Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Polskie towary eksportowe | Spacer po mieście | Zmęczony i zadowolony
Nocne chrapanie nie ustawało do rana.Starając się nikogo nie budzić, zeskakuję ze swojego piętra, myję się, ubieram i pakuję. Śniadanie wliczone w cenę jest serwowane jest od 8:00. W jadalni parę wygłodniałych osób niecierpliwie czeka na posiłek. Na razie robię sobie kawę i chińską zupką – przecież nie będą jej brał do domu. Co prawda, mój plecak jest już bardzo odchudzony, ale tym bardziej czuję się globtroterem, im mniej mam bagażu ze sobą. Być może nie mam racji, drwiąc z olbrzymich waliz na kółkach, które zabierają ze sobą inni podróżni. Przecież takie bogactwo rzeczy, które pakują ze sobą nawet na tygodniowy wyjazd, wcale nie musi świadczyć o ich nadmiernym przywiązaniu do nich! Może to być wynik mniejszego doświadczenia albo chęci "pokazania się". Albo… chorobliwej zapobiegliwości. Ja jednak cenię sobie lekki plecak, który przecież muszę nosić na grzbiecie.
Mój samolot do Krakowa odlatuje o 12:05 i być może po śniadaniu powinienem skierować swe kroki od razu w stronę lotniska. Zwiedzałem przecież już Bolonię w 1993 roku. Spodobały mi się wówczas liczne pałace, kamienne wieże i kościoły. Także „indywidualne” zwiedzanie uniwersyteckiego Muzeum Astronomii. Spotkane tam popiersie Mikołaja Kopernika wywołało u mnie silne poczucie dumy z obecności Polaka w innym kraju. Teraz, 30 lat później, uświadamiam sobie, jak mało podobnych „towarów eksportowych” możemy światu zaprezentować. Jan Paweł II? To prawda, jego pomniki rozprzestrzeniły się po całym katolickim świecie. Od Gwatemali po Filipiny. Ale był to hit lat 80.-90. Zeszłego wieku. Dziś, kiedy w kościołach i na katedralnych placach widzę popiersia i portrety kolejnych papieży – Benedykta i Franciszka – zdaje sobie sprawę, że tamten polski epizod odszedł już do historii.
Bolonia kojarzona jest także z pięknymi placami oraz długimi ciągami arkad i podcieni. Teraz chciałbym odświeżyć swą pamięć i przejść się po ulicach starego miasta. Zaczynam od Porta Nuova Zaczynam od Bazyliki św. Franciszka (Basilica di San Francesco). Świątynia ukończona została w 1263 roku, a zatem w okresie, gdy francuski gotyk stawał się obowiązującym stylem. Tym niemniej fasada nosi jeszcze cechy poprzedniej romańskiej epoki. Mury są ceglane i od razu powiem, że nie jest to mój ulubiony materiał używany do wznoszenia murów. Z jakichś mniej lub bardziej racjonalnych powodów obrabiany kamień, na przykład wapień, używany do wznoszenia murów w moich oczach uchodzi za bardziej „szlachetny”. Poza tym białe budynki świątyń wydają mi się po prostu ładniejsze.
Kościół jest trójnawowy, z dwiema wysokimi wieżami bez hełmów. Fasa ma fasadę nie z wysokimi łukowymi sklepieniami i ostrołukami. Odwiedzam najpierw dziedziniec klasztoru franciszkanów, później wchodzę do kościoła. Uwagę zwraca wspaniały kamienny ołtarz wykonany przez Pierpaolo i Jacobello z Masegne z wieloma gotyckimi figurami ustawionymi w dwóch rzędach. Obchodzę nawy wokół, zaglądając do bocznych kaplic. Jest na co popatrzeć. W kaplicach i w nawach bocznych spoczęły doczesne szczątki wielu możnych tamtego świata, między i9nnymi jest tu grób Pietro Canetoli (ok. 1382), Ludovico Boccadiferro (1482-1545) i Aleksandra V (1410).
Czas goni. Zerkam jeszcze na znajdujące się przed bazyliką interesujące monumenti funebri – grobowce glosatoriów Szkoły Bolońskiej. Mają postać wysokich „altan” i są miejscami pochówku niektórych z pierwszych i najważniejszych profesorów (m.in. Odofredo Denari i Accorso da Bagnolo) zatrudnionych w studium, czyli średniowiecznym uniwersytecie. Przypomnijmy, że to właśnie w Bolonii powstała pierwsza akademia (ok. 1088 r.).
Wędruję dalej w stronę centrum. Przechodniów o tej porze mało. Odwiedzam parę placów przechodzę pod długimi arkadami. Dochodzę w końcu do resztek zewnętrznego pierścienia murów miejskich, mijam Porta San Felice. Tyle zwiedzania Bolonii. Teraz pozostało dostać się na lotnisko oddalone o 7,5 kilometra.
Cztery godziny później jestem już w Krakowie. Wracam trochę zmęczony, wyjazd był przecież intensywny, było dużo chodzenia, zwłaszcza na Teneryfie. Nie zdobywałem Teide, być może do takiego pomysłu kiedyś wrócę. Ale udało mi się okrążyć wyspę korzystając z autostopu, autobusów i własnych nóg. Odwiedziłem też dwa interesujące miasta na południu Włoch. Był to typowy „wariacki” wyjazd trampingowy. Wyjazd z sześcioma lotami i 3 noclegami „na dziko” w ciągu 9 dni nie wszystkim by się podobał. Ale ja to lubię i to mi odpowiada. Zmieściłem się w 800 złotych, co nie jest wygórowaną ceną za podróże po krajach unijnych. Co dalej? Miesiąc przerwy w Krakowie i lecę do Frankfurtu. To będzie ósmy wyjazd w tym nie najłatwiejszym roku.