Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Idziemy w góry | Balijczycy się modlą | Świątynia na wulkanie | Pagoda na wodzie | Obiad z widokiem | Kąpiel w świetle księżyca
Poranek jest bardzo miły, chociaż niebo jest zachmurzone. Nad jeziorem unosi się mgła.
– Robimy kawę lub herbatę? – tradycyjnie pytam.
– Może najpierw zobaczymy, co dostaniemy na śniadanie.
– Masz rację.
Panienka w knajpce wygląda tak, jakby była nieco zdziwiona naszą obecnością.
– Zamawialiście wczoraj śniadanie?
– Nie. Po prostu mamy śniadanie wliczone w cenę.
Indonezyjka sprawdza kwitki w podręcznym archiwum. Po dłuższej chwili, kiedy jest już pewna, że nie naciągniemy jej, podaję menu. Wybór jest oczywiście niewielki i ograniczony.
– Możecie wziąć albo sok albo kawę, albo herbatę. Jedno tylko – podkreśla.
– Aha!
Śniadanie zjadamy na tarasie z widokiem na jezioro i otaczające je góry. Wieje lekki wiatr, jest przyjemnie.
– Dzisiaj chyba nie będzie pogody na opalanie się.
– Dobrze, że wykorzystaliśmy wczoraj popołudnie.
– Przejdziemy się więc dziś do tej świątyni na wodzie?
– Też. Ale najpierw pójdziemy w stronę tych świątyń w lesie.
Droga początkowo prowadzi przez wioskę. Widoki są znajome: poletka z cebulą, kapustą i pomidorami. Jest też trochę pensjonatów i hosteli.
– Tak się zastanawiam, czy lepiej tu było nocować, czy nad jeziorem.
– Lepiej nad jeziorem.
W pewnym momencie dogania nas lokalny guide z dwiema europejskimi dwudziestolatkami. Prowadzi ich być może na szczyt Batur.
– No, mają tempo – mówię z uznaniem – Ciekawe, jak długo je wytrzymają.
– Młode są…
– Widziałem nieraz w górach takich młodych, którzy po wyjściu na górę opadali z sił.
Na obrzeżu wsi rośnie gigantyczne drzewo. Jego pozrastane pnie rozgałęziają się wysoko w górze. Miejsce otoczone jest niewysokim murem. Wewnątrz stół do składania darów i kilka kamiennych kapliczek. Jest coś uroczego w tych świętych miejscach, czy to w Polsce, czy tutaj. Kilkaset metrów dalej dochodzimy do dużej świątyni sąsiadującej z innymi hinduistycznymi budowlami.
– To jest ekstra świątynia, nie mieliśmy je w planach – dodaję na wszelki wypadek.
Przekraczamy bramę wejściową i trafiamy na dość duży zaniedbany plac. I gdy wydaje się, że nic ciekawego nas tu nie spotka, do naszych uszu dobiega monotonny rytm głosu kapłana (manku). Zaciekawieni dochodzimy do muru po przeciwnej stronie. Na schodach siedzi 6 osób, a spotkaniu przewodniczy mnich, który, wykonując rytmiczne ruchy ciałem, recytuje jakiś mantry. Obok siedzi ale sprawdzić na filmie drugi mężczyzna, dużo starszy, i przysłuchuje się tej modlitwie. Wycofujemy się po chwili i zaglądamy jeszcze na kolejne "dziedzińce". Tu na stołach do składania darów dziesiątki pudełeczek z kwiatami, resztkami ryżu i owoców, a także puste misy. Zagłębiamy się teraz w las i dość stromą ścieżką stopniowo przesuwamy się w głąb. Droga najwyraźniej jest uczęszczana, gdyż zawieszono wzdłuż niej lampy na prowizorycznym przewodzie.
Po kilku minutach dochodzimy do skrytej w zielonym gąszczu bramy. Mam skojarzenia z ruinami rodem z Angkor Wat. Pokonuję kilka wysokich stopni i wchodzę na dziedziniec. Niestety miejsce jest totalnie zdewastowane, brak śladów ostatniej aktywności wiernych. Stopniowo wznosimy coraz wyżej. W lesie wszechobecne są kilkumetrowe krzewy i drzewa przypominające drobnolistne akacje. To czerwona kaliandra (Calliandra calothyrsus), inwazyjny gatunek z Ameryki. Należy również do rodziny bobowatych (Fabaceae), ale charakteryzuje się przepięknymi czerwonymi kwiatami przypominającymi niewielkie miotełki. Kaliandry innych gatunków (i w innych kolorach) spotykałem już wielokrotnie w Ameryce Południowej i Azji Środkowej.
– Jak ci się tu podoba? ¬– pytam.
– Cały czas porównuję polski las z tym, co tu widzę...
– Kiepska ta dżungla, prawda? Nie takiej się spodziewałaś.
No, ale jesteśmy dosyć wysoko ponad 1000 m nad poziomem morza. Poza tym, tu na Bali zbyt dużo ludzi mieszka, niewiele zostało z pierwotnego lasu.
Ścieżka skręca to w prawo, to w lewo. Wznosimy się, to znów opadamy. W końcu las staje się rzadszy, wychodzimy na bardziej otwarte przestrzenie. Pojawiają się pierwsze bloki lawy, która kiedyś spłynęła z wulkanu górującego ponad nami. Jego szczyt nie jest zbyt dobrze widoczny z tej perspektywy. Kilometr dalej dochodzimy do sklepiku z punktem widokowym. Stąd asfaltem do świątyni Pasar Agung pozostało kilkaset metrów.
Od razu powiem, że warto było się tu wspiąć. Świątynia, a raczej kompleks świątynny – chociaż na oko widać, że dość współczesny i podobny do innych – jest przepięknie usytuowany u podnóża wulkanu. Czekamy, aż grupa rowerzystów-wyczynowców odjedzie i zaczynamy penetrować świątynię. Tradycyjna brama prowadząca do środka wewnątrz schody prowadzące w górę ponoć tylko dla wiernych o podnóża schodów 4 kolorowe pomniki bogów. Na wyższym poziomie znajduje się kolejny dziedziniec i główna świątynia, do której prowadzi kilkadziesiąt stopni. Jesteśmy tu sami, nikt nas nie pogania ani nie przegania.
– Bardzo się cieszę, że tu dotarliśmy.
– Ja też. Podoba mi się to. Masz ochotę coś zjeść albo odpocząć?
– Tak. Znajdźmy jakieś miejsce.
Siadamy na stołeczkach przy kamiennym stole. Renata zjada przygotowane wcześniej pokrojone mango, ja wcinam pomidory. Przed nami wspaniała panorama jeziora z polem lawowym po prawej.
– Ta lawa nie jest zbyt stara, nic jeszcze na niej nie wyrosło – zauważam – Może za 100 lat pojawią się pierwsze rośliny.
Moja pierwsze pole lawowe widziałem w Mongolii. Poszedłem wtedy na wulkan Khorgo przez pole lawowe na skróty. To było ciekawe doświadczenie.
Schodzimy teraz asfaltem w stronę jeziora. Jadąc tu, nad jezioro Batur, wypatrzyliśmy na mapie wielopoziomową pagodą wzniesioną na wodzie. To miał być obowiązkowy punkt pobytu nad tym jeziorem. Gdy wchodzimy do kolejnej wioski zauważamy rogatką, przy której siedzi grupa ubranych po ludowemu mężczyzn. Już z daleka krzyczą do nas, żeby złożyć datek do szklanej urny.
– Bez przesady! Nic nie będę dawać – oświadcza Renata.
No, moja krew – myślę sobie.
– We paid already! – mówię do wieśniaków, nie będąc pewny, czy zrozumieją to.
Ignorujemy dalsze zachęty i pomrukiwania mężczyzn i mijamy rogatkę.
– W północnym Wietnamie wchodziłem do tych płatnych wiosek bocznymi dróżkami – wspominam.
– Przebrali się i myślą, że będą dawać im pieniądze – Renata wciąż jest zniesmaczona.
– No, właśnie! Gdyby jeszcze w tych strojach ludowych chodzili po swojej wiosce na co dzień, to jeszcze bym zrozumiał. Ale oni robią tu tylko pokazówkę i zbierają pieniądze.
W wiosce dominuje uprawa papryczek, pomidorów i kapusty. Trzeba przyznać, że wielkie kapuściane głowy wyglądają zabawnie pomiędzy drzewami. Tu znów zaczynają się guesthouse’y, ale urządzone bardziej "ekologicznie”: bambusowe chatki wśród naturalnego otoczenia.
– No, nie wiem, czy chciałabym tu nocować – mówi Renata.
Na pewno nie chcielibyśmy mieszkać w slumsach, które otaczają jezioro w tym miejscu. Byle jakie jednopokojowe domki z pustaków. Ludzie pichcą na ogniska jedzenie. Bida aż piszczy.
– Ale śmieci nie można wybaczyć – mówię, wskazując wszędzie walające się plastikowe opakowania, butelki i kartony – Zamiast tak siedzieć, mogliby sobie posprzątać.
– Albo chociaż dzieciaki wysłać do zbierania tych śmieci
– Myślę, że oni już tego śmietnika nie zauważają wokół siebie.
– Wystarczyłoby nie rzucać tych śmieci gdziekolwiek.
– Na szczęście w Polsce coraz rzadziej się tak zdarza – zauważam.
– Od czasu, kiedy wszyscy muszą mieć podpisane umowy na wywóz śmieci, nie opłaca się już wyrzucać do lasu.
– Właśnie. Dodatkowo musieliby zapłacić za benzynę.
Dochodzimy do głównej drogi. Przed nami mało ciekawa świątynia. Wygląda jak nieudana inwestycja. Wstępnie przyjmujemy, że to Pura Jati Batur. Naszym celem jest jednak „świątynia na wodzie”, do której Renata sugeruje, by dostać się do na skróty, przechodząc przez dziurę w płocie. Po chwili dochodzimy do szerokiej alei z kolorowymi kamiennymi postaciami bogów. Jakaś kobieta woła coś do nas, ale ją ignorujemy. Idziemy dalej, dochodząc do prawdziwej świątyni ... Jest bardzo malownicza, pełno tu kwiatów wypielęgnowanych drzew. Kompleks świątynny ma typowy układ z dziedzicami na różnych poziomach i rozdzielającymi je bramami. Poza nami znów nikogo nie ma, żadnych wycieczek, żadnych turystów. Przechodzimy teraz na brzeg jeziora, skąd bez problemu można oglądać Pura Jati Segara, „świątynię na wodzie”. Prezentuje się bardzo fotogenicznie, szkoda tylko, że pochmurne niebo uniemożliwia zrobienie lepszych zdjęć. Pagoda ma 8 poziomów oddzielonych na czymś tam po obu stronach pogody świątyni na wodzie ustawiono po kilka pomników kobiecych postaci. Wchodzi się tam na sąsiedni pomost prowadzącym na pomoc prowadzący do świątyni można wyjść tylko w sarongu. To nas nie interesuje, ponieważ z boku jest lepszy widok. A na teren samej świątyni i tak wejść nie można. Jesteśmy absolutnie usatysfakcjonowani tymi widokami.
Wracamy stopem. Pierwszy samochód, którego gestem dajemy znać zatrzymuje się.
– Transport? – pyta kierowca.
– Do najbliższej wioski, 3 kilometry.
– Okay.
– Ile kosztuje?
– To od was zależy.
– Okay.
Wsiadamy i szybko ruszamy. Kierowca wypytuje nas, czy jesteśmy zadowoleni z wycieczki, jak długo tu będziemy. Typowe gadki na krótkim stopie. Daję mu 20000 IDR i upewniam się, że jest zadowolony.
Zanim pójdziemy na obiad, zjadam jeszcze chińską zupkę. Muszę powiedzieć, że tutejsze zupki bardzo mi smakują ze względu na wiele dodatków, które znajdują się które serwowane wraz z makaronem. I chociaż Renata uważać je za truciznę, z przyjemnością się nimi żywię. W znajomej knajpce zamawiamy to samo, co wczoraj: ryż z warzywami i jajkiem sadzonym.
– O, dziś nie ma ogórków – zauważa skrupulatna Renata.
No, fakt. Widocznie się skończyły. Jest za to interesująca scenka: indonezyjskie dziewczę wychodzi z zabudowań gospodarstwa, niesie przed sobą sari canang – niewielką tackę z darami dla bogów. Staje przed kapliczką, zapala kadzidełko wetknięte w pandanową tackę i zaczyna się modlić. To jej codzienny rytuał. Zapewne od dzieciństwa przyglądała się, jak starsi przygotowują canang. Później uczyła się samodzielnego wyplatania z liści pandanu tacki i przygotowywania darów. Teraz klęka, kładąc tackę przed kapliczką, składa dłonie i modli się, przykładając kilka razy dłonie do czoła. Modlitwę powtarza później z drugiej strony kapliczki, zostawia canang i wraca do domu.
Chociaż pogoda nie jest idealna Renata decyduje się na plażowanie przy naszym basenie termalnym. Dopijam kawę załatwiam sprawy związane z Bookingiem i dołączam do niej.
– Jednak nie ma warunków do opalania – stwierdzam.
– Nawet się nie smarowałam. Szkoda kremu.
– To może pójdziemy się wykąpać?
– Nie, nie!
Renata pod tym względem jest bardzo uparta.
– Ale wieczorem pójdziemy? – nagabuję.
– Tak, zobaczymy.
– No, nie zobaczymy tylko pójdziemy, tak?
– Tak.
Popołudnie spędzamy w pokoju. Trochę śpimy, trochę się relaksujemy. Nie mamy ochoty na spacer. Kupuję w sklepie saszetkę proszku i robimy przepierkę. Najwyższy czas, bo zaczęło brakować rzeczy na zmianę. Wieczorem, gdy księżyc już wygląda zza chmur, idę na termy.
Nie jestem wielkim fanem term, w Polsce byłem tylko dwa razy – w Szaflarach. Ale możliwość zanurzenia się ciepłej wodzie, gdy temperatura otoczenia oscyluje koło zera stopni jest dla mnie nie lada atrakcją. Zwłaszcza gdy ciepłe źródła nie są skomercjalizowane. Zdarzyło mi się kilka razy przepuścić okazję wykąpania się takim miejscu i potem tego żałowałem. Do najfajniejszych wspomnień należy dla mnie kąpiel w gorącym strumieniu koło Taupo w Nowej Zelandii oraz w gorącym strumieniu koło Wrzącego Jeziora na Dominice. Największą zaletą tych miejsc było to, że były to absolutnie odludzia bez żywej duszy w promieniu kilometrów. Dziś też będzie taka okazja – mam cały basen dla siebie. Zanurzam się w gorącej wodzie. Nad niebieską taflą unosi się delikatna mgiełka. Ładnie komponuje się z powoli przesuwającymi się obłokami na tle granatowego nieba. Księżyc podświetla chmury, później wyłania się zza nich zalewając srebrzystym światłem spokojne wody jeziora Batur. Przepływam basen parę razy wte i wewte, potem staję przy brzegu i wsłuchuję się w odgłosy nocy. Poprzez monotonny szum strumienia nieustannie zasilającego basen przenika wysoki dźwięk cykad. Jest bosko. Szkoda tylko, że nie ma tu Renaty. Później dołącza dwóch Indonezyjczyków z Sumatry. Rozmawiamy chwilę.
To był udany dzień.