Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Goris – Zorats Karer – Norawank – Erywań

poniedziałek, 3 X 2011


Do pracy, rodacy! | Ormiański Światowid?! | Zorats Karer – jak tu pięknie! | Klasztor w Norawank | Obżeram się winogronami


Budzę się przed brzaskiem. Ciemno i zimno, ale muszę wyjść. Rozgwieżdżone niebo zawsze nastraja mnie nostalgicznie, ale i optymistycznie. Biorę ciepły prysznic i zjadam resztki jedzenia. O 8:00 góry są już oświetlone na różowy kolor. Idę przez wieś szukając dobrego miejsca do zrobienia zdjęć. Mieszkańcy wypędzili bydło na ulicę, krowy w oczekiwaniu na pastuchów skubią rzadką trawę. W końcu pastuchowie – zwykle starsi mężczyźni – ruszają kawalkadą ku monasterowi i dalej na łąki po drugiej stronie rzeki. Wrócą do wioski wieczorem. Co robią inni mieszkańcy przez cały dzień? Hm. Kilka osób przesiaduje w przydomowych sklepikach. Reszta – nie wiem. Stoję teraz na skrzyżowaniu w oczekiwaniu na autobus. Na razie pojechał po mieszkańców z sąsiedniej osady. Widzę go, jak niewiarygodnie powoli przesuwa się po stromej drodze.

Po dwudziestu minutach jest z powrotem. Z trudem wciskam się do starszego ode mnie autobusu. Zjeżdżamy ostrożnie na dno doliny. Autobus jest wypełniony mieszkańcami z kilku wiosek, początkowo więc muszę stać, z trudem łapiąc równowagę przy tych wszystkich szarpnięciach na wyboistej drodze. Niewiele widzę przez okno, przyglądam się więc pasażerom: kilka dziewczyn i chłopaków jadących do szkoły lub biur w Goris, sporo starszych osób lub wręcz staruszków – a wszyscy ubrani na czarno. Smutne. Gdyby nie ich ożywione rozmowy, pomyślałbym, że jadą na stypę. Przekraczamy Bazarcay przy Diabelskim Moście i wspinamy się na krawędź doliny tam, gdzie znajduje się początkowa stacja kolejki. Stąd odchodzi nowa droga w kierunku Erywania, my jedziemy dalej do Goris. Zdaje się, że nakładam drogi, ale chcę zobaczyć to miasto, no i liczę na szybki transport stamtąd do stolicy. O ile można się sprzeczać, czy w tym mieście jest coś ciekawego do obejrzenia, to bez wątpienia należy przyznać, że Goris jest malowniczo położone w dolinie Wararak. Po jego wschodniej stronie znajduje się pasmo szpiczastych skał z wykutymi w wiekach średnich pieczarami mieszkalnymi. Taka mała Kapadocja 😉.

Po blisko dwóch godzinach jazdy (choć to tylko 50 km) zjeżdżamy do doliny Vararak, w której przycupnęło to 20-tysięczne miasto. Odnajduję – nie bez trudu – miejsce, skąd odchodzą marszrutki do Erywania, cóż z tego, kiedy transport będzie dopiero o 14:00! Na razie idę do gratisowego muzeum Lore położonego sto metrów dalej, tuz przy rynku. Zerkam na kilka eksponatów, to typowe zbiory archeologiczne i etnograficzne. Zwraca uwagę kamienna głowa z II tysiąclecia p.n.e. ozdobiona z pięcioma twarzami. Jak stwierdza Lonely Planet, przedstawiają postacie bóstw związanych z planetami, z księżycem i słońcem – niby taki Światowid. Na głównym placu – nowy pomnik Grzegorza z Tatewu. W końcu się doczekał!
No, dobrze. Było trochę kultury, teraz trochę sportu: szybkim krokiem maszeruję na obrzeże Goris – będę łapał okazję. Kierowca szkolnego autobusu podrzuca mnie na skrzyżowanie z "autostradą". Droga na prawo prowadzi wprost do Górskiego Karabachu, pardon, Azerbejdżanu 😉. Próbuję negocjować z żołnierzami na miejscowym posterunku wjazd do Stepanakertu. Jak przewidywałem, nie da się. Nie tym razem.

Przez 20 minut bezskutecznie macham na samochody. Widzę dużo tirów jadących z Iranu, ale z kierowcy okazują zdumiewające obojętność. Samochodów osobowych też jedzie sporo, lecz to głównie ruch lokalny. Zatrzymuje się 50-latek wracający z Górskiego Karabachu, gdzie był u syna.
– On soldat. – mówi i dodaje z dumą – Oficer!
Po drodze dużo rozmawiamy. Mężczyzna częstuje mnie winogronami, których wiezie całą skrzynkę na tylnym siedzeniu.
– Winograd toże od syna – podaje mi kiść – poprobuj, wkusnyj.
Żeby wszyscy kierowcy na świecie byli tacy sympatyczni!

Moim celem jest Zorats Karer koło Sisjan. Tam, wśród łąk, znajduje się neolityczne stanowisko archeologiczne liczące 6000 lat. Mężczyzna skręca w drogę do miasta i pozostawia mnie tuż przy tajemniczych kręgach ormiańskiego Stonehenge. Po lewej stronie drogi widoczna jest grupa głazów ustawionych w regularny okręg. Pokryte są „prehistorycznymi” rysunkami przedstawiającymi sceny z polowań i astrologicznymi znakami. Niestety, to tylko współczesna rekonstrukcja. Prawdziwe resztki znajdują się kilkaset metrów na prawo od drogi. Kamienie pochodzą z epoki środkowego brązu i epoki żelaza i ustawione są na obszarze o powierzchni 7 hektarów. Ustawione są w łukach stanowiących być może część dawnych okręgów. Inne – wytyczają linie proste. Jest ich w sumie 223, niektóre mierzą po trzy metry wysokości, większość nie sięga mi pasa. Nie jest to więc obiekt na miarę Stonehenge, ale – skoro tam nie byłem – to może przez chwilę pozachwycam się tym miejscu. Zwłaszcza że jest tak przepięknie położone. Bo oto znajduję się pośrodku wielkiej równiny z tajemniczymi głazami, wokół rozciągają się niebosiężne góry: na od północy równinę zamykają Góry Karabchskie, na południowym wschodzie widać Góry Barguszat, od zachodu i południa wznoszą się ośnieżone Góry Zangezurskie z najwyższym szczytem Kaputdżuch (3905 m n.p.m.), od zachodu zaś pasmo Dərələyəz z kulminacją w Gogi, która sięga 3120 m n.p.m. Za tymi ostatnimi – już granica – jak powiedział kierowca od winogron: tam zaczyna się Nachiczewan. Faktycznie, jeśli spojrzeć na mapę Armenii, to właśnie w okolicach Sisjan jest wyjątkowo wąski: między Górskim Karabachem a Nachiczewanem w linii prostej jest tylko 26 kilometrów i takim właśnie przesmyku się znalazłem. Do tych fantastycznych górskich krajobrazów koniecznie trzeba dodać góralski obraz pasterzy na koniach i stado owiec pilnowanych przez psy. O, jakże lubię takie miejsca! Chodzę z aparatem i pstrykam fotki. Niektórzy ze skał mają wywiercone otwory służące do obserwacji astronomicznych. Można sobie wyobrazić sceny sprzed kilkudziesięciu wieków, kiedy z nieodległej osady przybywali tu plemienni wodzowie i słuchali swych astrologów, co gwiazdy i planety powiedzą... Niestety rzeczywistość jest bardziej trywialna. Wykopaliska archeologiczne nie potwierdzają funkcji astronomicznej tego miejsca. Wszystko wskazuje na to, że była to nekropolia. Tu odkryto szereg (szabrowanych obecnie) grobów, zaś głazy stanowią resztki muru miejskiego... Część astroarcheologów poszła na ustępstwa i zgadza się na podwójną rolę tego miejsca: dla pochówku miejscowych notabli i dla astronomicznych praktyk. To ostatnie podejście mi się podoba! ;-)
Rozmawiam chwilę ze sprzedawcą prowadzącym sklepik z pamiątkami na tym odludziu. Pokazuje drogę przez pola do odległego o kilka kilometrów wodospadu Szaki.
– Można pieszkom idti.
Hm... pomyślę.
– No, ja ne obnadeżiwaju tam chodit'. Wody tam niet, elektrostacja robotjet i wsiu wodu zachwatywajet.
– Tak łutsze mne gorod posieszczat'? – pytam wskazując ręką na Szeki. Mężczyzna uśmiecha się lekceważąco. Zdaje się, że nie ma dobrego dobrej opinii o walorach turystycznych swej miejscowości.
– Poslednaja marszrutka w Erywan w 2 czasa. – ostrzega.
– Tak ja nie uspieju, pojdu na awto-stop – mówię – skażi mnie, dołżen ja płatit dengi woditielowi?
– Znajesz, liudi raznyje. Odin choczet, odin nie choczet…
No, wiem. Ja zwykle sięgam po pieniądze, lecz zazwyczaj kierowcy nie chcą ich. Jak się dziś okaże, nie zawsze. Idę na przełaj w kierunku wioski, tu znajduje się kilka sklepików i licha stacja benzynowa. Ruch na "autostradzie" umiarkowany: kilkadziesiąt pojazdów na godzinę. Stoję i macham – bezskutecznie. Czasem przejedzie pusty samochód osobowy, wtedy psioczą na kierowcę. Zgłodniałem. Dzielę się bułką z wychudzonym psem wyjadającym resztki ze śmietnika, a potem wracam do machania. Po kolejnych 30 minutach zatrzymuje się BMW. W środku trzech mężczyzn 20-, 30-letnich, jadą do Erywania. Kierowca chce 4000 dramów za przejazd lub 2000 za jazdę do Areni. Próbuję coś wynegocjować, ale jest nieustępliwy. No dobrze, nie będę przecież stał na tym pustkowiu do wieczora, zwłaszcza że to przecież nie koniec zwiedzania na dzisiaj! Chcą przecież po drodze zobaczyć jeszcze Noravank – klasztor położony w górach kilkanaście km za Agarakadzorem. Jedziemy dość szybko, bez zbędnych rozmów. Chłopak, obok którego siedzę, mówi, że on też tyle płacił. Wygląda na to, że to jest składkowy przejazd. Wysiadłem na krzyżówce do Norawank i zostawiam plecak w budce, gdzie pobierają opłaty za wjazd samochodem lub autobusem. Droga do monastyru jest malownicza i prowadzi skalistym wąwozem o pionowych ścianach. Muszę przyznać, że jest on absolutnie fantastyczny – bardzo wąski i wysoki, zwłaszcza w początkowym odcinku.

Jest już 17:00, gdy ruszam, mam do przejścia sześć kilometrów, a może nieco więcej sądząc po słupkach kilometrowych. Martwię się, że nie zdążę przed zamknięciem klasztoru. Ruch na drodze znikomy, raz na pięć minut przyjedzie samochód. Po dwóch kilometrach szybkiego marszu trafia się busik z turystami niemieckojęzycznymi. Grupa z Wiednia prowadzona przez siwego księdza. Cieszę się z podwózki, bo nad nami zebrały się ciężkie chmury i ani chybi a za chwilę będzie padać. Zajeżdżamy pod widoczny z daleka monaster. Znów jestem zauroczony malowniczym położeniem: położone wysoko na zboczu budynki otoczone są potężnym murem czerwono-zielonych skał.

[tu opis ]

Koniec zwiedzania, czas na powrót do domu. Zakładam kurtkę, bo właśnie zaczęło kropić i zbiegam ku dolinie Arpy. Od czasu do czasu mijają mnie samochody (najczęściej całkowicie załadowane), ale i tak macham – na wszelki wypadek. Po 30 minutach czeka mnie niespodzianka. Dostrzegam przy drodze krzew winnej latorośli. Skąd się tu wziął? Raczej w okolicy nie było osady ani upraw. Wszystko jedno. Wyjmuje worek foliowy i przystępuję do winobrania 😉. O, tego mi trzeba było! Czym byłaby Armenia bez swych winnic!? Tak bardzo chciałem najeść się winogron i teraz trafia mi się taka okazja... Po kilku minutach reklamówka jest pełna dojrzałych owoców. Mój żołądek też pełny a na krzaku jeszcze sporo zostało. Wyciągam więc drugą reklamówkę i wypełniam winogronami po brzegi. Cóż za łakomczuch ze mnie!
Dość. Macham na zbliżający się samochód i podjeżdżam do budki, gdzie zostawiłem plecak.*/ Dalszą drogę do Erywania odbywam w towarzystwie „moich” austriackich pielgrzymów. Dwie godziny jazdy upływają szybko, rozmawiam ze starym wiedeńczykiem – zdaje się, jest emerytowany inżynierem-energetykiem. Też sporo zwiedza, a teraz zachęca mnie do przyłączenia się do wyprawy do Etiopii. Częstuję winogronami, wyjaśniając, skąd się wzięły. Jakoś nie ma ochoty, może z powodu podejrzeń o złamanie VI przykazania. Dziwak! Podrzucają mnie wprost pod hotel. Danke!
Tym razem okazuje się, że w "mój" pokój jest zajęty, będę spał w sali wieloosobowej. Robię jeszcze szybkie zakupy (w tym bułki z parówką przełkniętą później na zimno) i wreszcie przygotowuję sobie kawę. O, jak dobrze!!
– Etot winograd dla wsiech. – mówię do recepcjonisty, wykładając na tacy umyte owoce – Ja uże nie mogu ich kuszat’!
Jak się okaże, będę nocować w sali sam, trudno! Po cichutku muszę się przyznać, że cieszę się, iż moja podróż na Zakaukazie dobiega końca. Tęsknię za polskim chlebem, polską kiełbasą i polskimi zupami.
____________________________
*/ Po powrocie do domu zorientowałem się, że przy wylocie doliny, tam, gdzie potok ujściu Gniszik uchodzi do Arpy znajduje się sławna jaskinia Areni-1 używana przez pierwotnych ludzi już w chalkolicie aż do młodszego brązu. To tu w 2007 roku odkryto winiarnię sprzed 6100 lat, starszą o tysiąc lat od podobnych miejsc w Palestynie, tu rok później znaleziono najstarszy, bo liczący 5500 lat, skórzany but (w numerze 37), a w roku mojego wyjazdu – spódnicę utkaną ze źdźbeł trawy. Chociaż liczy 5900 lat, to może taka moda wróciłaby do łask? Mój przewodnik nic nie mówił o jaskini, zapewne wówczas nie była udostępniona do zwiedzania. Mam więc czyste sumienie. ;-)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej