Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Sacré-Cœur po raz wtóry | Francuskie triumfy | To był udany tramping!
Dziś definitywnie kończymy wyjazd. Rano idziemy na Montmartre. Chcę Joli pokazać sławną bazylikę Sacré-Cœur (Basilique du Sacré-Cœur de Montmartre). Jest fantastycznie usytuowana na wzgórzu a przez to widoczna z daleka. Bez pośpiechu wspinamy się długimi schodami, patrząc to na leżące u naszych stóp miasto, to na wznoszącą się ponad nami potężną bryłę budynku. Paul Abadie, francuski architekt i konserwator zabytków, zaprojektował kościół w modnym wówczas stylu historyzmu, wykorzystał elementy architektury romańskiej i bizantyjskiej. Centralna, 79-metrowej wysokości kopuła otoczona jest czterema mniejszymi, a za absydą wznosi się licząca 83 metry smukła wieża. To, co zwraca naszą uwagę wewnątrz, to utrzymana w niebieskiej tonacji mozaika Maiestas Domini (Chrystus na majestacie) pokrywająca półkopułę absydy. Trwa akurat przerwa między niedzielnymi mszami, w kościele zgromadziło się wielu modlących się lub zwiedzających. Na stojakach i przed bocznymi ołtarzami płona setki świec w czerwonych szklanych osłonach, nadając niezwykły blask i zapach. Oglądamy złoconą wnękę z chrzcielnicą, podziwiamy pokryte mozaikami kopuły, przyglądamy się licznym posągom pochowanych tu osób. Odezwał się właśnie Savoyarde – wielki dzwon w północnej wieży, zwołuje wiernych na kolejną mszę. Wychodzimy.
Ta świątynia kiedyś sprawiła na mnie duże wrażenie. Dziś, po wielu latach podróżowania, zwiedzam ją z zainteresowaniem, ale bez jakiegoś wielkiego podekscytowania. A jednak wydaje mi się, że warto tu podjechać żeby podejść, by stanąć na schodach przed kościołem i popatrzeć na rozpościerający się u naszych stóp Paryż. Idziemy teraz pod Moulin Rouge, sławny music-hall. Jestem tutaj właściwie pierwszy raz, co mnie bardzo cieszy. Ponad budynkiem, nieco z tyłu, stoi pomalowany na czerwono wiatrak z nieruchomymi łopatami.
– Chciałabyś tu pewnie zobaczyć kankana? – pytam.
– A ty tancerki z piórami i w toplesie?
A pewnie! Ale teraz czas na Łuk Triumfalny (Arc de triomphe de l’Étoile).
Niewiele zapamiętałem z pierwszego pobytu w tym miejscu. Chociaż łuk jest nieustannie widoczny w mediach i każdy kojarzy jego sylwetkę, to dopiero stając u jego stóp czuje się ogrom i majestat budowli. Wybudowany w stylu empire w 1836 roku łuk mierzy niemal 50 metrów, to przecież wysokość kilkunastopiętrowego wieżowca! Oglądamy umieszczone na czterech kolumnach płaskorzeźby przedstawiające sceny z najważniejszymi wydarzeniami w czasach I Republiki i I Cesarstwa: Wymarsz ochotników z 1792 roku, który zaowocował utworzeniem republiki; Triumf z 1810 roku z Napoleonem ukoronowanym przez Nike, upamiętniający traktat z Schönbrunn; Obronę z 1814 roku przedstawiający wydarzenia podczas wojny szóstej koalicji; Pokój z 1815 roku – upamiętniający traktat paryski po abdykacji Napoleona. Rzucamy jeszcze okiem na scenę przedstawiającą Bitwę pod Austerlitz – jeden z sześciu reliefów upamiętniających wielkie bitwy w tamtym okresie.
– W widzisz tamten budynek? – pytam Jolę później, wskazując „dziurawą” budowlę widoczną w oddali.
– Co tam jest?
– Le Grande Arche, Wielki Łuk w dzielnicy La Défense.
Pod tym symbolem dzielnicy a może i nowoczesnego Paryża byłem w 1992 roku. Zachwycałem się pomysłem zaprojektowania i zbudowania obiektu, którego konstrukcja przeczy dotychczasowym zasadom budowy łuków.
– No i co? – pytam Jolę – Siądziemy sobie gdzieś? Zasłużyliśmy chyba na kawę w końcu?
Siadamy w kawiarni przy Polach Elizejskich. To miła chwila, chociaż siedzimy przy ruchliwej arterii miasta.
Dochodzi 13:00, czas się zbierać. Teraz czeka nas ostatni już przejazd na lotnisko Paryż-Beauvoix. Jeszcze odprawa i o 17:10 odlatujemy Ryanairem do Krakowa. Nareszcie w domu!
Bardzo się cieszę, że tramping się udał, to był mój pierwszy wyjazd gdzieś dalej z Jolą. Wcześniej byliśmy tylko w Brnie. Cieszę się, że odwiedziłem kolejny kraj. A jeszcze bardziej, że udało się mi połączyć kontynentalną część Portugalii z Azorami. Do Portugalii być może jeszcze kiedyś wrócę, chętnie do Faro, gdyż południe, a zwłaszcza Algarve jest w powszechnej opinii uznawane za bardzo malownicze i atrakcyjne.
Bardzo się również cieszę, że mogłem zrobić coś dla Joli, czyli zabrać ją do Paryża. Trudno czasem połączyć potrzeby różnych osób, które mają odmienną „historię podróżowania" albo, po prostu, lubią różne formy wypoczynku lub zwiedzania. Wiadomo: jeden lubi plażę, drugi góry, jeden miasta, drugi parki narodowe, jeden muzea, drugi knajpy. Jednemu wystarczą dormy, drugiemu potrzebny jest hotel kilkugwiazdkowy. Naprawdę ciężko czasem pogodzić to wszystko. Nasz wyjazd był w miarę „cywilizowany": poza jednym noclegiem w dormie mieliśmy pokoje dwuosobowe, podróżowaliśmy pociągiem i autobusami, a sporadycznie, na Azorach, stopem.
Pod względem finansowym ten dziewięciodniowy wyjazd nie był tragicznie drogi. Myślę, że 1700 złotych za osobę było akceptowalną kwotą.
Najprzyjemniejsze wspomnienia mam z Porto – pełnego uroku miasta z fantastycznymi z kościołami o przepięknej architekturze i labiryntem uliczek, w których warto się zgubić. Zachwyciła mnie również subtropikalna przyroda Azorów. Miło wspominam kąpiel w ciepłych źródłach, wizytę w lizbońskim oceanarium i nocny wyjazd na wieżę Eiffla. I oczywiście cieszę się, że spędziłem ten czas z Jolą.