Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]
Kamienny klasztor w Geghard | | | | |
Rano podjeżdżam autobusem do Geghard. Po drodze krajobrazy coraz bardziej górzyste, porastające skaliste zbocza lasy liściaste przybrały już jesienne barwy. Wysiadam z autobusu i wraz z kilkoma turystami kieruję się do głównej atrakcji regionu, czyli monastyru Gerhard. Na końcu doliny znajduje się kompleks kamiennych budowli z daleka widocznymi stożkowatymi kopułami kościołów. Miejsce typowo turystyczne z tablicami informacyjnymi. To, co od razu zwraca uwagę, to liczne krzyże ormiańskie pokrywające ściany na zewnątrz i wewnątrz pomieszczeń. Krzyże mają bardzo urozmaiconą stylistykę, właściwie każdy jest inny. Zdarzają się również bardzo stare symbole zoroastriańskie ze słoneczkiem.
Portal wejściowy zwraca uwagę licznymi ozdobnymi motywami roślinnymi nad bramą i po bokach. Wchodzę do wnętrza tonącej w półmroku świątyni. W smugach światła wpadającego przez drzwi i małe okienka w suficie widoczne jest duże pomieszczenie z masywnymi, niskimi kolumnami. Mają prostą bazę, równie nieskomplikowaną głowice. Pokryte są napisami ormiańskimi. Na ścianach dostrzegam liczne krzyże wykute w skale. Sklepienie ze świetlikiem w kopule przypomina irańskie stalaktytowe iwany i kopuły. Wewnątrz zasadniczo jest pusto, brak wyposażenia poza kilkoma stojakami ze świeczkami. Znajdują się tu również niewielkie nisze, w których zapewne znajdowały się kiedyś figury świętych. W głąb prowadzą drewniane drzwi i tu dopiero znajduje się coś ciekawszego. Przede mną nawa kościółka z ołtarzem. A na nim – Matka Boska z Dzieciątkiem w otoczeniu patriarchów i świętych. Kilka mniejszych obrazów po bokach, jest i stara księga, być może Pismo Święte zapisane ormiańskimi znaczkami. Łuki łączące sześcioboczne kolumny pokryte są płaskorzeźbami przedstawiającymi, zdaje się lwy, a w każdym razie jakieś drapieżniki oraz orła, który porwał baranka. Jestem pod wrażeniem, mrok, surowe, ciemne ściany nasuwają skojarzenie z kryptą służacą do tajemnych praktyk. Wychodzę na zewnątrz.
Tu, z boku, znajduje się wykute kolejne pomieszczenie, a właściwie szereg pomieszczeń z prowadzącymi do nich schodkami, a sama zewnętrzna ściana pokryta jest licznymi krzyżami. Te ostatnie są, po prostu, przepiękne. Wewnątrz pomieszczeń niewiele ciekawego do oglądania.
Kręcę się przez chwilą po najbliższym otoczeniu, widzę, że parę krzaczków ozdobionych jest tasiemkami zawiązanymi na gałązkach przez wiernych albo turystów. Tak naprawdę, to nie do końca rozumiem celu czy znaczenia tego zwyczaju*/. Kolejny portal ozdobiony jest rzeźbionymi kiściami winogron i granatów, są tu również stylizowane orły. Obok znajduje się kamień z greckim napisem. Tablica informacyjna wyjaśnia, że jest to kamień fundacyjny, został użyty do datowania świątyni hellenistycznej i pałacu z I w. n.e.
______________________________
*/ Od lat 80.–90. XX wieku praktyka „wishing tree” zaczęła być reaktywowaną tradycją – w dużej mierze pod wpływem turystyki kulturowej i etnograficznej – miejscowości zaczęły „odtwarzać” zwyczaje lokalne w atrakcyjnej formie. Także sztuka współczesna – zwłaszcza projekt Yoko Ono „Wish Tree”, w ramach którego ludzie piszą życzenia i zawieszają je na drzewach w muzeach lub galeriach sztuki na całym świecie przyczyniła się do powstawania tych "szmacianych drzew", które nie mają już nic wspólnego z ludowymi wierzeniami i gminną tradycją. Podobne obwieszone tasiemkami drzewka widziałem później w Pafos (Cypr) i pod Burgas (Bułgaria). Tradycja ta jest również obecna w Wietnami i Japonii, ale – mam wrażenie – tam ten zwyczaj jest bardziej prawdziwy i naturalny.