Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Los Realejos – Puerto de la Cruz

niedziela, 17 X 2021


Czy można znudzić się widokiem? | Autostopowania ciąg dalszy | |


7:30 godzina, czas wstawać. Wczoraj wieczorem nie miałem już siły się umyć. Idę do pod prysznic. Na szczęście jest ciepła woda i o tej porze. Słońce już wzeszło podświetla od tyłu Teide. Jego zachodnie zbocza wciąż pogrążone są w mroku, widzę więc tylko sylwetkę wulkanu. Jakie to musi być przyjemne dla mieszkańców, że zasypiają z widokiem na Teide i budzą się z widokiem na Teide. Życie w cieniu góry… Widok ten wcale nie musi się znudzić, o każdej porze dnia czy roku góra wygląda różnie. Nie dziwię się Cezanne’owi, że siedząc w Bellevue namalował tyle obrazów w różny sposób przedstawiających górę Sainte-Victoire, którą codziennie widywał za oknem. Ech, chciałbym obudzić się kiedyś i za oknem ujrzeć Kilimandżaro… może w przyszłym roku? Gdy odwracam głowy bardziej na północ, widzę, że oceanu… nie widać! Oceanu, który przecież był tu wczoraj. Nad Atlantykiem zalegają nisko chmury, może na wysokości może 300-400 metrów chmury. Jak okiem sięgnąć, przestrzeń pokryta jest białą, pofałdowaną pierzyną.

– ¡Buenos dias! – witam się z gospodynią na korytarzu.

– ¡Buenos dias! – na twarzy dziewczyny wykwita promienny uśmiech. – Przygotowuję śniadanie. Będzie gotowe o 8:00.

Posiłek jest rozłożony na talerzykach w niewielkiej jadalni. Świeże bułeczki, dżemik, kilka plasterków sera, batoniki. Do tego jabłko i soczek w kartonie. I dwie mufinki! Nikogo tu jeszcze nie ma, jako pierwszy siadam przy stoliku. Biorą kawę, potem drugę, nie wiadomo, kiedy będzie kolejna. Soczek i mufinki zapakowuję do plecaka i ruszam.

Dziś chcę dotrzeć do Puerto de la Cruz. Ta miejscowość na północnym wybrzeżu znajduje się pięćdziesiąt kilometrów stąd i jasne dla mnie, że będę musiał trochę podjechać. Wychodzę poza miejscowość i na rondzie łapię stopa. Na wybrzeże prowadzą stąd dwie drogi, przez El Tanque i przez La Montanieta, jestem trochę niezdecydowany, przy której się ustawić. Obserwuję ruch na drodze i ostatecznie ustawiam się w kierunku tej drugiej miejscowości. I dobrze, bo po kilku minutach siedzę już w samochodzie i jadę wygodną, nową drogą. Lasy sosnowe ustąpiły liściastym, a za La Montanieta zaczynają się dziesiątki zakrętów. Chociaż kierowca zapewne zna tą drogę na pamięć, musi teraz skupić się na prowadzeniu. Przerywamy na chwilę pogawędkę. Mijamy El Ambaro i wjeżdżamy na „autostradę” TF5. Tu już możemy przyspieszyć. Po lewej szereg miejscowości nadmorskich. W tych okolicach brzeg jest w miarę płaski, lecz plaże są wyłącznie kamieniste. Natomiast po prawej, na zboczach widoczne są pola uprawne rozłożone na tarasach. Wąskie poletka o szerokości 5 do 10 metrów ułożone są wzdłuż poziomic na zboczu, a gdyby policzyć te wszystkie paski pól wznoszących się coraz wyżej aż do granicy lasu wyszłoby ich ponad 200! Ileż pracy wielu pokoleń tutejszych rolników wymagało, by tę ziemię móc uprawiać.

Dojeżdżamy do Los Realos. Kierowca zostawia mnie przy zjeździe z głównej drogi.

– Gracias. ¡Adiós! – żegnamy się.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej