Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Los Silos – San José de Los Llanos

sobota, 16 X 2021


Taraz z widokiem | Od miasteczka do miasteczka | Oj, ciężko! |


Siedzę teraz na tarasie hostelu Albergue San Jose de Los Llanos i popijam herbatę. Przede mną w odległości paru kilometrów wznosi się masyw Teide. Niebo jest bezchmurne, sylwetka góry zajmuje znaczną część widnokręgu. Wulkan jest przepiękny i przypomina kolorami andyjskie wulkany. Zbocza ma asymetryczne, północne są wyjątkowo strome, zaś na południu przechodzą w łagodny garb zakończony szczytem Pico Viejo i zapewne tą trasą łatwiej wejść na szczyt. Ale i tak góra budzi respekt swym ogromem i niedostępnością. Krater wznosi się jeszcze bardziej stromo, co wprowadza atrakcyjny, może wręcz zabawny, element w wyglądzie góry. Na pierwszym planie widzę niekończące się lasy sosnowe. A nieco dalej – mały brązowo-czarny niewysoki krater pasożytniczy.

Czuję w nogach dzisiejszą wędrówkę. Uśmiecham się do obrazów z dzisiejszego dnia.


Nawet mocno pospałem nad ranem. Budzę się koło 7:30, wokół szarówka. Słońce na Teneryfie wstaje dziś o 8:06, ale tutaj, na północnym wybrzeżu, wciąż panują ciemności. Zbocza gór wokół Buenavista del Norte spowite są mrokiem nocy, dopiero po chwili jeden z odległych wierzchołków zostaje oświetlony porannym światłem. W miasteczku zaczyna się ruch: ktoś uruchamia samochód na podwórku, ktoś przejeżdża motocyklem, w słyszę w oddali samochód dostawczy. Doprowadzam się do porządku i ruszam. Dziś chcę dotrzeć do San José de Los Llanos, tam mam zarezerwowany nocleg. To około 16 kilometrów, połowa trasy biegnie przez góry i myślę, że w ciągu paru godzin ją przejdę.

Na razie wędruję wzdłuż głównej drogi, czyli TF42. Na szczęście teren jest zurbanizowany i wzdłuż drogi położone są chodniki. Po północnej stronie drogi wznoszą się kilkuset metrowe zbocza Pico del Cuervo. Skały są tu czarne, wulkaniczne. Erupcja nie mogła być dawno, oczywiście w skali geologicznej. Może kilkaset lat temu, może kilka tysięcy. Gleba nie zdążyła się jeszcze wykształcić, więc zbocza są praktycznie pozbawione roślinności. Pomiędzy bazaltowymi skałami utworzyło się niewielkie okienko, szczelina, przez którą prześwituje słońce. Zsuwająca się ze zbocza świeża lawa nasunęła się na starsze pokłady. Gdy oglądam się za siebie, widzę niewysoką, ale bardzo symetryczną górę przypominającą niewielki wulkan. Tak jest w istocie, w starym kraterze niewidocznym z poziomu drogi znajduje się obecnie zbiornik wody pitnej (Embalse Montaña de Taco).

Za supermercado Unide skręcam z głównej drogi w boczną del Esperagal, tu panuje mniejszy ruch. Godzinę później jestem w miasteczku Los Silos. To niewielka miejscowość położona kilometr od wybrzeża. Centralnym punktem jest niewielki plac (Plaza de la Cruz) z zabawnym pawilonikiem pośrodku i kawiarnią okupowaną w tej chwili przez starszych mężczyzn. Ech, jakże spokojne i przyjemne jest życie hiszpańskiego emeryta! Przyglądam się kamienicom przylegającym do placu, mają drewniane, zadaszone balkoniki, podobają mi się. Obok znajduje się Iglesia de Noestra Senora de la Luz, neogotycki kościół z interesującą fasadą zaprojektowaną przez Mariano Estanga Arias-Giron, miejscowego architekta z początku XX wieku. Powyżej portalu znajduje się galeria arkadowa, która przydaje nieco mauretańskiego stylu. Obok znajdują się zabudowania konwentu z dużym dziedzicem i drewnianymi podcieniami. No cóż, powiedzmy sobie szczerze: miasteczko jak miasteczko, szału nie ma.

Pół kilometra dalej opuszczam wybrzeże i skręcam w prawo w góry. Są tu dwa szlaki PR TF53 i TF54, oba prowadzą do Erjos – wioski położonej w sercu gór.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej