Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Długie oczekiwanie na lotnisku | Nocny spacer do hostelu
Po 4:00 zwijam matę samopompującą i przechodzę na plac, gdzie znajduje się przystanek autobusów do Malpensy. Pokazuję zakupiony za 20 zł bilet i o 4:40 z niecierpliwością zajmuję miejsce w ciepłym autobusie. Po godzinie jestem na miejscu. Dekuję się w hali odlotów, przede mną wiele godzin oczekiwania na odlot. Trudno i darmo, tak sobie zorganizowałem wyjazd. W kąciku, który sobie znalazłem, na szczęście mogę sobie drzemać, odsypiając bezsenną noc.
Odlatujemy o 17:10. Lecimy na zachód, ścigając się z zachodzącym słońcem. Gdy po trzech godzinach zbliżamy się do Teneryfy, na tle czerwono-pomarańczowego nieba widzę już czarną sylwetką Teize – najwyższego szczytu na Kanarach. Przed lądowaniem na lotnisku Teneryfa-Południe zataczamy jeszcze krąg i lądujemy.
Dochodzi 21:00. Nocleg mam zarezerwowany w Los Abrigos, to niby niedaleko, jakieś 2,5 kilometra w linii prostej od lotniska, jednakże najkrótsza droga piesza ma długość około 8 km. Postanawiam więc podjechać autobusem do na przystanek Las Chafiras znajdujący się przy Autopista del Sur, czyli głównej drodze wiodącej południowym wybrzeżem Teneryfy. Wsiadam do jakiegoś autobusu jadącego do Las Americas. Jak się okazuje, będę wysiadać już na pierwszym przystanku (2,45 euro). Przechodzą przez rondo i odszukuję przystanek w kierunku Los Abrigos. Oczywiście jest bez rozkładu jazdy. Przez pół godziny próbuję złapać okazję. Miejsce nie jest najlepsze i chociaż dobrze oświetlone, nikt nie ma ochoty nie zabrać, co mnie zupełnie nie dziwi.
Czas leci, jest 22:00, zarzucam plecak i ruszam drogą w mrok nocy. Do przyjścia mam około 3 km, idę więc szybko, starając się utrzymać równe tempo. Na szczęście obok drogi asfaltowej (bez poboczy zresztą) poprowadzona jest nieutwardzona droga techniczna. Na wielu odcinkach, gdy oddalam się na kilkaset metrów od głównej drogi, muszę pomagać sobie czołówką. Z tego, co mogę się zorientować w panujących ciemnościach, roślinność jest tu półpustynna: agawy, suchorośla i inne chaszcze. Mam dobry nastrój, idzie mi się lekko. Przypomina mi się moja nocna eskapada na Islandii dwa lata temu.
Koło 22:30 już jestem w miasteczku, zostało około kilkuset metrów do ulicy Moncloa, gdzie mieści się mój hostel Terrazas del Sur. Gospodarz, młody mężczyzna, jeszcze nie śpi, czeka na mnie. Płacę gotówką 15 euro, a chłopak prowadzi mnie do pokoju na drugim piętrze. To właściwie nadbudówka na dachu jego piętrowego domu. W niewielkim pokoju cztery piętrowe łóżka; jedno zajęte przez 25-letnie dziewczę, pozostałych współspaczy na razie nie ma. Zaczynam tradycyjnie od kawy i zupki. Na szczęście jest dostęp do kuchni. Zjadam spóźnioną kolację na tarasie. W nocy trochę hałasują Hiszpanie wracający z wieczornej imprezy.