po ogrodzie latają czarne kolibry, jednak trudno jest je sfotografować. Żegnamy się z gospodynią, jak zwykle obściskuje nas, życzy nam udanej drogi. Zarzucamy plecaki i idziemy. Ruch na drodze niewielki, mija nas kilka samochodów, bezskutecznie przez nas zatrzymywanych. Pokazuję Agnieszce młody owocnik bananowca. Przystajemy i fotografujemy. Trafiamy po drodze na więcej owocujących bananowców, ale są jeszcze niedojrzałe, niesmaczne. Dwadzieścia minut później jesteśmy przy głównej drodze. Przy przystanku jest zwężenie ulicy z wysepką pośrodku ciężko tu się łapie stopa. Ostatecznie przychodzimy kilkadziesiąt metrów dalej za mostek, gdzie jest wygodne wygodny zjazd na pobocze. Istotnie po paru minutach zatrzymuje się samochód. Francuzka w średnim wieku zaprasza nas do środka. Jedziemy wprost do Pointe-a-Pitre. A zatem udało się nam. Konwersujemy na banalne tematy, droga mija szybko, gdyż nie zjeżdżamy z głównej drogi do pobliskich miasteczek, tak jak to miało miejsce podczas jazdy autobusem. Dziś na szczęście nie ma korków i mamy sporo czasu na zwiedzanie stolicy. Wjeżdżamy do miasta mijając duże markety. Dopytuję się, czy dziś – w niedzielę – są otwarte, bo chcemy kupić jakieś jedzenie.
– To nie chcecie jechać na lotnisko? – pyta zdziwiona kobieta.
– Nie, nie. Samolot mamy dopiero wieczorem, chcemy zwiedzić miasto.
Francuzka podrzuca nas pod supermarket.
– Merci beaucoup, au revoire!
Żegnamy się.
– No, dobra – mówię do Agnieszki. – Wchodzimy razem do środka? Czy poczekasz?
Widzę, że Agnieszka nerwowo przegląda plecaczek.
– Zgubiłam chyba okulary!
– Spokojnie, sprawdź wszystko dokładnie. Plecaczek, drugi plecak, może gdzieś wcisnąłeś…?
– Nie, nie mam sprawdzałam, może wypadły mi przy wysiadaniu pójdę sprawdzić.
Wracamy na miejsce, gdzie wysiedliśmy i starannie przeszukujemy teren. Nie ma. A porozrzucane tu butelki i puszki nie wystarczą na zakup nowych okularów.
– To były jakieś drogie okulary? – próbuję pocieszyć Agnieszkę.
– Nie… Za 40 złotych – odpowiada.
– Ha! No, to drogie – stwierdzam – dobra, poczekaj ja pójdę do sklepu.
Robię zakupy na raty konsultując się każdorazowo z Agnieszką w sprawie piwa, które postanawiam jej kupić na osłodę. Do wyboru ma Corsair oraz jakieś inne piwo w promocji po 70 centów. Aga wybiera oczywiście to drugie. Te przedłużające się konsultacje powodują, że ktoś wykupuje ostatnie bułki i zostajemy bez pieczywa. Trudno, kupimy gdzie indziej. Na razie idziemy w stronę portu.
– Muszę zrobić zdjęcie urządzeń portowych – mówi dziewczyna i dodaje tonem usprawiedliwienia – takie mam hobby.
Ciężko się jednak dostać na nabrzeże. Po kilku próbach Agnieszka rezygnuję z robienia zdjęć. Włączam Maps.me, by sprawdzić, co ciekawego w okolicy. Widzę na mapie kościół pod wezwaniem Świętego Piotra i Pawła i generalnie w jego kierunku będziemy zmierzać. Po drodze kilka muzeów, jak się za chwilę okaże, zamkniętych, nie szkodzi. Na placu na pustych stoiskach pod zadaszeniem śpią kolorowi. Ogólnie miasto wygląda na wymarłe o tej porze.
– Może jest sjesta – zastanawiam się.
– Nie sądzę, jest dopiero 12:00…
Miejscowa architektura podoba mi się. Trudno mi określić, czy jest kolonialna czy postkolonialna, ale drewniane balkoniki, balustrady, tarasy i ogólnie elewacje pomalowane na różne kolory nadają klimat miastu. Ładnie tu! Pointe-a-Pitre podoba się chyba również Agnieszce. Ciężko jednak idzie się mi przez miasto, niosę ciężki plecak, a buty pozbawione podpodeszew, które musiałem wyrzucić po tym, jak się rozleciały w dżungli, uwierają. Kościół jest zamknięty. Trudno. Pytam Agnieszką, czy rozpoznaje krzywe drzewo stojące opodal.
– Rozpoznaję, ale nie pamiętam nazwy. Krzywe drzewo z Pizy!
– A…? Ara…?
– Araukaria! No, teraz będę pamiętać.
Pod kościołem grupka kolorowych młodych mężczyzn. Nie zachowują się agresywnie ani nie ma nic w nich niepokojącego, ale odruchowo mam zdwojoną czujność. W pamięci mam wyjazd na Filipiny, kiedy to Cecile została pozbawiona złotego łańcuszka na ulicy w centrum miasta.
– Pilnuj plecaczka – napominam Agnieszkę.
Zmierzamy do parku zamierzając tam odpocząć, ale jeszcze rzut oka na przystań jachtową. Coś zielonego mignęło mi pod nogami. Iguana!
– Czekaj! – chwytam aparat i robię szybko kilka fotek.
Iguana przeskakuje przez ogrodzenie i kryje się między roślinnością.
– Piotr, patrz, druga!
Robimy krótką sesję fotograficzną. Widzę, jak Agnieszka się cieszy z jej widoku. Ja też się cieszę, bo choć widziałam już wcześniej iguany w ich środowisku naturalnym, to te z Gwadelupy są inne niż od tych, które spotykaliśmy w Meksyku.
Rozkładamy się w parku pod drzewem. Agnieszka wypija piwo, ja oddalam się na chwilę w poszukiwaniu miejscowych pomników upamiętniających wydarzenia z 1967 roku i 1972 roku. Niestety albo ich lokalizacja jest źle zaznaczona na mapie, albo znajdują się na zamkniętym terenie szkoły lub innego obiektu mieszczącego się za wysokim murem. Trudno.
– Już czas, Agnieszko – mówię po powrocie – trzeba zrobić zakupy, jest prawie 14:30.
Miasto wciąż wygląda jak wymarłe. Podchodzimy do marketu Super U. Tak, jak podejrzewałem, jest już zamknięty.
– Niedobrze – mówię – pewnie wszystko jest już pozamykane…
– A to pech. I jeszcze te twoje stopy…
No tak, muszę znaleźć doraźne rozwiązanie. Znajduję w koszu tekturę falistą, zamierzam z niej zrobić wkładki do butów.
– Popatrz – mówi Agnieszka – tam jest kwiaciarnia, na pewno mają nożyczki.
– Teraz ja to załatwię, poczekaj.
Wchodzę do kwiaciarni, upewniam się szybko, że kwiaciarka zna angielski i wyłuszczam jej sprawę. Przygląda mi się podejrzliwie. Nie za bardzo chce mi dać nożyczki, ostatecznie ustępuje. Przed budynkiem siadam na murku i wycinam eleganckie wkładki. Są śliczne i nawet pasują do adidasów 😊 No, teraz jest dużo lepiej, mogę chodzić!
Mężczyzna z pieskiem wskazuje nam drogę do otwartego marketu, kupujemy tam chleb. Teraz możemy pomyśleć o transporcie na lotnisko. Wiemy już – zarówno z informacji w sieci jak i od miejscowych – że komunikacji publicznej nie ma w niedzielę. Co za kraj! W Krakowie i w innych miastach europejskich można się dostać na lotnisko o dowolnej porze… A przecież to Francja, jakby nie było, a jednak nie ma komunikacji publicznej. Ani tu ani na Martynice, ech!
– Dobrze! – mówię – plan mamy taki: idziemy w stronę obwodnicy. Myślę, że tam złapiemy stopa.
Zostaną nam potem jeszcze trzy kilometry do lotniska. Przechodzimy ze dwa kilometry pod wiadukt i ustawiamy się na stopa. Po 15 najwyżej minutach już jedziemy. Kierowca zastrzega się, że nie jedzie na lotnisko i zostawi nas przy głównej drodze. Spieszy się do pracy. Najwyraźniej jednak, podczas kilkuminutowej rozmowy, sprawiamy na tyle sympatyczne wrażenie, że zawozi nas na lotnisko. Jest super!
– Merci beaucoup!
Naprawdę to, co robili ludzie zupełnie inaczej niż na Dominice i Santa Lucii! Aa zatem to koniec wyjazdu. Jeszcze musimy poczekać na odlot.
Na kilka godzin rozkładamy się na trawniku przed terminalem regionalnym, gdzie możemy sobie zrobić posiłek i podsuszyć rzeczy w przeciskających się przez zachmurzone niebo promieniach bladego słońca. Całkowicie natomiast zapominam o sprzedaży niepotrzebnych już dolarów wschodniokaraibskich. Idę do kantoru, jest tu tylko jeden. Aha, nie! Są trzy, ale wszystkie zajęte zamknięte, merde! Spóźniłem się o godzinę. Trudno, może uda się sprzedać w Paryżu Orly.
– Może jeszcze pojedziesz w ten region, przydadzą ci się – pociesza Agnieszka.
No tak, ale to znaczy zamrożenie gotówki na dłuższy czas, a chciałbym rozliczyć naszą wycieczkę. W domu już mam pełno walut, które pozostały z wyjazdów i nie wiadomo, czy będą kiedykolwiek zużyte. Ku mojemu zdziwieniu dolarów zostało nie 350 a 220. Czyżbym je gdzieś zgubił? A może po prostu źle policzyłem? Niemniej jednak to 70 USD.
Po odebraniu biletów i kontroli bezpieczeństwa Agnieszka, jak zwykle, myszkuje po stoiskach z alkoholami i perfumami. Podstawia mi później dwa nadgarstki pytając, który zapach bardziej mi się podoba.
– Zawsze masz ten problem, co odpowiedzieć? – pyta, widząc moje milczenie.
– Bo podobają mi się wszystkie!
Hm, może powinienem jakoś doradzić, czy się określić. Dziewczyna jeszcze kilka razy mnie pyta, sprawdzając, czy nie zmieniłem zdania. Postanawiam zrobić jej prezencik i kupuję szklaną popielniczkę. Będzie miała praktyczną pamiątkę.
O 22:20 startujemy z godzinnym opóźnieniem. Miejsc w samolocie jest nieoczekiwanie dużo, w środkowej części zdarzają się po cztery puste miejsca i co sprytniejsze osoby od razu zajmują cały rząd, by wygodnie się przespać. My mamy fotele obok siebie pod oknem, ale proponuję Agnieszce, by się przesiadła trzy rzędy do tyłu. W ten sposób każde z nas ma po dwa miejsce.