Znów bez kawy :( | Relaks nad rzeką | Bośniakom żyje się coraz lepiej | Droga na lotnisko | Kroków liczyć nie będę! | Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu | Kilka refleksji
O 7:00 rano wstaję, pakuję się i przygotowuję do wyłączenia prądu w hostelu. Rozprostowuję kabel od grzałki i wziąwszy głęboki oddech wkładam wtyczkę do gniazdka. Znajomy błysk i trzask upewniają mnie, że problem z grzałką jest poważniejszy. Będę musiał ją jeszcze sprawdzić w domu, przecież tak łatwo nie pozbywam się szwankujących lub zepsutych rzeczy 😉. W pośpiechu opuszczam pokój, odnotowuję obecność nowej recepcjonistki (znacznie lepiej władającej angielskim niż jej wczorajsza koleżanka) i ruszam w drogę.
Dzień zapowiada się słonecznie i mógłbym powtórnie przejść się do centrum, by zrobić lepsze zdjęcia, a następnie podjechać autobusem do Laktaši. Postanawiam jednak pół dnia przeznaczyć na wędrówkę. Droga na lotnisko to 22 km, ale chciałbym ją wydłużyć. Skręcę ku rzece, by spędzić trochę czasu na łonie przyrody.
W drodze nad Vrbas trafiam na kolejny kościół prawosławny. Z pewnym zaskoczeniem odnotowuję, że większość tych kościołów prawosławnych z zewnątrz nie przypomina cerkwi spotykanych we wschodnich regionach Polski, na Ukrainie czy w Rosji. Najczęściej zbudowane są w stylu neogotyckim, ewentualnie neoklasycystycznym, podobne są do wielu kościołów katolickich i protestanckich spotykanych w całej Europie.
Zachęcony dobiegającym mnie z daleka śpiewem popa wchodzę do środka. W tym momencie nie ma nabożeństwa, zaledwie dwie osoby są wewnątrz. Ikonostas, podobnie jak inne oglądane wczoraj, jest „prawie współczesny". Zostaję na chwilę, by posłuchać śpiewu i litanii recytowanej przez duchownego.
Po dwóch kilometrach dalszej drogi zbliżam się do rzeki. Z daleka dostrzegam parującą wodę i początkowo sądzę, że unosi się nad jakimś stawem. Jak się okazuje, woda paruje ze świeżo zaoranego pola, podświetlona promieniami słońca tworzy bardzo fotogeniczny widok, co skłania mnie do krótkiej sesji zdjęciowej.
Odnajduję ławkę nad brzegiem rzeki i tu zjadam pierwsze śniadanie. Jest nieźle, nie żałuję, że wybrałem się na pieszą wędrówkę. Dróżka wzdłuż rzeki zaznaczona na Maps.me okazuje się niestety zarośniętą ścieżką. Zdaję sobie jednak sprawę, że, idąc nią, natychmiast przemoczyłbym swe tekstylne buty z powodu obfitej porannej rosy. Wycofuję się i wędruję dalej przedmieściami Banja Luki.
Towarzysząca mi na wąskich uliczkach zabudowa jest parterowa lub piętrowa. Domy nie są wypasione, wyglądają w miarę skromnie. Uwagę zwracają ładnie utrzymane ogródki, przystrzyżone żywopłoty i trawniki. Ogólnie widać tu dbałość mieszkańców o otoczenie. Od zakończenia wojny minęło już prawie 30 lat, kraj zdążył się już wydźwignąć z ruin i przetrwać kryzysy ekonomiczne ostatnich lat. W ciągu zaledwie kilku lat średnie wynagrodzenie w Bośni i Hercegowinie wzrosło z 270 do 450 EUR. To niewątpliwie świadczy o utrzymującej się tendencji wzrostu produktu krajowego brutto. Bez wątpienia Bośnia i Hercegowina goni Europę, a mieszkańcom żyje się coraz dostatniej. No cóż, gdyby nie wojna z lat 92-95, kraj byłby zapewne znacznie bogatszy. Ostatnio Bank Światowy naciska rząd Bośni i Hercegowiny, by zwiększył kontrolę nad gospodarką i zapanował nad recesją. W kraju utrzymuje się stosunkowo duże bezrobocie (około 10%), przy czym trzeba zaznaczyć, iż setki tysięcy Bośniaków wyjeżdżają do pracy w Austrii, Niemczech, Chorwacji i Słowenii*/.
Z innej beczki. Różne statystyki mogą podawać nieco odmienne dane, ale jeśli spojrzeć globalnie na cały kraj, muzułmanie i chrześcijanie (głównie prawosławni) stanowią w przybliżeniu jednakowy odsetek wiernych. Tu, w Republice Serbskiej, dominuje prawosławie, ale w Federacji Bośni i Hercegowiny rządzi islam. Na to wszystko nakłada się mieszanka etniczna: Serbów, Chorwatów i muzułmanów bośniackich. A jeśli spojrzeć na przebieg granic Republiki Serbskiej i Federacji... Ech! Zwariować można. Współczuję mieszkańcom Bośni i Hercegowiny.
Dziś jestem w Republice Serbskiej, składowej częsci Bośni i Hercegowiny zdominowanej przez Serbów. Nie można się więc dziwić, że często w miastach spotykane są nazwy sklepów pisane cyrylicą, na przykład "Пекара", a nazwy ulic zapisywane są w dwóch alfabetach. Jak się jednak wydaje, Bośnia dąży ku "Europie", stopniowo ludność przechodzi na alfabet łaciński.
W pewnym momencie uświadamiam sobie, że wcale nie tak dużo czasu zostało mi na dotarcie na lotnisko. Chcę jeszcze umyć się i przebrać przed lotem, przyspieszam nieco kroku, a nawet parę razy macham na przejeżdżające samochody. Nie wiem, jak działa tu autostop, co prawda w 2013 roku stopowałem w Bośni i Hercegowinie razem z Sergiuszem, ale, jak pamiętam, szło dosyć kiepsko – głównie ze względu na peryferyjne regiony kraju, po których się przemieszczaliśmy. Droga R480, którą się teraz poruszam, biegnie równolegle do drogi szybkiego ruchu M16 i również należy do dróg lokalnych. Przedwczoraj sprawdziłem, że jest tu chodnik dla pieszych, więc poruszanie się jest proste i wygodne. Wstępuje do dużego hipermarketu, by kupić colę (2 litry za 1,75 BAM). Wkrótce mijam Kłaszczyce (Клашнице) i zbliżam się do większej miejscowości, a mianowicie Laktaši (Лакташи) zamieszkałej niemal wyłącznie przez Serbów. Miasteczko położone jest zaledwie 4 km od lotniska, więc wyluzowuję i zaglądam do kościoła prawosławnego pod wezwaniem Opieki Najświętszej Bogurodzicy (Храм Покрова Пресвете Богородице). Cerkiew należy do Serbskiego Kościoła Prawosławnego, a jej budowa, przerwana przez wojnę została zakończona dopiero w 2007 roku. Świątynia zaprojektowana w stylu neobizantyjskim może poszczycić się wysoką, 40-metrową wieżą i trzema kopułami. Nie ma tu specjalnego nastroju, więc obejrzawszy ikonostas wychodzę.
Przeszedłem już dziś około 20 kilometrów, to jakieś 25 tysięcy kroków. Nie czuję nadmiernego zmęczenia, lubię chodzić 😊. Piszę o tym, gdyż ostatnio trafiłem w sieci na dyżurny artykuł na temat związku między chodzeniem – dokładniej liczbą kroków – a zdrowiem i długością życia. Temat mi znany, sięgnąłem jednak do cytowanej pracy przeglądowej polskiego lekarza. No i cóż! Bez wątpienia jest korelacja między liczbą wykonywanych codziennie kroków a momentem zgonu (w tym z powodu chorób układu sercowo-naczyniowego), jednakże artykuł nie odnosi się do tego, czy to aby nie kiepskie zdrowie, które jest złym prognostykiem długości życia nie ogranicza aktywności fizycznej. Jeśli w 50 czy 60 roku życia nic człowiekowi nie dolega, z pewnością więcej się rusza niż człowiek schorowany. Trudno w tym ostatnim przypadku namawiać kogoś do wydłużenia sobie życia poprzez codzienne spacery po 10000 kroków. Mnie osobiście nigdy nie interesowało, ile średnio kroków robię dziennie, dla mnie istotne jest to, że gdy trzeba, to bez problemu przejdę 30 czy 40 km**/.
Teraz już prosta droga na lotnisko. Zastanawia mnie niewielka, wręcz minimalna liczba znaków pokazujących obecność lotniska i drogowskazów wskazujących drogę do niego. Odnoszę wrażenie, że Bośniacy sami nie wierzą w to, że to lotnisko jest międzynarodowe. A przecież stało się to niemal 30 lat temu!
O 13:00 jestem na miejscu. Samolot do Sztokholmu jest jednym z trzech, które jeszcze dzisiaj odlecą. Hala odlotów jest niewielka, ma tylko dwie bramki***/. Część oczekujących pasażerów odlatuje do Karlsruhe/Baden-Baden reszta do Sztokholmu-Arlandy. Kierunki raczej mało turystyczne z punktu widzenia Bośniaków, podejrzewam, że większość z nich leci tam do pracy lub odwiedza pracujące tam rodziny. Spotykam za to paru turystów z Unii ze sprzętem turystycznym, kaskami i w butach trekkingowych, którzy przylecieli tu, by się powspinać lub popływać na kajakach lub pontonach.
Nieco przed czasem odlatujemy. Chyba po raz pierwszy zdarza mi się przelecieć nad Polską w drodze do domu. Kraków od Banja Luki dzieli raptem 620 km (drogą 820 km), ale dziś przelecę 2700 km. Strasznie to głupie, ale nie moja to wina, że muszę tak kombinować. Przejazd autobusem byłby droższy i dłużej by trwał. Miejsce mam przy oknie. Wyczekuję polskiego wybrzeża Bałtyku, wreszcie pojawia się jezioro Jamno i Gardno, potem jasna nitka niekończącej się plaży, a następnie częściowo przykryte chmurami wody Morza Bałtyckiego.
Po raz pierwszy jestem na lotnisku Sztokholm-Arlanda. Wcześniej korzystałem z tańszego, choć bardziej odległego od stolicy, lotniska w Sztokholm-Skavsta. Odczuwam pewną przyjemność „zaliczając" kolejne lotniska w danym kraju. Arlanda jest dopiero trzecim portem lotniczym w Szwecji, ale są kraje, w których poznałem ich znacznie więcej. Przykładem niech będą Włochy (15) lotnisk oraz Niemcy, Francja i Hiszpania (po 10 lotnisk). W Arlandzie jest pięć terminali, a lotnisko jest dość nowoczesne. Zjadam kolację w hali odlotów i z lekkim poślizgiem czasowym odlatuję do Krakowa. Nocny autobus po chwili podjeżdża i godzinę później jestem już w domu.
I tyle wyjazdu. Odwiedziłem Republikę Serbską w Bośni i Hercegowinie, region raczej mniej znany Polakom, którzy kierują się głównie do Mostaru, Sarajewa, a przede wszystkim – do Medziugorie. Wyjazd ten pozwolił mi na nowe spojrzenie na sytuację na Bałkanach, zobaczyłem parę fajnych miejsc w tym dolinę rzeki Vrbas.
Wracam więc zadowolony. Przy okazji poznałem ostatni z regionów Nomadmanii w tej części Europy.
Trzeba powiedzieć, że Bośnia nie należy do krajów nadmiernych tanich. Powiedziałbym, że ceny w marketach są ba równi z polskimi lub nieco wyższe nawet. Jak zawsze z pożądaniem patrzyłem na przepiękne góry, po których z chęcią bym pochodził. Dotychczasowe moje doświadczenia z Górami Dynarskimi ograniczyły się do Gór Przeklętych w Albanii i Durmitoru w Czarnogórze.
Dokąd będzie następny wyjazd? Naprawdę nie mam pojęcia.
____________________________________________
*/ Szacuje się, że 1/3 Bośniaków żyje poza granicami kraju – głównie w Turcji, USA i Niemczech.
**/ Mój rekordowy spacer o 165 km w drodze do Częstochowy – bez zatrzymywania się. Na drugim miejscu – spacer wokół Krakowa 100 km w 24 godziny; a także szereg innych wycieczek po ponad 50 km w ciągu dnia.
***/Zastanawiające, jeśli weźmie się pod uwagę, że ruch pasażerski wzrósł z 8 tysięcy pasażerów w 2013 roku do 400 tysięcy w roku ubiegłym.