Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Ubud – Kintamani (Jez. Batur)

sobota, 22 VI 2021


Przyjedzie czy nie? | Zycie na wsi | Spacer po okolicy |


Codzienne pakowanie, kawa, śniadanie. Najbardziej nurtuje nas pytanie, czy wczorajszy kierowca będzie słowny. Przyjedzie po nas o 9:00 czy nie? Przeliczam orientacyjnie koszt paliwa, które musi zużyć na drodze dwa razy 40 kilometrów i wychodzi na to, że nie zarobi na nas nie zrobi na nas interesu życia. Ja w każdym razie bym się nie zgodził na taką cenę. Dziwnym trafem pod hotel o 9:00 zajeżdżają dwa samochody i kierowcy namawiają nas na swe usługi.

– Już mamy transport nad jezioro – odpowiadamy.

– Gdyby wasze auto nie przyjechało, mogę was zawieźć.

– Za ile?

– 350 000.

– Sorry, nie. My jedziemy za dużo mniej. 250 tysięcy.

– 300 tysięcy.

– Nie, dziękujemy.

Po kwadransie oczekiwania kierowca obniża stawkę do 250 tysięcy. Już prawie wsiadamy do jego samochodu, gdy przed hotelem zatrzymuje się "nasz" kierowca. Rozkładam przepraszająco ręce i żegnam się z chętnym na zawiezienie nas do Kintamani.

Witamy się z umówionym wczoraj kierowcą, ładujemy się do dużego samochodu. Zasadniczo jedziemy na północ, będziemy przyjeżdżać przez Pula Tirta Empul. Dobrze zorientowany w lokalnych warunkach kierowca wybiera boczne drogi. Do jeziora jest 40 kilometrów, w polskich warunkach droga przez beskidzkie wioski zajęłaby niecałą godzinę. Tu pojedziemy prawie dwie godziny. Przed Kintamani czeka nas nieprzyjemny moment.

– Tickets! – mówi kierowca i wciska hamulec.

– For what?!

Na drodze ustawiona jest rogatka, na której pobierana jest opłata 50000 IDR od osoby, niby za wstęp do Parku Narodowego Kintamani.

– Nic nie poradzę – mówi kierowca, a my przytakujemy głową.

W miasteczku kierowca mruczy pod nosem, gdy mówimy, że nasz hotel jest nad jeziorem. Musi zjechać w dół zatłoczoną drogą. No chyba nie spodziewał się, że będziemy drałowali na nocleg po 8 kilometrów. Miejscowość, a raczej wioska, w której spędzimy dwa dni, jest niewielka, bez wyraźnego centrum. Gospodarstwo rozsiane są wśród pól na dużym obszarze. Nasz guesthouse znajduje się sto metrów od jeziora, ma recepcję i knajpę. Bungalowy stoją obok.

Jest dopiero 11:00, zostawiamy bagaże i idziemy na spacer. Muszę powiedzieć, że chociaż na pierwszy rzut oka wieś sprawia nieciekawe wrażenie, to spacer wśród zagonów cebuli i kapusty daje pojęcie, jak wygląda życie na indonezyjskiej wsi.

– Biednie tu! – stwierdzamy zgodnie.

– Nie ma w Polsce już takich wsi – zauważa Renata.

– Nie ma aż tak zaniedbanych. Może są biedne, ale nie aż tak zaniedbane.

Obok budynków mieszkalnych ustawiono wiaty. Tu, na kilku poziomach, leży zebrana cebula.

– Popatrz, to chyba papryczki – Renata wskazuje pole porośnięte niewysokimi krzaczkami.

Na innych poletkach rosną pomidory, fasola i podobne do cukinii warzywa. Życie koncentruje się na zewnątrz. Widać mieszkańców wykonujących pracę domowe. Kobiety skrobią warzywa na obiad, mężczyźni grzebią przy motocyklu. Kilka razy mijają nas dziewczyny na skuterze. Może uczą się jeździć, a może nie mają nic innego do roboty. Widzę, jak dwóch chłopaków pochyla się nad wielką czarną płachtą latawca. Dziś wietrzny dzień, dobry na puszczanie latawców. Kilka bambusowych patyków i folia z worków na śmieci wystarczą do zbudowania latawca.

– Ciężki to żywot mają ludzie! Wszystkie prace wykonują ręcznie – zauważa Renata.

– Traktorem nie wjadą na tak małe pole.

Widzę wieśniaczkę polewającą podeschniętą cebulę wodą z węża ogrodowego. Ale obok – uprawa cebuli jest już nawadniana przez system zraszaczy.

Zawracamy pod guesthouse.

– Czy to przypadkiem... – zaczynam, widząc zbliżającą się kobietę w średnim wieku.

– Hello, znów się spotykamy! – odzywa się znajoma Australijka, a jej twarz promienieje.

Witamy się. Jaki ten świat mały! Ale tak to jest, że zwiedzając świat podążamy zazwyczaj utartymi szlakami, odwiedzając różne "must see". Czasem te spotkania są wprost niewiarygodne, pamiętam spotkanie w mongolskim stepie z Kasią z Warszawy, a także z Jackiem w Mogao Ku podczas trampingu po Chinach. Po Chinach – podkreślę – liczących 1.300.000.000 mieszkańców. Niesamowite!

Australijka, z którą rozmawialiśmy wcześniej w Ubud, jest zaaferowana.

– Słuchajcie! Tam po drugiej stronie jeziora jest cmentarz, gdzie zwłoki tradycyjnie pozostawione są na ziemi. Ja tam płynę łódką. Jeśli się przyłączycie, obniżymy cenę za przejazd – proponuje.

Brzmi to zachęcająco, czego nie można powiedzieć o cenie za łódkę. Australijka umówiła się na 800 000 rupii za dwie osoby, to kosmiczna kwota. Sądzę, że lokalesi zwietrzyli okazję łatwego zarobku. Nie jesteśmy w stanie podjąć natychmiast decyzji. Wolałbym też sam wynegocjować cenę z przewoźnikiem.

– Sorry, musimy poczytać więcej na temat tego cmentarza – oświadczam.

– Rozumiem. Jeśli się zdecydujecie, powiedzcie.

Na razie meldujemy się w hotelu. Pokój jest duży, w miarę czysty, ale łazienka nie sprawia już tak dobrego wrażenia.

– Zobaczmy najpierw ten basen z gorącą wodą – proponuję.

Darmowy dostęp do naturalnego gorącego źródła był jednym z powodów, dla którego wybraliśmy ten hotel. Nieraz podczas trampingów miałem do czynienia z takimi atrakcjami. Miło wspominam onsen w hotelu w Yamaguci w Japonii. Ale też cenię sobie dość przypadkowe okazje z termami, gorącymi strumieniami, rzekami (Nowa Zelandia), jeziorami (Dominika) i wodospadami (Jawa).

Tutejszy basen nie jest duży, ale atrakcyjnie położony nad brzegiem jeziora. Woda jest ciepła, a przy tym nikogo tu nie ma.

– Przyjdziemy tu później – proponuje Renata – Chodźmy teraz na spacer i coś zjeść.

Jeśli wyobrażałem sobie, że zejdziemy nad jezioro na piaszczystą lub choćby kamienistą plażą, to myliłem się bardzo. Dostęp do jeziora przy hotelu i w najbliższej okolicy jest utrudniony. Brzeg jest podmokły, porośnięty krzakami i trzciną. Ruszamy główną drogą prowadzącą przez wioskę a dalej skręcamy w polną drogę. Wokół, pomiędzy gospodarstwami zielenią się zagony z cebulą, pomidorami i kapustą. Żyzna powulkaniczna gleba i wilgotny klimat sprzyjają intensywnej wegetacji roślin. W wielu miejscach stoją zadaszone magazyny, w których na półkach suszy się cebula.

Ta część Kintamani nie ma turystycznego charakteru, dominują tu typowo wiejskie widoczki. Z podwórek dobiegają krzyki bawiących się dzieci, słychać stukot maszyn. Ktoś naprawia jakieś urządzenie, ktoś łuska fasolę, ktoś inny, pochylony, systematycznie grządka za grządką okopuje zagon z krzakami pomidorów.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej