Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Kaohsiung – Taichung – Yuchi (Sun Moon Lake)

niedziela, 16 VI 2021


Renata nie czuje się najlepiej | Centrum Buddyjskie Fo Guang | Tyle tu świątyń! | Ten Budda robi wrażenie | Ach, pędzić pociągiem! | Renata jest zadowolona | Jedziemy w góry | Jaki, prawem tu pada?! | Nad jeziorem | Dziwne dźwięki | Nastrojowa światynia


Nie udało się nam wczoraj odwiedzić Centrum Buddyzmu, dziś podejmiemy drugą próbę. Dla uproszczenia, by nie wracać po bagaże do hotelu, zabieramy je ze sobą.

– Zostawimy je w skrytce na stacji metro – zaproponowała wczoraj Renata.

Chociaż nasze bagaże ważą nie więcej niż 7 kg, nie ma sensu z nimi jeździć wszędzie. Tym razem niczego nie zapominamy wziąć z hotelu i wychodzimy o 7:00.

– Jak się dziś czujesz? – pytam. – Nie boli cię już żołądek?

– Już mi przeszło, wszystko w porządku.

Trudno powiedzieć, czy faktycznie wczorajsze pierogi z mięsem pierogi były nieświeże. W końcu też je jadłem. Ale ja mam bardziej wytrzymały żołądek.

Na Formosa Boulevard przesiadamy się na linią czerwoną i podjeżdżamy na stację Zuoying (R16).

Pozbywamy się chwilowo bagażu (skrytka za 20 TWD) i ustawiamy w kolejce do autobusu.

– Ciekawe – mówi Renata, patrząc na rozłożone parasolki i jakieś torby w odległości 1 metra jedna od drugiej.

– Może to jakaś wyprzedaż? – zastanawiam się.

Sprawa się szybko wyjaśnia, na chwilę przed odjazdem autobusu E02 (Harvard Express) z godziny 8:00 zjawiają się właściciele tych rzeczy. Najwyraźniej w ten sposób zajęli sobie miejsca w kolejce. Wszyscy pasażerowie mają ze sobą T-passy i kasują je przy wejściu. My ich nie mamy. Na szczęście kierowca ma tabliczką z wyliczonymi kwotami za określoną liczbę biletów, widać bywają i inni turyści z podobnym kłopotem. Płacimy po 165 TWD i jedziemy.

Centrum Buddyjskie Fo Guang Shan Buddha mieści się 30 kilometrów od miasta nad rzeką Gaoping. To dość nowa atrakcja: muzeum otwarto w 2011 roku. Jest to kompleks wielu pagód i świątyń, jak również klasztorów.

Przed 9:00 jesteśmy na miejscu. Przed nami Front Hall – duży budynek z restauracją, bufetem, sklepami z pamiątkami i punktem informacyjnym itd. Przed zamkniętą jeszcze o tej porze wewnętrzną bramą ustawiono wielkie posągi słonia i lwa w towarzystwie słoniątek i lwiątek. Obecność tych zwierząt jest nieprzypadkowa. Słoń, jak wiadomo, symbolizuje w buddyzmie szlachetną godność, a lew – nieustraszoność i majestat. A to przymioty Buddy.

Po drugiej stronie budynku naszym oczom okazuje się fantastyczna panorama. Oto przed nami olbrzymi długi plac zakończony dużym budynkiem, za którym znajduje się jeszcze wyższy z gigantycznym posągiem Buddy. Po obu stronach placu stoi osiem identycznych pagód. Całość jest naprawdę urocza.

Sycimy się tym niepowtarzalnym widokiem, potem ruszamy w kierunku muzeum. Niektóre z tych ośmiu pagód udostępnione są dla szerszej publiczności, inne pełnią funkcję administracyjne. Jak to jest w zwyczaju chińskim, poszczególne budynki mają poetyckie i symboliczne nazwy. Mamy tu więc Pagodę Jednego Nauczania (buddyzmu humanistycznego, a jakże!), Pagodę Dwóch Zgromadzeń (tych świeckich i tych zakonnych), Pagodę Trzech Dobroci (mowy, ciała i umysłu), Pagodę Czterech Darów (zaufania, radości, nadziei i wygody), Pagodę Pięciu Harmonii (osobistej, międzyludzkiej, rodzinnej, społecznej i światowej), Pagodę Sześciu Doskonałości (czyli dawania, etyki, cierpliwości, pracowitości, medytacji i mądrości), Pagodę Siedmiu Napomnień (dotyczy: narkotyków, pornografii, przemocy, kradzieży, hazardu, alkoholu i ostrych słów) i w końcu Pagodę Ośmiorakiej Ścieżki (właściwy pogląd, zrozumienie, mowa, działanie, środki utrzymania, wysiłek, uważność i koncentracja). Uff! Powinienem być praktykującym buddystą. Byłbym zapewne doskonały…

Zaglądamy do niektórych z nich, jednakże to obiekty raczej mało ciekawe dla odwiedzających je turystów. Ciekawsze miejsce to 18 Arhatów, czyli buddów (wedle therawady) lub oświeconych uczniów Buddy (podług mahajany). W ramach polityki równości płci znalazło się tu miejsce dla trzech oświeconych buddyjskich mniszek, między innymi dla Mahapajapati Gotami, macochy Buddy. Na prawo, przed budynkiem ustawiono statuy przedstawiające mistrzów (patriarchów) Ośmiu Szkół Mahajany podług chińskiego buddyzmu.

Główny budynek (Main Hall) otwierany jest dopiero o 9:00, chwilę odczekujemy i wraz z kilkoma osobami wchodzimy do środka. Zwiedzanie jest darmowe, jak informuje pani w informacji. A jest co zwiedzać! Sale wystawowe oraz święte miejsca z relikwiami położone są na dwóch czy trzech kondygnacjach. Zaczynamy od niewielkiego muzeum dokumentującego, jeśli tak można powiedzieć, życie Buddy. To, co jest tu fajnego, to takie naturalne, zwyczajne ujęcie losów małego Buddy. Ot, zwykły chłopak, który bawił się innymi z dzieciakami, a potem jako 29-letni młodzieniec oddalił się od domu rodzinnego i zaczął medytować. Może nie do końca taki obrazek jest prawdziwy, gdyż mały Buddha był synem króla Śuddhodana (ok. 600-500 p.n.e.) i zasadniczo żył w luksusie. Z tym, że 16 roku życia poślubił księżniczkę Josodharę, więc lekko już nie miał. W każdym razie gdy urodził mu się syn (Rahula), zwinął manatki i opuścił żonę i królewski dwór. No, nieładnie się zachował. Ośmioletnia asceza doprowadziła go do oświecenia, ale to już inna bajka. Jest tu też skromna kolekcja posągów Buddy i inne artefakty z nim związane.

Przechodzimy następnie do Świątyni Złotego Buddy. W dużej sali ustawiono na ołtarzu statuę siedzącego Buddy. Dłonie ma ułożone w pozycji dhjana (mudra dhyāna). Ta pozycja odnosi się do czterech medytacyjnych wchłonięć – poprzez pełne skupienie (pali samādhi), podczas którego zmysły ulegają wyłączeniu. Rzeźbę podarował Somdet Phra Sangharaja Chao Krommaluang Vajirañāṇasaṃvara, naczelny patriarcha Tajlandii. Przy ołtarzu znajduje się kilka brązowych posągów Buddy i innych buddyjskich akcesoriów. Natomiast na ścianach pomieszczenia we wnękach ustawiono setki czy też tysiące małych statuetek Buddy. Poza tym, generalnie jest tutaj pusto, dostojnie, ale sterylnie. Czuję się jak w budynku użyteczności publicznej (co prawda świątynie są użytecznością…). Zaglądamy teraz do Świątyni Awalokiteśwary (Mount Potalaka Avalokitesvara Shrine). Tu znajduje się posąg tysiącramiennego, tysiącookiego bodhisattwy Awalokiteśwary odlany z białego szkła przez artystkę Yang Huishan, która wzorowała się na rzeźbie z jaskiń Mogao Ku. Ustawione w sali wizerunki Awalokiteśwary odbijają się w lustrach tworząc zwielokrotnione odbicia.

Na koniec zostawiamy sobie Świątynię Jadeitowego Buddy. Tu z kolei Budda został przedstawiony w pozycji leżącej. Trzymetrowa płaskorzeźba została wykonana z białego jadeitu z Birmy. W małej szklanej gablocie została umieszczona bezcenna relikwia: to ząb Buddy. O autentyczności podarunku jest umieszczona nad wizerunkiem. Jest to jedna z trzech relikwii zęba Buddy na świecie. Po dwóch stronach posągu Nefrytowego Buddy znajdują się wspaniałe płaskorzeźby z jadeitu. Wzdłuż ścian po lewej i prawej stronie znajdują się drewniane płaskorzeźby słynnych buddyjskich stup z całego świata. Świątynia Nefrytowego Buddy jest bezpłatna w godzinach 9:00–10:30 i 17:00–18:00 (lub 19:00 w weekendy). O godzinie 13:00 i 14:00 odbywają się dwie 30-minutowe sesje kultywacji, w tym medytacja, śpiewy i wykład buddyjski prowadzony przez mnicha w Świątyni Nefrytowego Buddy.

Przechodzimy na kolejną kondygnację. Tu jakby mniej ciekawych rzeczy do oglądania, sala audytoryjna zamknięta, ale można wyjść na taras i na wyższym poziomie obejść budynek wokół, zaglądając do każdej z czterech stup znajdujących się w narożnikach (Stupy Czterech Szlachetnych Prawd). Co prawda Chinki dyżurujące w tych przybytkach nie pozwalają robić zdjęcia, ale moja znajomość dialektu kantońskiego jest niewystarczająca 😉. Zaglądam do stupy Bodhisattwy Ksitigarbhy, który rzekł: „Dopóki piekło nie będzie puste, nie stanę się Buddą” i przysiągł wyzwolić wszystkie czujące istoty od cierpienia przez niezliczone życia. Tu na ołtarzu złoty pomnik Buddy, w gablotach po bokach, setka mniejszych posażków. Kolejna stupa – Bodhisattwy Samantabhadry, autora Wielkiej Praktyki pomocnej przy realizacji celów, jest identyczna. Odpuszczam więc inspekcję pozostałych stup: Awalokiteśwary i Manjusri i wracam do Renaty.

Możemy teraz wyjść na taras po zachodniej stronie głównego budynku (Main Hall). Z Tarasu Wielkiego Buddy doskonale widać 108-metrową statuę. To największy posąg Buddy Siakjamuniego – w kategorii posągów odlewanych z metalu, oczywiście. Kamienne i żelbetonowe bywają większe. Robi wrażenie. Sama głowa ma ze trzy piętra wysokości!

Budda przedstawiony jest w pozycji siedzącej, ze skrzyżowanymi nogami. Dłonie ma ułożone na kształt mudry karana: palec wskazujący i mały są podniesione, kciuk złączony ze środkowym.

– Ten gest oznacza odpędzanie zła, pomaga w zmniejszeniu choroby lub negatywnych myśli. Renata kiwa głową.

– I ma swastykę na piersi – zauważa.

– Tak – potwierdzam, kierując aparat w stronę pomnika.

Wiem, że buddyjska swastyka symbolizuje wieczne cykle samsary. Tu swastyka jest lewoskrętna, podczas gdy nazistowski Hakenkreuz był prawoskrętny. Ale już w hinduizmie spotykana jest zarówno lewo- i prawoskrętna swastyka.

I to tyle zwiedzania Muzeum Buddy.

– Proponuję, żebyśmy jeszcze podeszli do klasztoru Fo Guang Shan.

– Za ile będzie autobus?

Wygląda na to, że mamy 40 minut. Nie tracąc czasu, ruszamy.

Klasztory Fo Guang Shan są właściwie dwa. Podchodzimy do bliższego kompleksu budynków. Do Świątyni Patriarchów i Repozytorium Sutry prowadzi ciąg schodów. Zaglądamy do pierwszego budynku pełniącego, zdaje się, funkcję konferencyjno-wystawową. Wewnątrz trwa jakaś impreza, zerkamy tylko na grafiki i eksponaty na korytarzu. Wjeżdżamy windą na wyższy poziom i tu z zadaszonych ciągów pieszych możemy spojrzeć na okolicę.

– Super to wygląda – zachwyca się Renata patrząc na Złotego Buddę i osiem pagód usytuowanych przed nim.

– Dobrze, że tu przyszliśmy. Zajrzyjmy jeszcze do tego Repozytorium.

Na wielkim placu przed Świątynią Patriarchów spotykamy kilku mnichów ubranych w brązowe szaty o różnych odcieniach. Rozmawiają, załatwiają jakieś ważne sprawy. A może komentują rozgrywki sportowe lub ostatni odcinek serialu? Nie wiem, nie znam się na mnisim życiu.

Wejście do świątyni jest otwarte, wewnątrz… pustki. Ołtarz skromy, zamiast posągu Buddy – skromne malowidło. Na ścianie wypisane chińskimi hieroglifami cytaty, kilka bukietów kwiatów, to wszystko. Całość sprawia wrażenie niedokończonej inwestycji. Po prostu brakuje tu klimatu. Ciekawszy wydaje się olbrzymi ścienny panel przy schodach poniżej budynku administracyjnego. Płaskorzeźba przedstawia Buddę w otoczeniu setki innych postaci: są wśród nich mnisi w brązowych szatach, mniszki, muzykanci, tancerki i zwykli mieszkańcy. Budda złożył dłonie układając je w mudrę dhyāna. Mnisi i mniszki modlą się lub trzymają przed sobą tace z darami. Muzykanci grają na bębnach, pipach (instrumentach strunowych podobnych do lutni), fletach zwykłych i glinianych zwanych xun; tancerki obnażyły swe biusty i w bufiastych spodniach pląsają wygrywając rytmy na bębenku i pipie. Na drugim planie grupa mnichów zanurzyła się w chmurach. Zapewne blisko im do oświecenia 😉.

Do drugiego zespołu budynków nie zdążymy podejść. Kilkaset metrów dalej znajduje się główna świątynia (Main Shrine, 佛光山大雄寶殿) zbudowana w podobnym stylu, jak ta, w której byliśmy przed chwilą. Jest tam również galeria sztuki z setkami statui Buddy. Ciekawszy wydaje się „Buddha Land” – teren, na którym ustawiono tysiące jednakowych Buddów wokół gigantycznej, niemal 40-metrowej statuy złotego Buddy. Widok byłby zapewne interesujący, ale trudno: nie wszystko da się zobaczyć.

W sprawdzony już sposób wracamy na stację metra R16, odbieramy bagaże ze skrytki, dopłacając 20 TWD, i przechodzimy na pobliski dworzec HSR Zuoying. Oglądając przed wyjazdem filmiki o Tajwanie na YouTube, uwagę Renaty zwróciła relacja z przyjazdu koleją dużych prędkości.

– Chciałabym takim pociągiem pojechać – powiedziała.

Sprawdziłem wówczas rozkład jazdy i ceny połączeń na odcinku z Kaohsiung do Taipei. Koszty były wysokie, ale akceptowalne. Później pojawiła się koncepcja wyjazdu do parku narodowego Taroko, która tuż przed zabukowaniem noclegu w Hualien, upadła. Trzęsienie ziemi, które 3 kwietnia nawiedziło wschodnie wybrzeże wyspy, miało magnitudę 7,2 i spowodowało osunięcia ziemi i uszkodzenia mostów w wielu miejscach*/, a w konsekwencji trzeba było zamknąć większość szlaków na terenie parku. Wróciliśmy więc do pomysłu przejazdu do Tajpej zachodnim wybrzeżem.

Dla mnie nie będzie to pierwsza taka okazja. W 2015 roku podczas wyjazdu do Kraju Wschodzącego Słońca intensywnie korzystałem z Japan Rail Pass. Shinkanseny osiągają prędkość 400 km/h i należą do najszybszych na świecie. Nigdy nie jechałem francuskim TGV ani polskim Pendolino**/. Zdarzyło mi się natomiast pojechać szybką koleją turecką na trasie Ankara-Konya. Wówczas maksymalna prędkość wyniosła 300 km/h.

Tu, na Tajwanie, koleje dużych szybkości (HSR) łączą miasta na zachodnim wybrzeżu. Ponieważ mamy zabukowany nocleg nad jeziorem Sun Moon, szybką koleją przyjedziemy tylko na odcinku Kaohsiung-Taichung. Z rozkładu jazdy wynika, że połączenia są liczne, a ceny za ekspresowe połączenia nie zależą od czasu podróży. Wybieramy najszybszy kurs o godzinie 11:55. Bilety bez miejscówek i z miejscówkami kosztują praktycznie tyle samo, to jest 790 TWD. Płacę w automacie kartą. Zanim wsiądziemy do naszego pociągu, jest okazja przyjrzeć się wjeżdżającym na stację tajwańskim „strzałom”. Zasadniczo są podobne do tych japońskich z lokomotywą o wydłużonym, opływowym "nosie". Gdy wjedzie nasz pociąg, a pasażerowie opuszczą już wagony, do pociągu wchodzi grupa sprzątaczek, które w błyskawiczny sposób przygotowują skład do drogi powrotnej.

Odjeżdżamy punktualnie, co do sekundy. To konieczność, bo na dworzec co parę minut wyjeżdża pociąg. Podobnie zresztą było w Japonii. Po chwili wyjeżdżamy z tunelu i przyspieszamy. Do Taichung jest ponad 200 kilometrów, nigdzie po drodze się nie zatrzymamy, a trasę pokonamy w 42 minuty. Wagony są bezprzedziałowe z pięcioma fotelami w rzędzie (3+2). Wielu pasażerów zostawia bagaże w kojcu na końcu wagonu i się nimi już nie interesuje. Po drodze obsługa roznosi napoje i snacki.

Pędzimy. Za oknem migają kolejne miejscowości, szybko zmienia się krajobraz. Niepostrzeżenie przelatujemy przez Tainan, miasto założone w połowie XVII wieku przez przybyszów z odległej Holandii. Renata z uwagą śledzi wskazania wyświetlacza z podaną aktualną prędkością.

– 295... 299... 302! – widzę radość na jej twarzy.

Ja też się cieszę, że mogłem jej sprawić przyjemność. Wszystko, co miłe, jednak szybko się kończy. Wjeżdżamy na dworzec HSR w Taichung i wysiadamy. Zastanawiam się, czy łatwo będzie znaleźć połączenie autobusowe z miejscowościami w górach, nad którymi leży Sun Moon Lake. Już mamy wychodzić z budynku, gdy dostrzegam stanowisko z panią sprzedającą bilety autobusowy. Podchodzę, by uzyskać informacje, gdy uświadamiam sobie, że umieszczona na banerze ponad nią nazwa firmy, Nantou, brzmi znajomo. To przecież przewoźnik obsługujący naszą trasę nad jezioro. Kupujemy bilety, a autobus, jak się okazuje, gotowy do odjazdu czeka parę metrów dalej.

– Ale nam się udało! – mówi z uśmiechem Renata.

– Faktycznie, nie spodziewałem się, że tak łatwo pójdzie.

To jednocześnie oznacza, że nie będzie okazji podjechać do, jak się wydaje, jedynej lokalnej atrakcji, która byłaby nas w stanie zainteresować. Mam na myśli Rainbow Village (彩虹眷村) w dzielnicy Nantun, gdzie wszystkie domy są wymalowane „od stóp do głów’, a turyści mogą zachwycać się feerią barw murali.

Do jeziora jest około 65 km. Pojedziemy dość krętą górską drogą, odwiedzając kilka mniejszych wiosek. Początkowo trasa prowadzi wygodną drogą szybkiego ruchu. Przejeżdżamy estakadami i tunelami. To z prawej, to z lewej widzimy ślimaki skrzyżowań, zjazdy i rozjazdy poprowadzone na wysokich filarach.

– Tak się zastanawiam, dlaczego tak dużo jest tu estakad. Przecież to kraj zagrożony trzęsieniami ziemi – rozmyślam głośno.

Widoki staną się jeszcze ciekawsze, gdy opuścimy podmiejskie rolnicze tereny i zagłębimy się w górskie doliny. Jezioro Rìyuè tán, znane szerzej jako Sun Moon Lake, leży na wysokości 748 m n.p.m. i jest otoczone pasmami górskimi przekraczającymi 2000 metrów (Shuishedashan 2059 m n.p.m.). A przecież Tajwan może poszczycić się znacznie wyższymi górami. Najwyższy szczyt Gór Tajwańskich (Taiwan Shanmai), Yu Shan liczy sobie bowiem 3952 m n.p.m. Przyznam, że jadąc tutaj nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo górzysty to kraj. Na ogół wyspy nie kojarzą się nam z wysokimi górami, a przecież na wielu z nich znajdują się całkiem wysokie szczyty. Ot, choćby Sycylia z Etną (3357 m n.p.m.), Honsiu z Fudżi (3776 m n.p.m.), Borneo z Mount Kinabalu (4095 m n.p.m.), czy w końcu Nowa Gwinea z Jaya (4884 m n.p.m.), który notabene jest najwyższym szczytem Australii i Oceanii.

Pogoda, niestety, nie poprawia się; niebo jest wciąż zachmurzone, przez co krajobraz wydaje się szary i mało przyjazny. Uważnie śledzę nasze położenie na mapie. Rozmawiałem przed chwilą z jakimś białasem, dopytując go o położenie przystanków autobusowych nad jeziorem.

– Tak, jest przystanek tuż obok miejsca, gdzie macie hotel – potwierdza chłopak.

To dobra wiadomość. Wysiadamy w centrum miasteczka. Zaskoczony jestem typowo turystycznym charakterem miejscowości. Spodziewałem się jakiegoś zacisznego kącika. Na ulicy tłumy turystów, co parę metrów knajpki i hotele.

– No, właśnie! Gdzie jest nasz hotel? – zastanawiam się.

Według mapki powinien być na ulicy prowadzącej w stronę jeziora. Zapuszczamy się tam, bezskutecznie wypatrując szyldu z nazwą hotelu. Od miejscowych dostajemy sprzeczne informacje, co można im wybaczyć, gdyż nazwy wielu hoteli są tu podobne. Co drugi ma Sun Moon w nazwie. Ostatecznie odnajdujemy hotel przy głównej ulicy.

– Czy zamawiacie śniadanie? – pyta hotelarz, gdy już zapłacimy za nocleg.

– Ile kosztuje?

– 70 dolarów.

Niech będzie. Nie mamy ze sobą żadnych zapasów jedzeniowych, nie będziemy musieli rano szukać sklepu. Pokój na 7 piętrze jest niewielki i z pewnością nie ma obiecanych 12 metrów. Łóżko wypełnia większość pokoju, przynajmniej łazienka jest przestronna.

– Idziemy nad jezioro, okej?

– Powinniśmy coś zjeść – przypominam.

Na ulicy prowadzącej nad jezioro zaczepia nas naganiacz i ciągnie do restauracji. Nie protestujemy zbytnio. Kelnerka podaje nam zafoliowane menu, a gdy już wybierzemy posiłek – zakreśla zmywalnym flamastrem danie. Praktyczne. Dostajemy ryż z warzywami i kawałkami mięsa oraz jakieś pokrojone trawsko. Z uznaniem patrzę, jak Renata sprawnie operuje pałeczkami.

– Dobre było? Pojadłaś? – upewniam się.

– Tak – mówi Renata i dodaje: Ale ja jeszcze mam ochotę na smoothie.

Ok, będzie i smoothie. Ale jakie? Zatrzymujemy się obok baru z kolorowymi sokami.

– Chciałabym zmieszany sok z papai i mango – decyduje się Renata.

Dziewczyna po drugiej stronie lady wygląda na zakłopotaną.

– Coś nie tak? – pytamy.

– Nie jestem pewna, czy to będzie smaczne… – tłumaczy delikatnie.

– W takim razie proszę samo mango.

Nie będzie dane dziewczynie spokojnie wypić smoothie. Kilka chwil później następuje oberwanie chmury. Chronimy się sklep wypożyczalni rowerów elektrycznych. Właścicielka jest na tyle uprzejma, że podaje nam stołki, byśmy mogli wygodniej przeczekać największy deszcz.

– Codziennie tutaj tak pada? – pytam Chinkę.

– Nie, nie. Ale zdarza się – kobieta się śmieje i dodaję: Pewnie zaraz przestanie padać.

Faktycznie, po 15 minutach jest już po wszystkim. Szybkim krokiem, nieco zziębnięci, wracamy do hotelu.

– To co? Wypijemy coś ciepłego i idziemy na spacer? – proponuję.

– Dobrze. Tylko posmaruję się sprayem na komary.

Renata dba o swoje bezpieczeństwo. I o siebie. To mi się bardzo podoba.

Deszcz krzyżuje nam jednak plany. Siąpiący kapuśniaczek przeradza się w ulewę. Z nosem zwieszonym na kwintę czekamy ponad pół godziny, aż ustanie.

– Na Tajwanie miało padać, więc pada – kwitujemy.

Jest już 18:00, gdy wychodzimy. Jadąc tu, miałem nadzieję, że będziemy mieć więcej czasu na poznanie okolic. Pierwsze kroki kierujemy na przystań, gdzie przy długim molo zacumowało kilkadziesiąt łódek i stateczków. Można popłynąć nimi na drugą stronę jeziora, gdzie znajduje się wioska Ita Thao. Przy tak niepewnej pogodzie, jak dziś, nie jest to najlepszy pomysł. Nieco na prawo od wspomnianej wioski, na zboczu góry stoi 46-metrowa pagoda Ci-en (慈恩塔). Jej wielokondygnacyjną wieżę co i rusz przesłaniają nisko płynące obłoki, dodając pejzażowi nieco posępnego, ale i tajemniczego akcentu. Pagodę wybudował ponoć Chang Kaj-szek, by upamiętnić matkę. Piszę „ponoć”, bo niezbyt sobie wyobrażam, by 84-letni przywódca państwa wziął się za łopatę lub kładzenie cegieł. Zapewne wydał tylko rozkaz. Przywilej dyktatorów.

– Widzisz, tę wyspę? – wskazuję na niewielką kępę roślinności pośrodku jeziora.

– Tak. No i?

– Władze nazwały ją Guanghua (光華島), czyli Wspaniała Chińska Wyspa. Kiedyś była znacznie większa, ale po spiętrzeniu wody na zaporze poziom wody się podniósł. A trzęsienie ziemi z 1991 roku zwane Chi-Chi zniszczyło zabudowania na niej i przyczyniło się do dalszego zatopienia wyspy***/.

– Przykre.

– Przykre przede wszystkim dla miejscowego plemienia Thao, które uważa wyspę za świętą. Nazywają ją Lalu.

– Tego plemienia, które ma wioskę obok jeziora?

– Tak. Przejeżdżaliśmy dziś koło niej. Ale to bardziej park rozrywki niż skansen…

– Chodźmy dalej.

Tak naprawdę miasteczko jest niewielkie i po kilkunastu minutach stwierdzamy, że kręcimy się w kółko. Wracamy nad jezioro.

– W prawo czy w lewo? – pytam.

– W prawo! – decyduje Renata.

Ścieżka poprowadzona jest wzdłuż jeziora, czasem wiedzie tuż nad wodą, czasem oddala się. Na początku trafiamy nad uroczy staw pokryty zieloną rzęsą z brzegiem obrośniętym gęstą, tropikalną roślinnością. Jest właśnie po deszczu, liście są mokre i lśniące, a z drzew kapią krople wody. Fotografujemy się pod olbrzymimi, niemal metrowej wielkości liśćmi kolokazji (Colocasia gigantea).

– Tu jest fantastycznie! – stwierdzamy zgodnie.

Ścieżka wyprowadza nas znów nad jezioro i prowadzi dalej drewnianymi podestami wzdłuż brzegu.

– Słyszysz to? – zatrzymuję się.

Od dłuższej chwili dolatuje do mnie powtarzający się dźwięk szlifierki kątowej. Dźwięk narasta, a potem nagle urywa się. Uświadamiamy sobie, że to nie trwające gdzieś prace remontowe, lecz odgłosy jakichś cykad czy innych owadów. Dźwięk jest głośny, aż wibruje w uszach. Niestety samych owadów nie możemy wypatrzeć w gęstym listowiu. Wiemy jednak, że owady nas widzą lub słyszą, bo gdy zbliżamy się, dźwięki cichną.

– Wiesz, nieraz słyszałem głośne cykady, ale tak dziwnego dźwięku jeszcze nigdy.

– Rzeczywiście, te odgłosy są niezwykłe.

– Pomyśl, że bylibyśmy w dżungli w nocy, a zewsząd dochodziłyby do nas takie odgłosy leśnego życia.

– No, nie chciałbym być w takiej sytuacji.

– Nie zarzekaj się, pojedziemy przecież nad Amazonkę!

– Może...

Będąc w lesie deszczowym w Kostaryce, słyszałem niezwykle odgłosy ptaków, które do złudzenia przypominały skrzypienie drzwi. Cóż, my mieszczuchy na ogół nie jesteśmy przyzwyczajeni do odgłosów przyrody. Ale przynajmniej mnie nie napawają lękiem. Tym bardziej mnie ciągnie do dżungli!

A co z tym dziwnym dźwiękiem? No, cóż, po wielu trudach udało mi się zidentyfikować gagatka: to cykada Pomponia yayeyamana. Pojawia się na Tajwanie od kwietnia do października na obszarach do 1200 m n.p.m. No i praktycznie nie jest spotykana nigdzie indziej na świecie!

Ale to nie koniec przyrodniczych zagadek. Bo oto na poręczy przy ścieżce, którą idziemy, przysiadł niewielki ptaszek, nieco większy od wróbla. Ma dużą białą plamę na czarnej główce, krótki, zakrzywiony dziób i oliwkowo-szare lotki. Później rozpoznam w nim podgatunek chińskiego bilbila (Pycnonotus sinensis formosae).

Zrobiło się późno, zawracamy.

– Wstąpmy jeszcze do tej świątyni – wskazuję ręką kolorowy budynek na zboczu wzgórza. – To po drodze.

– Dobrze.

Mam wrażenie, że Renacie przejadły się już te świątynie. Bo na dobrą sprawę są do siebie podobne. Ja jednak jestem uparty: rzadko kiedy odpuszczam jakiś kościół, cerkiew, meczet czy świątynię buddyjską. Chociaż widziałem ich setki, to zawsze jest jakaś szansa, że zobaczę coś ciekawego lub nowego. Tak było, przykładowo w soborze w Petrozawodzku, gdzie natknąłem się na bierzmowanie, tak było i ostatnio – właśnie na Tajwanie w Kaohsiung, gdy trafiłem na wróżenie z klocków.

Do świątyni Longfeng (龍鳳宮月老廟) prowadzi długi podjazd. Z zainteresowaniem oglądam cykl płaskorzeźb umieszczonych na murze. Są współczesne, ale pokazują życie w dawnych czasach, między innymi procesję z palankinami i składanie danin w postaci zwierząt domowych. Świątynia jest w stylu tych bardziej „odpustowych”, jeśli wolno mi zastosować własną terminologię. Na dachach głównego pawilonu, bocznej wieży i stojącej opodal pagody umieszczono liczne kolorowe smoki oraz ludzkie i boskie postacie. Poza tym świątynia jest zwyczajna: „ulatujące" dachy kryte pomarańczową dachówką, portyk z dwiema kamiennymi (a może betonowymi) rzeźbionymi kolumnami, potrójny portal z kolorowymi rzeźbionymi panelami na ścianach. Wchodzę do środka, Renata ogląda widoki z zewnątrz. Przed ołtarzem z trzema figurami stoi wielka kadzielnica z wbitymi w piasek tlącymi się kadzidełkami. Postacie są przystrojone pomarańczowymi, tekstylnymi szarfami. Mężczyzna w średnim wieku przeszedł na środek świątyni z zapalonymi kadzidełkami, kłania się, modli, znów kłania i pozostawia swe kadzidełka przed ołtarzem. Znów się kłania i opuszcza salę.

Cały czas słyszę monotonne pobrzękiwanie. Dopiero po chwili lokalizuję źródło dźwięku. Przy biurku naprzeciw bocznego ołtarza siedzi starsza kobieta z rozłożoną księgą przed sobą czyta na głos wersy. Pałeczką trzymaną w lewej ręce wybija szybki rytm uderzając w drewniany gong zwany muyu (także mokugyo); drewnianym kołkiem trzymanym zaś w prawej dłoni uderza raz na jakiś czas w dużą śpiewającą misą. Muzyka, jeśli można tak określić te dźwięki, jest, jak napisałem, monotonna i nadaje się, co najwyżej, do mantrowania lub usypiania dzieci. Wycofujemy się.

– Powinniśmy jeszcze podejść na dworze do autobusowy i sprawdzić połączenia z Tajpej – przypominam.

Przy głównej ulicy obok sklepu 7-Eleven znajduje się coś na kształt dworca autobusowego. Dwie nastolatki służą nam za tłumacza. Dowiadujemy się, że kantor z biletami będzie otwarty jutro o 9:45, a autobus do Tajpej odjedzie o 10:00.

Wracamy do centrum miasteczka. Zaświeciły się neony, podświetlone są nazwy sklepów i hoteli. Bary i restauracje wypełnione są klientami. Lubię ten klimat. Kończy się długi, nieco męczący dzień. Muszę jeszcze zadbać o siebie, kupuję dwulitrową colę.

_________________________________

*/ Było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Tajwanie od 25 lat. Liczba ofiar śmiertelnych wyniosła zaledwie 18, głównie z powodu słabego zaludnienia regionu objętego kataklizmem. Nie bez znaczenia były również nowoczesne technologie stosowane na tych sejsmicznych obszarach.
**/ ...aż do 2026 roku. Przejazd Pendolino do Warszawy był początkiem naszej podróży do Kostaryki i Panamy.
***/ Jedno najsilniejszych trzęsień ziemi na Tajwanie z 21 września 1999 roku (stąd używana czasem nazwa „921”) o magnitudzie 7.7 miało epicentrum parę kilometrów na południowy zachód od jeziora, obok miasta Jiji (Chi-Chi) i przyniosło śmierć 2415 osób. 100 tysięcy osób straciło dach nad głową. Kataklizm był wyjątkowy, większość wstrząsów obejmuje wschodnie część kraju, która znajduje się na granicy euroazjatyckiej i filipińskiej płyty tektonicznej.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej