Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Na płatnej plaży | Fotografuję rybki | Organizujemy transport do Kuty | Gigantyczny pomnik Garudy | Spacer po mieście | Singapurski dorm
Cieszę się, że wyjechaliśmy na półwysep Nusa Dua. Tych kilka ostatnich dni plażowych należało się nam, zwłaszcza Renacie. Zapewne, gdybym pojechał sam, zmodyfikowałbym program trampingu, z drugiej jednak strony, każdy z tych "luźnych" dni przyniósł mi jakieś ciekawe doświadczenia czy wspomnienia. A to przecież się liczy.
– Może pójdziemy na śniadanie do tej restauracji przy hotelu? – proponuje Renata.
– Dobrze. A potem na plażę. Wymeldować się musimy do godziny 12:00.
W hotelowej knajpce zupełnie pusto. Zamawiamy jakieś "śniadaniowe" dania, które okazują się niewielkim nadziewanym placuszkiem i jajecznicą z grzankami.
– Może i smaczne, ale nie warte tych 60 000 rupii – stwierdzamy na koniec.
Czas na plażę Padang Padang. Kupujemy bilety wstępu (po chwili stwierdzę, że były one już wcześniej komuś sprzedane). By dostać się na plażę, trzeba zejść wykutymi w skalnej szczelinie schodami. Miejsce przypomina wczorajszą Uluwatu Beach. Tutejsza plaża jest bardziej cywilizowana, pełno jest budek z jedzeniem, napojami, jest wypożyczalnia sprzętu i stoiska z pamiątkami. Po obu stronach piaszczystej plaży piętrzą się skały i olbrzymie bloki skalne. Większość niej zastawiona jest leżakami i parasolami. Poranna bryza wpycha fale do zatoki, woda jest ciepła i czysta.
– Idę sprawdzić, czy są tu jakieś rafy – mówię, przygotowując sprzęt do snurkowania.
– Ale najpierw posmaruj mi plecy – Renata podaje mi krem.
Jest już całkiem ładnie opalona, podobnie jak ja. Chociaż raczej unikałem słońca.
Życie podwodne nie jest tu zbyt bogate, kamienie rozrzucone na piaszczystym dnie pokryte są skąpą roślinnością.
Dostrzegam kilka rybek i płynę za nimi. Są wśród nich 15-centymetrowe rybki z żółto-czarnymi pionowymi paskami, inne mają ciało bardziej wydłużone z drobnymi czarno-białymi cętkami, z białym pyskiem i biało-czarnymi pionowymi paskami na płetwie ogonowej. Później trafiam na nieco większy, bo 20-centymetrowy gatunek białych ryb z czarnym zygzakiem wzdłuż ciała oraz żółtym grzbietem. Widzę również buszujących wśród szarozielonych glonów przedstawicieli kolejnego gatunku z mniej spektakularnym szarym "umaszczeniem". Podobają mi się duże "płaskie" ryby z czarnym ogonem oraz płetwą grzbietową w poziome biało-czarne paski. Przy kolejnym zanurzeniu spotykam przedstawicieli szaro-żółtego gatunku z dużymi oczami i "uśmiechniętą" niebieską paszczą. Poruszają się powoli i wyglądają bardzo zabawnie. Na koniec dostrzegam szarą rybę z czarną plamą na podbrzuszu i dużą półprzezroczystą płetwą grzbietową.
W sumie naliczyłem siedem gatunków, z czego się bardzo cieszę. Renata też wygląda na zadowoloną, na przemian opala się i brodzi w wodzie przy brzegu.
Koło 11:00 na plaży zbiera się już tłum. To głównie białasy i turyści z Azji Południowo-Wschodniej. Europejki w skąpych strojach kąpielowych koncentrują się na opalaniu. Nie wchodzą do wody, ewentualnie chodzą tam i z powrotem po brzegu, prezentując swe pełne kształty.
– Będziemy się chyba zbierać. Trzeba jeszcze wziąć prysznic – Renata zaczyna zbierać swe rzeczy.
O 11:30 jesteśmy gotowi do dalszej drogi.
– Sprawdźmy w Grabie oferty przejazdu do Kuty – proszę Renatę.
– Dziś jest drożej, na lotnisko 170 000 rupii.
– No, bez przesady! A gdyby podjechać najpierw do tego posąg Wisznu i Garudy, który mignął nam wczoraj po drodze? – zastanawiam się. – A potem dalej łapać okazję do Kuty?
Grab do Kencana Park kosztuje 70 000, ale widzę, że Renata nie jest zadowolona z tego pomysłu. Obawia się, że potem zaproponuję długie chodzenie z plecakami dla zaoszczędzenia pieniędzy.
– Chodźmy na główną drogę, zaraz ktoś się napatoczy i nam coś zaproponuje – zarzucam plecak i wstaję.
Faktycznie. Po kilku minutach zgłaszają się chętni na zarobek motocykliści. Jakoś ciężko im zrozumieć, że jest nas dwójka, a ponadto Renata nie kwapi się do jazdy z plecakiem. Po 10 minutach zatrzymuje się samochód, a kierowca pyta:
– Transport?
– Tak – kiwamy głową.
– Dokąd chcecie jechać?
– Pod pomnik Garudy.
– 100 tysięcy.
– 70, okej?
Jedziemy. Ruch jest nie mniejszy niż wczoraj, więc posuwamy się powoli.
– Jedziesz do Kuty? – pytam, gdy zbliżymy się do Garuda Wisnu Kencana Cultural Park.
– Tak – potwierdza kierowca.
– To my chcemy jechać do Kuty. Ale chcielibyśmy się po drodze zatrzymać i zrobić zdjęcie pomnikowi.
– W porządku – kierowca przytakuje.
Zjeżdżamy z głównej drogi i poruszając się po wiejskich uliczkach podjeżdżamy na niewielki parking w lasku.
– Idźcie tą ścieżką – mówi kierowca.
Rzeczywiście, po około 200-300 metrach ukazuje się przed nami olbrzymi posąg przedstawiający Wisznu dosiadającego Garudę.
Jeśli kogoś zapytać, czy zna jakieś wielkie monumenty przedstawiające bogów, ludzi lub zwierzęta, zapewne wymieni Statuę Wolności i pomnik Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro. A jeśli jest prawdziwym Polakiem-katolikiem, to dorzuci pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Bez wątpienia, gdy stanie się u ich podnóża, pomniki te robią wrażenie. Gdyby jednak zapytać o ich rozmiary, to, jak sądzę, przecenilibyśmy wysokość. Statua Wolności liczy sobie "zaledwie" 46 metrów (z podstawą 93 m), pomnik w Rio "zaledwie" 30 metrów (z podstawą 38 m). A nasz polski – "zaledwie" 36 metrów. Fakt, to wysokość 10-, 15-piętrowych wieżowców. Ale monument, który mamy przed sobą liczy sobie 66 metrów, a z podstawą aż 122 metry! To tak, jakby ustawić 2 Chrystusów jeden nad drugim.
Gdyby jednak ktoś sądził, że indonezyjski monument pobił wszystkie rekordy, to grubo się pomyli. Wyższych pomników jest kilkanaście. A prawdziwym rekordzistą jest Statua Jedności wzniesiona w 2018 w roku w Indiach. I tu ciekawostka: monument ten przedstawia indyjskiego bohatera narodowego, o którym nie słyszało 99% Polaków. Chodzi o Vallabhbhaia Patela. Kim był? Ano wicepremierem. Tak, "tylko" vice. Ale zasłużył się w okresie walk o niepodległość. Tak więc najwyższym pomnikiem na świecie upamiętniono nie Mahatmę Gandhiego, nie Indirę Gandhi ani Jawaharlala Nehru, lecz „zwykłego" wicepremiera. Wśród największych monumentów prym wiodą pomniki przestawiające Buddę i Kannona, czyli Awalokiteśwarę.
Robimy serię zdjęć i wracamy do samochodu.
– Dobrze, że kierowca znał to miejsce – cieszę się.
– No i obyło się bez płacenia za wstęp na teren parku...
Gdybyśmy jednak zapłacili po 120 000 IDR za wstęp, moglibyśmy spędzić tam cały dzień, oglądając nie tylko posąg, ale i inne atrakcje: występy zespołu folklorystycznego oraz inne duże posągi przedstawiające Wisznu i Garudę.. Zdecydowaliśmy się jednak na inne rozwiązanie, nie będę go żałować, zwłaszcza że w ten sposób upiekliśmy dwie pieczenie przy jednym ogniu: przejazd do Kuty i przystanek przy Garudzie. Pół godziny później jesteśmy w Kucie. Wjeżdżamy do starej części miasta, dodaję kierowcy ekstra 50 000 IDR i żegnamy się.
Jest 15:00, mamy 4 godziny do odlotu samolotu. Kolejny raz na plażę nie chce nam się iść, ograniczamy się do zakupów w większym markecie. Robimy zapas słodyczy na lot Scootem (przecież tam nie karmią!), kupujemy także owoce, które z pewnością będą droższe w Singapurze. Renata ma okazję skosztować po raz pierwszy w życiu salakę (Salacca zalacca, Voss), zwaną też wężowym owocem. Potem odszukujemy tanią knajpkę i zjadamy obiad. Renata wybiera ryż z warzywami i makaronem, a ja idę w jej ślady.
– Bardzo dobre to było, prawda? – upewniam się.
– Zdecydowanie, pojadłam sobie.
Przystajemy na moment przy stacji benzynowej, by zrobić jej zdjęcie. Bo rzeczywiście warto ją uwiecznić na fotografii. To właściwie dystrybutor z dwoma szklanymi, 10-litrowymi zbiornikami, pod którymi znajdują się ręczne pompy z korbą do przetłaczania paliwa do baku.
– Bardzo praktyczne rozwiązanie, gdy nie ma prądu – mówię i dodaję: Dystrybutor na korbę widziałem kiedyś w Mongolii. Wtedy rzeczywiście byłem bardzo zaskoczony.
Czujemy dużą ulgę, przekraczając próg znajomego lotniska. Będziemy mogli się w końcu nieco schłodzić. Przechodzimy kontrolę paszportową i bezpieczeństwa i wtedy okazuje się, że nasz lot jest opóźniony. Opóźnionych lotów jest zresztą więcej – w sumie może 20. Jesteśmy wściekli, bo parę minut wcześniej, przed kontrolą bezpieczeństwa tej informacji na tablicy nie było. A tak – musieliśmy się pozbyć wody, a dodatkowo po tej stronie lotnisko przypomina port lotniczy podczas strajku kontrolerów: wszystkie stoliki w knajpach są pozajmowane, wszystkie ławki są okupowane przez oczekujących na opóźnione loty pasażerów.
Zajmujemy miejsca na podłodze w jakimś korytarzyku, jest tu jednak duszno, tak jakby i klimatyzacji zabrakło. Później udaje mi się zaklepać dwa wolne miejsca z widokiem na pas startowy. Czekamy.
– Popatrz! Przecież stąd widać ten pomnik, pod którym byliśmy dzisiaj – Renata wskazuje ręką.
Faktycznie, w odległości 7 kilometrów widoczna jest sylwetka Garudy.
– Fajnie to wymyślili! – mówię, ustawiając maksymalny zoom w aparacie.
W końcu odlatujemy. Lot do Singapuru na pokładzie Jetstar trwa niecałe trzy godziny. Obywa się bez formalności wjazdowych, pod tym względem Singapur jest przyjazny dla turystów. Jest już po 22:00, gdy opuszczamy lotnisko Changi.
– Najprościej będzie dojechać do centrum metrem – stwierdzam.
Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Automaty obsługują tylko miejscowe karty płatnicze lub przyjmują gotówkę, której nie mamy. Na szczęście jest obok bankomat, wypłacam 50 dolarów singapurskich (prowizja 5 dolarów!). Podchodzimy do pana w budce przy bramkach, który sprzedaje nam dwie karty wieloprzejazdowe po 10 SGD, w tym 5 dolarów na przejazdy.
– Musicie się przesiąść na trzeciej stacji – tłumaczy sympatyczny mężczyzna.
Zgodnie z instrukcją przesiadamy się na Tenah Merah i zieloną linią podjeżdżamy do centrum. Ze stacji Bugis do naszego hostelu jest zaledwie 300 metrów. Hostel jest z gatunku samoobsługowych, przynajmniej o tej porze. Obsługa check-in jest przy pomocy tabletu.
Nasz ośmioosobowy pokój jest niewielki. Do ostatniego momentu łudziłem się, że to nie będzie zwykły dorm, skoro w opisie na Bookingu.com hotel był opisany jako kapsułowy. Po ciemku ładujemy się na podwójne górne łóżko. Potem dłuższą chwilę odczekuję, by zwolnił się prysznic. Jesteśmy zbyt zmęczeni, aby zjeść kolację.