Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Pointe-a-Pitre

niedziela, 1 XII 2019


Lepiej nosić, niźli prosić | Agnieszka traci okulary | Iguany pozują | Grzebię w śmietniku | Perfumy i dolary


Ostatni dzień na Gwadelupie. Agnieszka naciska, aby nie wstawać zbyt wcześnie. Poniekąd zgadzam się z tym; dziś mamy tylko przetransportować się do stolicy Pointe-a-Pitre, zwiedzić ją, a następnie wieczorem przejechać na lotnisko. Zrezygnowaliśmy z plażowania gdzieś po drodze.

– Nie chcę, aby jakaś mało ciekawa, nieatrakcyjna plaża zepsuła mi wspomnienia z tych najładniejszych plaż, które dotąd widziałam – mówi Agnieszka.

– W porządku – odpowiadam – pojedziemy bez plażowania.

– A jak się dostaniemy na dół, na skrzyżowanie?

– O Boże, normalnie, zaczniemy schodzić z plecakami – wzruszam ramionami.

– Może by nas podrzuciła Tess? Powiemy, że się pakujemy, a jeśli będzie miała ochotę, to nas podrzuci.

– Trudno wymuszać takie sytuacje; to tylko 2 km…

– Czyli co?

– No, idziemy na krzyżówkę z plecakami. Jeśli się ktoś zatrzyma zjeżdżamy na dół, jeśli jedzie do stolicy albo gdzieś po drodze – wsiadamy, a jak nie, to dojdziemy na dół i dopiero tam łapiemy…

– Okej!

Jesteśmy już prawie spakowani, jeszcze rytuał ostatniego papierosa i jeszcze jeden. Jeszcze do łazienki, jeszcze papieros. Wychodzę na zewnątrz. Po ogrodzie latają czarne kolibry, jednak trudno jest je sfotografować. Żegnamy się z gospodynią, jak zwykle obściskuje nas, życzy nam udanej drogi. Zarzucamy plecaki i idziemy. Ruch na drodze niewielki, mija nas kilka samochodów, bezskutecznie przez nas zatrzymywanych. Pokazuję Agnieszce młody owocnik bananowca. Przystajemy i fotografujemy. Trafiamy po drodze na więcej owocujących bananowców, ale są jeszcze niedojrzałe, niesmaczne. Dwadzieścia minut później jesteśmy przy głównej drodze. Przy przystanku jest zwężenie ulicy z wysepką pośrodku ciężko tu się łapie stopa. Ostatecznie przychodzimy kilkadziesiąt metrów dalej za mostek, gdzie jest wygodne wygodny zjazd na pobocze. Istotnie po paru minutach zatrzymuje się samochód. Francuzka w średnim wieku zaprasza nas do środka. Jedziemy wprost do Pointe-a-Pitre. A zatem udało się nam. Konwersujemy na banalne tematy, droga mija szybko, gdyż nie zjeżdżamy z głównej drogi do pobliskich miasteczek, tak jak to miało miejsce podczas jazdy autobusem. Dziś na szczęście nie ma korków i mamy sporo czasu na zwiedzanie stolicy. Wjeżdżamy do miasta mijając duże markety. Dopytuję się, czy dziś – w niedzielę – są otwarte, bo chcemy kupić jakieś jedzenie.

– To nie chcecie jechać na lotnisko? – pyta zdziwiona kobieta.

– Nie, nie. Samolot mamy dopiero wieczorem, chcemy zwiedzić miasto.

Francuzka podrzuca nas pod supermarket.

Merci beaucoup, au revoire!

Żegnamy się.

– No, dobra – mówię do Agnieszki. – Wchodzimy razem do środka? Czy poczekasz?

Widzę, że Agnieszka nerwowo przegląda plecaczek.

– Zgubiłam chyba okulary!

– Spokojnie, sprawdź wszystko dokładnie. Plecaczek, drugi plecak, może gdzieś wcisnąłeś…?

– Nie, nie mam sprawdzałam, może wypadły mi przy wysiadaniu pójdę sprawdzić.

Wracamy na miejsce, gdzie wysiedliśmy i starannie przeszukujemy teren. Nie ma. A porozrzucane tu butelki i puszki nie wystarczą na zakup nowych okularów.

– To były jakieś drogie okulary? – próbuję pocieszyć Agnieszkę.

– Nie… Za 40 złotych – odpowiada.

– Ha! No, to drogie – stwierdzam – dobra, poczekaj ja pójdę do sklepu.

Robię zakupy na raty konsultując się każdorazowo z Agnieszką w sprawie piwa, które postanawiam jej kupić na osłodę. Do wyboru ma Corsair oraz jakieś inne piwo w promocji po 70 centów. Aga wybiera oczywiście to drugie. Te przedłużające się konsultacje powodują, że ktoś wykupuje ostatnie bułki i zostajemy bez pieczywa. Trudno, kupimy gdzie indziej. Na razie idziemy w stronę portu.

– Muszę zrobić zdjęcie urządzeń portowych – mówi dziewczyna i dodaje tonem usprawiedliwienia – takie mam hobby.

Ciężko się jednak dostać na nabrzeże. Po kilku próbach Agnieszka rezygnuję z robienia zdjęć. Włączam Maps.me, by sprawdzić, co ciekawego w okolicy. Widzę na mapie kościół pod wezwaniem Świętego Piotra i Pawła i generalnie w jego kierunku będziemy zmierzać. Po drodze kilka muzeów, jak się za chwilę okaże, zamkniętych, nie szkodzi. Na placu na pustych stoiskach pod zadaszeniem śpią kolorowi. Ogólnie miasto wygląda na wymarłe o tej porze.

– Może jest sjesta – zastanawiam się.

– Nie sądzę, jest dopiero 12:00…

Miejscowa architektura podoba mi się. Trudno mi określić, czy jest kolonialna czy postkolonialna, ale drewniane balkoniki, balustrady, tarasy i ogólnie elewacje pomalowane na różne kolory nadają klimat miastu. Ładnie tu! Pointe-a-Pitre podoba się chyba również Agnieszce. Ciężko jednak idzie się mi przez miasto, niosę ciężki plecak, a buty pozbawione podpodeszew, które musiałem wyrzucić po tym, jak się rozleciały w dżungli, uwierają. Kościół jest zamknięty. Trudno. Pytam Agnieszką, czy rozpoznaje krzywe drzewo stojące opodal.

– Rozpoznaję, ale nie pamiętam nazwy. Krzywe drzewo z Pizy!

– A…? Ara…?

– Araukaria! No, teraz będę pamiętać.

Pod kościołem grupka kolorowych młodych mężczyzn. Nie zachowują się agresywnie ani nie ma nic w nich niepokojącego, ale odruchowo mam zdwojoną czujność. W pamięci mam wyjazd na Filipiny, kiedy to Cecile została pozbawiona złotego łańcuszka na ulicy w centrum miasta.

– Pilnuj plecaczka – napominam Agnieszkę.

Zmierzamy do parku zamierzając tam odpocząć, ale jeszcze rzut oka na przystań jachtową. Coś zielonego mignęło mi pod nogami. Iguana!

– Czekaj! – chwytam aparat i robię szybko kilka fotek.

Iguana przeskakuje przez ogrodzenie i kryje się między roślinnością.

– Piotr, patrz, druga!

Robimy krótką sesję fotograficzną. Widzę, jak Agnieszka się cieszy z jej widoku. Ja też się cieszę, bo choć widziałam już wcześniej iguany w ich środowisku naturalnym, to te z Gwadelupy są inne niż od tych, które spotykaliśmy w Meksyku.

Rozkładamy się w parku pod drzewem. Agnieszka wypija piwo, ja oddalam się na chwilę w poszukiwaniu miejscowych pomników upamiętniających wydarzenia z 1967 roku i 1972 roku. Niestety albo ich lokalizacja jest źle zaznaczona na mapie, albo znajdują się na zamkniętym terenie szkoły lub innego obiektu mieszczącego się za wysokim murem. Trudno.

– Już czas, Agnieszko – mówię po powrocie – trzeba zrobić zakupy, jest prawie 14:30.

Miasto wciąż wygląda jak wymarłe. Podchodzimy do marketu Super U. Tak, jak podejrzewałem, jest już zamknięty.

– Niedobrze – mówię – pewnie wszystko jest już pozamykane…

– A to pech. I jeszcze te twoje stopy…

No tak, muszę znaleźć doraźne rozwiązanie. Znajduję w koszu tekturę falistą, zamierzam z niej zrobić wkładki do butów.

– Popatrz – mówi Agnieszka – tam jest kwiaciarnia, na pewno mają nożyczki.

– Teraz ja to załatwię, poczekaj.

Wchodzę do kwiaciarni, upewniam się szybko, że kwiaciarka zna angielski i wyłuszczam jej sprawę. Przygląda mi się podejrzliwie. Nie za bardzo chce mi dać nożyczki, ostatecznie ustępuje. Przed budynkiem siadam na murku i wycinam eleganckie wkładki. Są śliczne i nawet pasują do adidasów 😊 No, teraz jest dużo lepiej, mogę chodzić!

Mężczyzna z pieskiem wskazuje nam drogę do otwartego marketu, kupujemy tam chleb. Teraz możemy pomyśleć o transporcie na lotnisko. Wiemy już – zarówno z informacji w sieci jak i od miejscowych – że komunikacji publicznej nie ma w niedzielę. Co za kraj! W Krakowie i w innych miastach europejskich można się dostać na lotnisko o dowolnej porze… A przecież to Francja, jakby nie było, a jednak nie ma komunikacji publicznej. Ani tu ani na Martynice, ech!

– Dobrze! – mówię – plan mamy taki: idziemy w stronę obwodnicy. Myślę, że tam złapiemy stopa.

Zostaną nam potem jeszcze trzy kilometry do lotniska. Przechodzimy ze dwa kilometry pod wiadukt i ustawiamy się na stopa. Po 15 najwyżej minutach już jedziemy. Kierowca zastrzega się, że nie jedzie na lotnisko i zostawi nas przy głównej drodze. Spieszy się do pracy. Najwyraźniej jednak, podczas kilkuminutowej rozmowy, sprawiamy na tyle sympatyczne wrażenie, że zawozi nas na lotnisko. Jest super!

Merci beaucoup!

Naprawdę to, co robili ludzie zupełnie inaczej niż na Dominice i Santa Lucii! Aa zatem to koniec wyjazdu. Jeszcze musimy poczekać na odlot.

Na kilka godzin rozkładamy się na trawniku przed terminalem regionalnym, gdzie możemy sobie zrobić posiłek i podsuszyć rzeczy w przeciskających się przez zachmurzone niebo promieniach bladego słońca. Całkowicie natomiast zapominam o sprzedaży niepotrzebnych już dolarów wschodniokaraibskich. Idę do kantoru, jest tu tylko jeden. Aha, nie! Są trzy, ale wszystkie zajęte zamknięte, merde! Spóźniłem się o godzinę. Trudno, może uda się sprzedać w Paryżu Orly.

– Może jeszcze pojedziesz w ten region, przydadzą ci się – pociesza Agnieszka.

No tak, ale to znaczy zamrożenie gotówki na dłuższy czas, a chciałbym rozliczyć naszą wycieczkę. W domu już mam pełno walut, które pozostały z wyjazdów i nie wiadomo, czy będą kiedykolwiek zużyte. Ku mojemu zdziwieniu dolarów zostało nie 350 a 220. Czyżbym je gdzieś zgubił? A może po prostu źle policzyłem? Niemniej jednak to 70 USD.

Po odebraniu biletów i kontroli bezpieczeństwa Agnieszka, jak zwykle, myszkuje po stoiskach z alkoholami i perfumami. Podstawia mi później dwa nadgarstki pytając, który zapach bardziej mi się podoba.

– Zawsze masz ten problem, co odpowiedzieć? – pyta, widząc moje milczenie.

– Bo podobają mi się wszystkie!

Hm, może powinienem jakoś doradzić, czy się określić. Dziewczyna jeszcze kilka razy mnie pyta, sprawdzając, czy nie zmieniłem zdania. Postanawiam zrobić jej prezencik i kupuję szklaną popielniczkę. Będzie miała praktyczną pamiątkę.

O 22:20 startujemy z godzinnym opóźnieniem. Miejsc w samolocie jest nieoczekiwanie dużo, w środkowej części zdarzają się po cztery puste miejsca i co sprytniejsze osoby od razu zajmują cały rząd, by wygodnie się przespać. My mamy fotele obok siebie pod oknem, ale proponuję Agnieszce, by się przesiadła trzy rzędy do tyłu. W ten sposób każde z nas ma po dwa miejsce.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej