Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Tu się da zjeść! | Ach, ta kasa! | Jak było?
To będzie długi powrót do domu. Samolot startuje z niemal godzinnym opóźnieniem na liczącą ponad 9000 km trasę do Aten. Miejsca mamy w środkowych rzędach, tak chciała Renata, by wygodnie jej było wstawać. Na widokach za oknem nam nie zależy – lecimy przecież nocą. W Atenach znów musimy opuścić samolot na godzinę. Część pasażerów się zmienia, my wracamy na swoje miejsca. Jeszcze mamy 15-minutowy przestój przed pasem startowym, czekamy na jakieś zgody czy dopełnienie innych procedur. Przed nami ponad dwie godziny lotu do Berlina, a potem jeszcze lot do Krakowa Ryanairem. Nieraz w życiu zdarzało mi się lecieć z kilkoma przesiadkami, więc generalnie nie narzekam na takie sytuacje. Lot do Nowej Zelandii trwał chyba 40 godzin, a lot do Cancun wraz z kilkoma postojami – 4 dni. Ale z punktu widzenia Renaty ta podróż jest męcząca. Narzeka na zmianę czasu. Najgorsze jest to, że lot do Krakowa mamy dziś dopiero wieczorem. Nie za bardzo jest sens jechać na kilka godzin do centrum Berlina.
– Przesiedzimy na lotnisku, jakoś to będzie – pocieszamy się.
Ale zaczynamy od zakupów w lotniskowym sklepie Rewe.
– No, widać, że Europa, tyle tu rzeczy do kupienia – zachwyca się Renata.
Mnie też robi się przyjemnie na widok kabanosów i dużego wyboru pieczywa. Mimo że sklep jest niewielki, produktów różnego rodzaju jest mnóstwo. Nie to, co w Indonezji, Malezji czy w Singapurze. Czasem nie doceniamy tego, jak dobrze jest w Europie...
– Tam był tylko jeden rodzaj żółtego sera – wspomina Renata. – Chleba nie było! Masła nie było!
– Hm, masła były dwa rodzaje: importowane z Nowej Zelandii i jakieś inne – przypominam sobie.
– Ale w ogóle tam niczego nie było – upiera się Renata.
Analizę dalekowschodniego rynku spożywczego zostawiamy na później, póki co bierzemy gotowe sałatki, bułki, ja dodatkowo colę – muszę przecież jakoś ten dzień przeżyć. Z przyjemnością zjadamy to skromne śniadanie przed budynkiem Terminalu 1. Jeszcze kawa, która – jak zauważam – od czasów mojego wyjazdu z Małgosią do Ameryki Południowej podrożała dwukrotnie. Pozostaje poszukać teraz jakiegoś spokojnego miejsca, aby przeczekać czas do odlotu.
Dzień wypełniają nam rozmowy i spacery przed budynkiem. Przelatujący od czasu do czasu deszcz nad Brandenburgią wygania nas do terminalu.
– Zauważyłaś, że większość osób na lotnisku to młodzi ludzie?
– Tak, właśnie chciałam to powiedzieć – odpowiada Renata.
– To mnie trochę dziwi, bo wydawało się, że młodzi ludzie mają mniej pieniędzy i podróżują w inny sposób.
– Teraz młodzi są bardziej światowi, mają inne nastawienie, a starsze osoby raczej nie są chętne do latania.
– Może to prawda – przytakuję.
Czeka nas jeszcze lot do Krakowa, mam nadzieję, że nie będzie opóźniony tak, jak wczorajszy (tj. o dwie godziny).
Jaki był ten tramping, trzeba zapytać na koniec, bo przecież czas już na podsumowanie wyjazdu. Powiem szczerze, że odczucia mam ambiwalentne. Z jednej strony bardzo się cieszę, że w ogóle wyjechałem na prawdziwy tramping z Renatą. Z drugiej strony mam duże uczucie niedosytu, gdyż trzy z czterech krajów teraz odwiedzonych poznałem już wcześniej. Tajwan, czwarty z tej listy, był dla mnie nowością. Nowością była także Flores, wyspa, którą kiedyś odpuściłem.
Martwi mnie stosunkowo wysoki koszt trampingu, same bilety lotnicze kosztowały prawie 4000 zł. Było ich, co prawda, w sumie aż 12, ale doskonale wiem, że nie były one kupowane w optymalnych, to jest najniższych, cenach. Niestety wyjazd był przygotowany nieco na łapu-capu i, mając więcej czasu, być może można było zoptymalizować trasy i loty. Z drugiej strony całkowity koszt zamknie się w kwocie nieco ponad 6000 zł, co, jak na podróż po czterech krajach, nie jest kwotą zatrważającą. Zwłaszcza jeśli uwzględni się, że zaliczyliśmy stosunkowo drogi trip na Komodo.
Chociaż wiele z odwiedzonych tym razem miast i regionów już wcześniej widziałem, to, ze względu na to, iż mieliśmy nieco więcej czasu na zwiedzanie, udało mi się zobaczyć znacznie więcej niż poprzednim razem. I tak w Kuala Lumpur zobaczyłem Muzeum Sztuki Islamskiej i park przy Petronas Towers, które jakoś opuściłem w 2015 roku. W Singapurze odwiedziłem dzielnicę malajską i dzielnicę chińską, a na lotnisku oglądałem sztuczny wodospad. Na Bali byłem na kilku plażach, odwiedziłem również interesujące miejsca w północnej części wyspy. Te ostatnie stwierdzenia podsuwają mi myśl, że jednak warto czasem wrócić do znanych miejsc, by zobaczyć jeszcze coś nowego.
Nowością oczywiście był Tajwan, państwo nie będące, co prawda, członkiem ONZ, niemniej jednak traktowany jako niepodległe państwo przez większość ludzi. Początkowo obawialiśmy się deszczowej pogody na Tajwanie, rzeczywistość okazała się znacznie przyjemniejsza. Do miłych akcentów na Tajwanie należało wylosowanie nagrody w postaci 10,000 dolarów tajwańskich. Przeznaczyliśmy je na dwa dni w wypasionym hotelu. Niestety z drugiej strony zaliczyłem wpadkę w Kuala Lumpur, gdzie interwencja telefoniczna na Booking.com słono mnie kosztowała. Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze podwójna płatność za hotel*/.
Myślę, że w moich słowach nie można wyczytać wielkich zachwytów, jednakże powody próbowałem wyjaśnić.
Noclegi, z których korzystaliśmy, miały, średnio rzecz biorąc, znacznie wyższy standard niż ten, do którego jestem przyzwyczajony. Cóż! Renata przywykła do luksusów i różne odstępstwa od jej przyzwyczajeń są dla niej problemem. Jednakże w mojej ocenie – poza rzeczywiście trudnymi warunkami w singapurskim dormie (i to w stosunkowo drogim hostelu) – z noclegów powinniśmy być zadowoleni.
Jeśli chodzi o jedzenie, nie było problemów ze zjedzeniem czegoś smacznego "na mieście". Kwestią, do której już powinienem się był przyzwyczaić, jest skromne zaopatrzenie tamtejszych sklepów spożywczych. Ciężko tam wejść do sklepu i kupić chleb, masło i kawałek sera czy kiełbasy – tak jak to robimy w Polsce.
Jak wspomniałem, plan naszego trampingu obejmował 12 lotów. A to oznacza, że był skomplikowany logistycznie. Prawie co drugi dzień mieliśmy szansę spóźnić się na samolot lub samolot mógł mieć opóźnienie. Lecieliśmy pięcioma różnymi liniami: Ryanair, Scoot, Air Asia, Air Asia Indonesia i Jetstar, a każdy z przewoźników miał inne limity bagażu i zasady check-inów. Przemierzyliśmy ponad 33 000 km, to jeden z moich rekordowych trampingów pod tym względem.
Chociaż świat się "cywilizuje", to wciąż przekraczanie granic wiąże się z biurokracją: w Indonezji pojawiły się wizy dla Polaków, a wjazd do Singapuru, Malezji oraz Indonezji i Tajwanu wymaga wysłania elektronicznych kart przyjazdu. To oczywiście zawracanie głowy, bo, co kogo obchodzi, w jakim hotelu ktoś się zatrzyma – a to właściwie jedyne dodatkowe informacje w stosunku do tych, które są zbierane podczas kontroli paszportowej przy wjeździe i wyjeździe z danego kraju. No, ale takie relikty przeszłości wciąż się zdarzają. Dobrze, że odbywa się to przez internet i nie trzeba jak dawniej pilnować tych wszystkich postsowieckich registracji i tamożnych.
Dużym zaskoczeniem i to boleśnie przeze mnie odczuwalnym była słaba sieć połączeń autobusowych w Indonezji. Alternatywą są tutaj odpowiedniki Ubera, to jest Grab i Gojek, dwie sieci oferujące przyjazdy, głównie motocyklami. Przejazdy samochodami są stosunkowo drogie. Ceny z Graba stanowiły dla nas punkt odniesienia przy umawianiu się z kierowcami na przejazd.
__________________________
*/ Posądzenie hotelu o ściągnięcie (prócz zapłaty w gotówce) należności za nocleg okazało się moją pomyłką: była to przypadkowa zbieżność wartości kwot w euro za noclegi w różnych hotelach.