Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Kraków – Paryż

niedziela, 17 XI 2019


Kolejny wyjazd przede mną | Karaibska logistyka | Kolor trawy za granicą | W drodze do hotelu | Spacer po Ile de la Cité | W Kaplicy Cudownego Medalika | Muzeum d'Orsay. Degas | Zachwycam się Renoirem i Monetem | Ach ci zboczeni artyści! | Pod Wieżą Eiffela

Karaiby. To kolejny mój trudny wyjazd. Tak jak przy ostatnim trampingu do Indonezji i Australii, i teraz nad przygotowaniami do wyjazdu ciąży duża ilość obowiązków zawodowych, które powodują, że nie mam dość czasu ani sił, by zająć się organizacją podróży na poważnie. Ciągle odkładam różnego rodzaju decyzje. Zreflektowałem się ostatnio, że może u mnie to jest tak, iż upływający czas powoduje zmniejszenie liczby opcji i wybór dokonuje się sam. Trudno powiedzieć.

Na dzień dzisiejszy mamy ustaloną trasę. Nasz wyjazd zacznie się w Krakowie, polecimy do Paryża-Beauvais, mamy już kupione bilety na autobus z lotniska do centrum Paryża. Następnego dnia, po nocy w hotelu, transferujemy się na lotnisko Orly i tu zaczyna się nasza karaibska przygoda, czyli lot na Martynikę. Po 3 dniach pobytu popłyniemy promem na pobliską wyspę Saint Lucia, by, po dwóch noclegach i zaledwie jednym dniu zwiedzania wyspy, popłynąć na Dominikę. Po czterech kolejnych noclegach polecimy na Gwadelupę, lecz nie bezpośrednio, ale z parugodzinnym przystankiem na Barbados. Po czterech noclegach na Gwadelupie wracamy na Orly a stamtąd, po nocnym przejeździe Flixbusem do Eindhoven, wracamy samolotem do Krakowa. Tyle w skrócie. Te moje wahania i wątpliwości co do wyboru najlepszych opcji są związane lub były związane (bo częściowo są już rozstrzygnięte) z pytaniem, ile czasu spędzić na której wyspie. Było bowiem dla mnie jasne, że nie chcę się ograniczać tylko do dwóch departamentów zamorskich Francji. Decyzja o wizycie na tych trzech dodatkowych wyspach-państwach była podyktowana przede wszystkim dostępnością promów oraz lotów. Zdawałem sobie sprawę z tego, że za jednym zamachem nie da się objechać wszystkich wysp na Antylach. Myślę, że trzy dodatkowe państwa w tym roku (oprócz Indonezji, Australii i Islandii), to będzie dobry rezultat zważywszy, że obecnie coraz trudniej mi znaleźć jakiś sensowny punkt docelowy.

Czy będzie to dobry rok pod względem mojego podbijania świata? Na początku 2020 roku miałem 100 krajów odwiedzonych, w tym roku dołożę 6 nowych. Nie jest to jakiś rekordowy rok, gdyż bywały takie, że zdobywałem ponad 10 krajów; dotyczyło to jednak bardziej dostępnej i de facto tańszej Europy. Już kilka lat temu zdawałem sobie sprawę z tego, że zdobycie pierwszej setki krajów, wbrew pozorom, będzie dość łatwe, a każdy kolejny kraj może okazać się wyzwaniem. W każdym razie wiedziałem, że będę musiał zwolnić tempo. W zeszłym roku rzutem na taśmę zaliczyłem Tunezję – umownie – setny kraj decydując się na wyjątkową dla mnie formę wyjazdu, czyli wczasy all inclusive. Wstyd związany z wykupieniem wczasów próbowałem zmniejszyć tłumacząc się, że jest to uhonorowanie setnego w kraju w moim poznawaniu świata.

Pozostała kwestia noclegów na Karaibach. Jeden rzut oka na Booking.com wystarczył, żeby się załamać: ceny wyższe niż w Europie! To był również powód, że powstrzymywałem się przed organizacją wyjazdu. Gdybym jechał sam, może machnąłbym ręką na kwestię hosteli czy hoteli po kilkaset złotych za dobę. Wziąłbym najlżejszy namiot i pojechał w ciemno liczę na przygodę. Pewnym rozwiązaniem okazało się Airbnb, z którego wcześniej nie korzystałem. Z małymi komplikacjami stworzyłem konto i... zatrzymałem się w działaniach. Trzeba było przecież zarezerwować noclegi na konkretne daty a ja wciąż nie wiedziałem, co zwiedzać na wyspach. W wolnych chwilach zaglądałem jednak do kupionych w sieci przewodników Lonely Planet po Karaibach i stopniowo bukowałem noclegi na Airbnb. Nie wszystkie zapytania spotykały się z odzewem, była chwilowa komplikacja, gdyż host z Dominiki, który początkowo nas przyjął, po kilku dniach odpisał, że nie może. Rozwścieczyło mnie to, a moja interwencja sprawiła, że Booking.com jakieś tam szykany niby przygotował dla tego gościa. W każdym razie kasa ma być zwrócona na moje konto. Ja sam też popełniłem błąd bukując o jeden dzień za wcześnie dwa noclegi na Gwadelupie – pomyliłem daty przylotu. Właścicielka pokoju na szczęście zgodziła się anulować pierwszy nocleg, powstała jednak luka w terminarzu noclegów na Dominice. Szkoda, że źle policzyłem sobie te noclegi na Gwadelupie. Pierwsza koncepcja zakładała dwa noclegi plażowe i dwa noclegi trekkingowe; podobnie na Dominice: dwa odcinki górskie, dwa odcinki lajtowe. Zrobiło się trochę późno, by wszystko zmieniać – data przelotu z Dominiki na Gwadelupę była ustalona. Trzeba było załatwić wcześniej przemyśleć, widać, jestem zbyt roztrzepany i wszystko zostawiam na ostatni moment. Kwestię brakującego noclegu na Dominice zostawiam do rozstrzygnięcia na miejscu. Jakoś będzie.
Ostatnio rzeczą, która mnie martwi przed wyjazdem są mgły, które zalegają ciągle nad Balicami a kolejne samoloty są odwoływane. Jeżeli do tego dojdzie, to będzie katastrofa. Sprawdzam prognozy pogody, śledzę odloty z Balic i denerwuję się. Zobaczymy.

Niedziela, dziś rano nasz lot do Paryża. Umawiamy się na trasie autobusu nocnego autobusu 902, Wszystko idzie dobrze, Agnieszka dosiada się na swoim przystanku. W samolocie przesiadamy się tak, żeby siedzieć obok siebie. Zastanawiam się, kiedy w końcu Unia Europejska weźmie się za tych tanich przewoźników, którzy rozsadzają ludzi mających bilety na tej samej rezerwacji. Lot przebiega bez szczególnych wydarzeń, na lotnisku Orly przesiadamy się na autobus jadący do Paryża. Bilety są zapłacone, pokazuję kierowcy w komórce. Pierwszy etap za nami.
– Popatrz, krajobrazy takie zwyczajne – mówię do Agnieszki wyglądającej przez okno.
Agnieszka kiwa głową.
– Wiesz – ciągnę – kiedyś, gdy byłem dzieckiem, czytałem książkę o małej dziewczynce, która wyjeżdżała za granicę z rodzicami – to było NRD. Bohaterka zastanawiała się, jak to będzie tam za granicą. Wyobrażała sobie, że będzie wszystko inaczej. Że nawet trawa będzie innego koloru. Szczegółów fabuły, oczywiście już nie pamiętam, ale zapamiętałem to naiwne dziecięce wyobrażenia na temat innego koloru trawy.
– No, ciekawe.
Zamilkłem i zamyśliłem się. Nie mam naiwnego wyobrażenia o świecie, rzadko czuję się zaskoczony i myślę, że nigdzie nie jest podobnie. Zawsze są jakieś różnice, trzeba tylko je dostrzec. Ale też dobrze jest zauważyć i podobieństwa. Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że jestem już na innym etapie podróżowania: nie "odkrywam" nowych rzeczy, lecz dostrzegam rzeczy znajome, porównuję je z tym, co widziałem wcześniej – jednak nie na zasadzie krytyki, ale interpretacji.
– O, wieżę Eiffela już widać – przerywam milczenie.
– Co, już?! – dziwi się Agnieszka.
Taki właśnie obraz Paryża z oddali przypomniałem sobie, gdy 28 lat temu
jechałem autostopem z Lille do Paryża. Ach, co to były za czasy! Stolica Francji! Wtedy oczy mi się śmiały do tej panoramy miasta z dominującą wieżą.
– Słuchaj, czytałem na jakimś forum, że obecnie autobus z lotniska Beauvais ma zmieniony przystanek i nie dojeżdżamy do Porte Maillot, ale trochę dalej od metra.
– Poradzimy sobie.

Wysiadamy jednak w znajomym mi miejscu, na tym samym dworcu Gare de Neuilly, z którego korzystałem podczas powrotu z Lizbony do Paryża dwa lata temu. Agnieszka, jak zwykle, zatrzymuje się na papierosa na wszelki wypadek wypala dwa. To będzie męcząca strona tego trampingu. No, ale cóż: muszę to zaakceptować. Agnieszka pali swoje papierosy bardzo szybko, bez delektowania się, ale robi to zawsze w ostatnim momencie – wtedy, kiedy mamy gdzieś ruszyć dalej. Okay. Zarzucamy plecaki i idziemy do metra.
– Poczekaj – mówi Agnieszka po przejściu stu metrów – Jeszcze muszę do toalety!
Ugh! Cierpliwie czekam na dziewczynę w hallu jakiegoś domu handlowego. Sprawdzam w komórce nasz dojazd do hotelu F1 położonego na obrzeżach XIV dzielnicy. Co prawda poprosiłem Agnieszkę jeszcze w Krakowie o opracowanie dojazdu na nasz nocleg, ale jak przyszło co do czego, to i tak musimy wszystko sprawdzać na nowo. Na stacji metra Porte Maillot kupuję bilety po 1.80 EUR, które zapewniają dojazd z przesiadką do naszego hotelu. Była to najlepsza opcja noclegu w pokoju dwuosobowym. Wysiadamy na stacji Porte d'Orléans, skąd mamy do przyjścia około kilometra. Przechodzimy przez skwer Serment-de-Koufra a dalej GPS prowadzi mnie przez teren cmentarza Montrouge.
– Wiem, ty zawsze musisz fotografować takie miejsca – mówi Agnieszka.
Tak, zawsze to robię, to mój konik na wyjazdach. Niestety, brama po drugiej stronie cmentarza jest zamknięta i musimy się wycofać. Ale co sobie sfotografowałem to moje 😊. Dziesięć minut później jesteśmy w hotelu. Agnieszka zostaje na zewnątrz, by zapalić, a ja melduję nas w recepcji opłacając po 1.40 EUR lokalnego podatku. Jest jeszcze długo przed godziną check-inu, zostawiamy więc rzeczy w magazynku i wracamy metrem do centrum. Naszym celem będzie katedra Notre-Dame oraz inne obiekty na Ile de la Cité, wysepce na Sekwanie. Potem zamierzamy podejść do kaplicy Cudownego Medalika – to punkt obowiązkowy dla Agnieszki w Paryżu. Ja natomiast liczę na wizytę w Muzeum Impresjonistów.

Wysiadamy na stacji Cité, skąd dwa kroki na rue de Lutèce. Mon Dieu! Cieszę się, że kojarzę tę ulicę ze średniowieczną nazwą Paryża. Głównie dlatego, że ten sam źródłosłów ma lutet odkryty ponad sto lat temu przez sorbońskiego chemika, Georgesa Urbaina.
– Czekaj! – mówię do Agnieszki – ustaw się na tle tej bramy, zrobię ci zdjęcie.
– To ty poczekaj, przełknę chociaż kanapkę – odpowiada dziewczyna.
Nawet nie zauważyłem, że skądś ją wyjęła i zaspokaja głód.

Za bramą ze złoconym godłem znajduje się Dziedziniec Majowy francuskiego Pałacu Sprawiedliwości (Palais de Justice). Onegdaj, gdy go zwiedzałem byłem zdziwiony i zaskoczony koniecznością przechodzenia przez bramki wykrywające metale, dziś byłbym zaskoczony, gdyby tych środków bezpieczeństwa nie było. Znak czasów.
– Chodźmy pod katedrę – komenderuję – Do środka na pewno nie wejdziemy, ale spojrzeć możemy.
Istotnie, po okropnym pożarze w kwietniu tego go roku, remontowana katedra Notre Dame jest ogrodzona parkanem i wstęp do środka jest niemożliwy. Obchodzimy ją wokół i kierujemy się nad Sekwanę.
Ha! Spacer nad Sekwaną... Tyle skojarzeń i wspomnień! Mnie osobiście zamglona o poranku rzeka kojarzy się z powieścią "Maigret i człowiek z ławki" Georges’a Simenona.

A Sekwana zakochana
szybko toczy falę swą
aby stary ujrzeć Paryż
i ramieniem objąć go.

Pieścić wyspy, mury i bulwary
pieśń im śpiewać co dnia.
Bo Sekwana zakochana
tak w Paryżu, jak i ja.

śpiewała Marta Mirska. Cóż, ja nie jestem jakoś Paryżem zauroczony, ale rozumiem ludzi, którzy marzą o Paryżu i lubią tu wracać. Bez wątpienia miasto ma swój klimat i jest co oglądać. W 1992 roku byłem tu po raz pierwszy, potem – dość przypadkowo – dwa lata temu. Dwukrotnie nie udało mi się zobaczyć dzieł impresjonistów w Musée d'Orsay, tym razem musi być inaczej!

Na razie idziemy bulwarami, mijamy Pont Saint-Michel z filarami ozdobionymi inicjałami Napoleona III, zerkamy na rozstawione wzdłuż rzeki stragany z książkami, płytami i plakatami. Potem, przez Pont des Arts, przechodzimy na prawy brzeg Sekwany. Nie ma już na moście milionów kłódek, 45 ton żelastwa zdjęto parę lat temu, gdy zawaliła się część mostu. Zakochani jednak nie ustępują i pieczętują swą miłość przytwierdzając kłódki do latarń.
– Jaka piękna jesień! – stwierdzamy zgodnie patrząc na żółte korony platanów rosnących wzdłuż Quai François Mitterrand.
– Bardzo podoba mi się ta cętkowana kora tych drzew – mówi Agnieszka i pstryka kolejne fotki.
Teraz rzut oka na Luwr od strony dziedzińca. Szklana piramida autorstwa Ieoha Minga Pei stoi, jak stała (od 1989 roku), kolejki do muzeum – również stoją (może od paru godzin).
– Dobrze, chodźmy teraz do muzeum d’Orsay, zobaczymy, czy są bilety na dziś.

Przechodzimy przez Pont du Carrousel i wzdłuż Quai Voltaire szybkim krokiem dochodzimy pod sławne muzeum. Nie rezerwowałem biletów wcześniej, bo nie do końca wierzyłem, że wszystko pójdzie dobrze. Kolejka chętnych jak zwykle gigantyczna, przeciskam się przez tłum i sprawdzam, do której dziś jest sprzedaż biletów. Ok, wygląda na to, że zdążymy najpierw odwiedzić kaplicę Cudownego Medalika. To niedaleko, niecałe 1.5 kilometra. Nie tracąc czasu szybko się przemieszczamy na rue du Bac. Wejście do Chapelle Notre-Dame-de-la-Médaille-Miraculeuse jest niepozorne; łatwo byśmy przeoczyli bramę prowadzącą na długie podwórko, gdyby nie grupka starszych kobiet przy wejściu.
– Muszę najpierw kupić medalik – mówi Agnieszka i wchodzi do sklepiku z dewocjonaliami.
Wybór towaru tu olbrzymi. Medaliki są i aluminiowe, i srebrne, i złote. Małe i duże – co komu pasuje.
– Ty tu kupuj, ja zaglądnę do kaplicy i lecę zająć kolejkę do muzeum – decyduję.

Kaplica jest wielkości średniego kościoła. To tutaj w 1830 roku Najświętsza Maryja Panna ukazała się 24-letniej Katarzynie Labouré. Właściwie Katarzyna miała jakby karnet na widzenia, bo święte postacie objawiały się jej tu wielokrotnie. Tak to jest, jak się nie słucha ojca, który nakazał jej pracę w knajpie a ona wybrała posługę u szarytek... W każdym razie podczas kolejnego objawienia dostała instrukcję w sprawie sporządzenia medalu z napisem "Ô Marie conçue sans péché, priez pour nous qui avons recours à vous". Później poszło jak z płatka. Prototyp medalika został zatwierdzony i rozpoczęła się masowa produkcja Cudownego Medalika z atestem na otrzymanie łask wszelakich przez osoby je noszące.
Sama kaplica z trzypoziomowymi nawami bocznymi jest w miarę interesująca, gdyż znajdują się tu doczesne szczątki Katarzyny kanonizowanej w niecałe sto lat po śmierci oraz dwa posągi św. Marii z promieniami i kulą ziemską dokumentujące kolejne objawienia.

Zostawiam rozmodlone tłumy w kaplicy i pędzę pod muzeum. Kolejka nieco się zmniejszyła, ale ze 200 osób wciąż stoi. W ślamazarnym tempie przesuwamy się ku kasom. Po godzinie mam już bilety, tymczasem nadchodzi uszczęśliwiona Agnieszka i zaczynamy zwiedzanie.
Hitem w tym sezonie jest wystawa dzieł Edgara Degasa. Z przyjemnością wpatruję się w powszechnie znane obrazy roztańczonych białych i błękitnych baletnic, włącznie z Primaballeriną. Jest tu również Portret rodziny Bellellich oraz Absynt. Są również Młodzi Spartanie – płótno wypożyczone z National Gallery w Londynie. Przepiękne oleje i pastele!
W głównym hallu przypominającym hangar dworcowy znajduje się mnóstwo – często monumentalnych – rzeźb. Jest tu marmurowa La Jeunesse dłuta Antonina Carlesa, jest Aurora – również marmurowe dzieło Denysa Puecha przedstawiające młodą kobietą z rozwianymi długimi włosami, jest i kimająca Pénélope endormie Julesa Caveliera. To skojarzenie z dworcem jest uzasadnione – budynek muzeum początkowo był stacją kolejową i jeszcze 80 lat temu zatrzymywały się tu pociągi. Dziś, można pomyśleć, że te marmurowe postacie zgromadzone na nieistniejącym peronie czekają na pociąg, który nigdy nie nadjedzie...
Przystajemy na chwilę przed L’Odalisque allongee pędzla Jeana Josepha Benjamina-Constanta. Agnieszka zachwyca się sugestywnie namalowanymi zdobieniami łoża, mnie bardziej interesuje pani na łożu 😉.

Później mój wzrok przyciąga Śniadanie na trawie. I pomyśleć, że Salon Paryski wywalił ten obraz Maneta z wystawy w 1863 roku! Biedny Édouard... Na szczęście załapał się na alternatywną wystawę w Salonie Odrzuconych zorganizowaną na polecenia Napoleona III, który rozumiał, że świat się zmienia i nie tylko akademizm w malarstwie jest dopuszczalny... Rzadko się trafiał tak światły władca Francuzom. Inna rzecz, że nam, Polakom nie pomógł podczas powstania styczniowego. Cóż, interesy z Rosją rządzoną wówczas przez Aleksandra II były ważniejsze... Do Salonu Odrzuconych trafił również Balkon ze sportretowaną rodziną i znajomymi artysty. Jest tu również Olympia. Swoją drogą nie za bardzo rozumiem, skąd w twórcach bierze się chęć naśladowania, wręcz małpowania, obrazów innych mistrzów. Czy Tycjan musiał kopiować Śpiącą Wenus Giorgione a Manet – naśladować Wenus z Urbino Tycjana? Co innego pastisz i karykatura. Postać Olympii i towarzyszącego jej ciemnoskórego służącego była zmieniana w czasach współczesnych w postacie kotów a nawet chipsa i ziemniaka...

Kolejny przystanek przy Bal w Moulin de la Galette. To jedna z trzech wersji obrazu Augusta Renoira przedstawiającego jak XIX-wieczny Paryż się bawił. W pobliżu – nie mniej sławne dzieła spod jego pędzla: La Balançoire i La Liseuse. Cieszę się, że widzę te obrazy tak samo, jak cieszyłem się oglądając La Femme à l'éventail i Portrait de l'actrice Jeanne Samar w Ermitażu.
A dalej to, co lubię najbardziej: "kropkowane" obrazy Claude’a Moneta przedstawiające m.in. Katedrę w Rouen w różnych wariacjach oświetlenia, ale też inne, godne uwagi jak Londres, le Parlement. Trouée de soleil dans le brouillard – chyba najciekawszy z setki jego obrazów przedstawiających Pałac Westminsterski. Jest też smutny pośmiertny portret żony Camille, którą cóż! malował częściej, gdy jeszcze żyła. Ucieszyłem się na widok Pola z makami w Giveny chociaż bardziej podoba mi się jego podobny obraz w Ermitażu. Swoją drogą... gdy człowiek się zagłębi w twórczość jakiegoś malarza, to może się zdziwić, ile czasu i farby poświęcił na jakiś banalny temat, choćby stogi siana u Moneta, których namalował ze setkę... Ale nenufary, takie jak na płótnie Nympheas bleus, mogę oglądać bez końca...

W sąsiednim pomieszczeniu widzę dzieła Vincenta Van Gogha, w tym Portret artysty, sławną La balançoire z huśtającą się Jeanne Samary i obrazy tańczących par (Danse dans la Ville i Danse à la Campagne). Podobają mi się jego obrazy, ale trudno mi zrozumieć jego zainteresowanie pulchnymi dojrzałymi paniami, których dziesiątki sportretował w rozebranych scenach (tu: Les baigneuses). Tak jakby nie miał pod ręką zgrabnych Francuzek! To ja już wolę "ubrane" portrety Madame Georges Charpentier i Gaston Berheim de Villers lub Jeanne Samary z Muzeum Puszkina i Ermitażu... Na dłuższą chwilę zatrzymuję się przed fantastycznym obrazem Gwiaździsta noc nad Rodanem (De sterrennacht). Przypomina mi się wieczór na moście w Awinion...

A dalej łatwo rozpoznawalny na całym świecie Paul Gauguin. Mamy tu "wyjazdowe" obrazy z Tahiti, m.in. Arearea, Femmes de Tahiti, ou Sur la plage i Et l’orde leur corps. Jest tu również Portrait de l'artiste au Christ jaune, pamiątka z wizyty w wiejskim kościółku w Bretanii. Gdzieś na uboczu znajduje się rzeźba przedstawiająca głowę Tehury, żony artysty zwanej również Teha'amaną. Poślubiając ją na Tahiti, Gauguin, jak to artysta, "zapomniał", że w Danii ma swoją legalną żonę. Pikanterii tej historii dodaje fakt, że Tahitanka miała w dniu ślubu 13 lat i rychło zaszła w ciążę ze starszym o 30 lat mężem. Trudno jednak nazwać Gauguina bigamistą, skoro będąc w Polinezji przysposobił sobie aż trzy takie vahines! A według dzisiejszych standardów był zwykłym pedofilem... Nota bene, gdzie się nie ruszył – pozostawiał po sobie nie tylko obrazy, ale i dzieciaki. Pan Bóg go jednak pokarał syfilisem...

Odpoczynek robimy sobie w gigantycznej Salle des fêtes pełnej złoconych ornamentów na ścianach i suficie podtrzymywanym przez osiem kolumn. Zwiedzający strzelają sobie selfie a ja sobie myślę, że znam parę osób, które chętnie by tam potańczyły... W dalszej części muzeum znajduje się parę sal z arcydziełami XIX-wiecznego przemysłu meblarskiego. Szybko wracamy do głównego hallu, gdyż czas nas nagli. Zerkamy na czasową wystawę Yan Pei-Minga z monumentalnymi czarno-białymi obrazami i znów wracamy do przełomu XIX i XX wieku.
Charing Cross Bridge André Deraina zaprezentowany w Salonie Jesiennym pełen jest intensywnych kontrastujących ze sobą barwnych plam – tak jak wymagał tego fowizm. Brakuje mi tu Henriego Matisse’a, ale na jego czerwonych tancerzy napatrzyłem się podczas trampingów po Rosji.

Obsługa muzeum zaczyna wyganiać zwiedzających, przelatujemy jeszcze przez salę pełną gołych ciał – zwraca uwagę Les Oréades Williama-Adolpha Bouguereau i Naissance de Venus Aleksandra Cabanela. Wychodzimy.
W Paryżu zapadła noc listopadowa. Mijamy podświetlony Hotel Inwalidów i, wiedzeni krążącym wkoło światłem reflektorów na szczycie Wieży Eiffela, kierujemy się ku Polom Marsowym. Przemykając opustoszałymi uliczkami 7. Dzielnicy z pewną zazdrością patrzymy na biesiadujących w podgrzewanych ogródkach lub eleganckich wnętrzach Francuzów.
Zarówno ja jak i Agnieszka byliśmy już na wieży w latach ubiegłych, więc nie mamy potrzeby wjeżdżać na górę. Delektujemy się oświetloną sylwetką najważniejszego symbolu stolicy. Co by nie powiedzieć, inwestycja z 1889 roku (niecałe 8 milionów ówczesnych franków) zwróciła się tysiąckrotnie. Mieszamy się z tłumami zgromadzonymi pod ogrodzeniem przy wieży, oganiamy się przed czarno-i śniadoskórymi sprzedawcami napojów, zegarków i błyskających światełkami miniaturowych modeli wieży. Co chwilę w górę lub w dół suną wagoniki windy. Jest fajna atmosfera. Czas jednak na powrót do hotelu, jutro czeka nas długa podróż.
Odnajdujemy stację metra Bir-Hakeim, której nazwa upamiętnia bitwę stoczoną w 1942 roku pod fortem o tej nazwie. Wojska Afrika Korps i tak zajęły twierdzę ukrytą wśród piasków Pustyni Libijskiej, ale co sobie Wolni Francuzi postrzelali to ich. Trochę się złoszczę, bo bramka na peron nie chce zaakceptować kupionych tu przed chwilą biletów. Obsługa wpuszcza nas boczną furtką. W niecałą godzinę później jesteśmy w hotelu. Dopiero teraz możemy ocenić nasz pokój: jest skromny, ale wystarczający na nasze potrzeby. Plusem jest ciekawa aranżacja w postaci dużej ściany wytapetowanej plakacikami z lat 60 i 70. zeszłego wieku. Pora na sen.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej