Trzeba się nakombinować... | Czy w Irlandii Płn. działa autostop? | Spacer po plaży | Ruiny zamku Dunluce | Grobla Olbrzyma - jestem pod wrażeniem | Zachwytów nad przyrodą ciąg dalszy | Gdzie by tu przenocować?
Podróż do Irlandii Północnej planowałem od lat. Denerwowało mnie, że ten położony na peryferiach Europy region – jeden z czterech w Wielkiej Brytanii – na mapie NomadMania pozostaje białą plamą. Wiedząc, że są tanie loty do Belfastu z Wrocławia z Krakowa i z innych miast, kombinowałem, jak zorganizować ten wyjazd, by nie zużył mi zbytnio urlopu. Głównym celem mojego wypadu będzie Giant Causeway, czyli Grobla Olbrzyma – miejsce położone na wybrzeżu Irlandii Północnej, gdzie znajdują się sławne – znane chyba wszystkim w telewizji – bloki bazaltowe z charakterystycznymi sześciokątnymi, czy też heksagonalnymi słupami. Ponoć robią duże wrażenie. Teraz chciałbym tego sam doświadczyć, stąpając po tych niezwykłych skałach.
Długo odkładałem ten wyjazd, gdyż ciągle były jakieś inne pilniejsze sprawy. Poza tym, jak zaznaczyłem, nie chciałem, by wyjazd obejmował dni robocze. Potrzebowałem zresztą co najmniej dwóch noclegów, by oprócz Grobli Olbrzyma zobaczyć Belfast. A może jeszcze coś więcej. Uznałem, że weekend, w połączeniu z Bożym Ciałem będzie dobrym terminem na krótką wycieczkę. Lecz, gdy przyszło co do czego, okazało się, że co prawda mam dobre i tanie połączenie w czwartek rano do Belfastu, ale za to z powrotem kiepsko. Ceny biletów powrotnych były wywindowane nadmiernie, ale ponieważ już się napaliłem, zacząłem kombinować nad sensownym rozwiązaniem. Znalazłem fajne połączenie do Liverpoolu, a stamtąd na wyspę Man – to byłaby jeszcze jedna zdobycz na mapie odwiedzonych regionów. Wciąż jednak nie znajdowałem taniego powrotu do Polski. Przeanalizowałem najróżniejsze warianty łącznie z promem z Dublina i… odpuściłem sobie. Man poczeka.
Postanowiłem wracać z Dublina przez Londyn-Luton do Krakowa. Okoliczność, że ten wariant wymaga przejazdu autobusem z Belfastu do stolicy Irlandii i spędzenia nocy na lotnisku w Luton, uznałem za przykrą konieczność. Bilety lotnicze kosztowały mnie 65 +108 + 60 zł – do przełknięcia. Zarezerwowałem również bilety autobusowe i nocleg w hostelu w Belfaście.
Jak zwykle wszystko zostawiam na ostatnią chwilę. Pakuję się w noc poprzedzającą wyjazd, mój samolot odlatuje o 6:20 rano, muszę zatem być o 5:00 na lotnisku w Balicach. W praktyce oznacza to, że w ogóle nie śpię. Znów musiałem zapakować się w mały plecak, podejmując decyzję, że nie wezmę ze sobą namiotu. Mam tylko płachtę biwakowa, powiedzmy sobie namiot ratunkowy w postaci rękawa z folii aluminiowej, którą rozpina się między drzewami, aby utworzyć trójkątny namiot. Na wszelki wypadek biorę ze sobą sznurek. Namiocik ten kupiłem za 2 czy 5 funtów szterlingów podczas wycieczki po krajach Europy Zachodniej z Sergiuszem. Przy odprawie alu-matę pakuję do rękawa kurtki puchowej, kieszenie mam również wypchane konserwami, plecak odchudzony.
Po dwóch czy trzech godzinach jestem w Belfaście na lotnisku. Wiedząc, że transport do Belfastu oddalonego o 13 mil jest stosunkowo drogi, już wcześniej obmyśliłem plan działania, który polegał na tym, by przejechać stopem do Antrim, czyli najbliższej miejscowości, gdzie znajduje się stacja kolejowa i autobus. Plan B polegał na przyjściu tego 7-kilometrowego odcinka na piechotę. Odnajduję rondo przy lotnisku i ustawiam się tuż za nim. Ruch jest stosunkowo duży, jak na taką boczną drogę. Raz na minutę przejeżdża samochód, więc po 10 minutach uznaję, że nie będzie tak źle i cierpliwie czekam. Po 15 minutach od ustawienia się na stopie zatrzymuje się większy samochód i z jakimś biznesmenem jadę do Antrim. Rozmawia się w miarę przyjemnie, pan wypytuje mnie, czy jadę do pracy. Zaprzeczam. Tego rodzaju pytania, czy aby nie szukam tu pracy, powtarzają się w ciągu mojej krótkiej wycieczki kilkukrotnie. Myślę, że wynika to z nie najlepszej opinii o Polakach, którzy w ostatnich latach licznie nawiedzili Wyspy Brytyjskie. Kierowca pyta mnie, czy mnie podrzucić na stację autobusową, gdyż nieopatrznie zasugerowałem, iż dalej pojadę autobusem.
Po chwili jestem na stacji. W okienku kasowym pytam panienkę o najtańsze połączenia stąd do Portrush. Cena jest dość wysoka, cóż, brytyjskie koleje są wyjątkowo drogie. Kobieta proponuje mi przejazd autobusem.
– W jedną stronę czy powrotny bilet? – pyta mnie pani.
– W jedną stronę – odpowiadam bez dłuższego zastanawiania się.
Później w Polsce sprawdziłem, że gdybym wracał w ten sam dzień autobusem zapłaciłbym, jak za drogę w jedną stronę.
Na przystanku na dworcu autobusowym czeka parę osób. Dzień jest chłodny i chociaż to dopiero poranek, to chmury nie wróżą nic dobrego. Po kwadransie, może 20 minutach pojawia się autobus, który wiezie mnie do Corelaine. W autobusie znaczną część pasażerów stanowią imigranci: z Polski, z Wietnamu, z krajów arabskich. Może nie dorobili się jeszcze samochodu… Tu przecież wszyscy go mają!
Po drodze mijamy różne mieściny, zwracam uwagę na charakterystyczne kominy ustawione po 4 na krańcach dachów. Zwracają uwagę również flagi północnoirlandzkie powieszone obok brytyjskich. Staram się fotografować po drodze kościoły, które pojawiają się od czasu do czasu. Zbudowane są z kamiennych bloków w podobnym do siebie stylu. Z przykrością stwierdzam, że pogoda się pogarsza, od czasu do czasu po szybach spływają krople deszczu. Spodziewałem się dżdżystej pogody, ale już teraz?!
W Corelaine ustalam kierunek i ruszam na przedmieścia, by ustawić się na stopie. Stąd do Portrush – miejscowości, z której mam zacząć wędrówkę – jest około 15 km. Zatrzymuje się młody mężczyzna w furgonie. Mam spore trudności, by wsiąść do samochodu, gdyż po otwarciu drzwi wypadają na zewnątrz różne śmieci czy też drobiazgi. Rozmawia się znów przyjemnie. Irlandczyk mówi, że ma firmę budowlaną, jakieś usługi wykończeniowe. W Portrush wysadza mnie przy głównej drodze.
– Dziękuję, do widzenia! – żegnam się z miłym kierowcą.
Ogólnie Irlandczycy sprawiają wrażenie sympatycznych ludzi.
Pobliski kościółek jest niewielki, ale zadbany. Zaglądam do środka, akurat drzwi są otwarte. Wewnątrz pusto. Główna nawa ozdobiona obrazami z drogą krzyżową. Strop drewniany, podtrzymywany drewnianymi słupami. Po wyjściu najbardziej cieszy mnie błękitne niebo pojawiające się między białymi chmurami. Idę spokojnymi, cichymi uliczkami miasteczka w kierunku morza do miejsca zwanego East Strand Beach. Widok, który się ukazuje przede mną, jest bardzo przyjemny. Mała zatoczka z plażą na pierwszym planie i małymi domkami po drugiej stronie zatoki. Ponoć trafiają się tutaj delfiny. Grupki młodzieży szkolnej z plecakami kręcą się w pobliżu, zapewne są nieco zziębnięci. Wylądowali akurat przy plaży, nie mają co ze sobą zrobić. Tak to przynajmniej wygląda.
Kieruję wzrok na wschód – plaża jest naprawdę szeroka. Ma może ze sto metrów szerokości. Plażę od głębi lądu oddziela pas wzgórz, o których skądinąd wiem, że mieszczą pola golfowe. Natomiast patrząc na północ, widzę w odległości kilometra od brzegu grupę 17 skalistych wysepek. To Skerries Islands, zapewne ptasi raj.
Idąc dalej plażą wypatruję muszelek lub ciekawszych kamyków. Po przejściu kilometra czy dwóch skręcam w kierunku wzgórz, by rozpoznać teren i popatrzeć z góry na okolicę. Fotografuję przy okazji kwiatuszki i z przyjemnością zagłębiam się między szumiące trawy i małe krzewinki, które porastają wzgórza. Daleko w oddali dostrzegam zabudowania, które wyglądają mi na ruiny Dunluce – zamku, do którego zmierzam. Jednak, posiłkując się obiektywem aparatu, stwierdzam, że to w miarę współczesna posiadłość w „angielskim stylu”.
Idąc plażą spotykam od czasu do czasu pojedyncze osoby lub starsze małżeństwa trzymające się za rękę, bądź też biegaczy drepcących wzdłuż brzegu. Wzdłuż całego wybrzeża ciągnie się ścieżka czy też szlak. Ten fragment, w którym się znajduję, nazywa się Whiterocks Coastal Park, o czym informują tablice.
Po godzinie plaża zanika. Wzgórza przekształcają się w stromy klif, a ścieżka prowadzi mnie coraz wyżej. Gdyby nie zachmurzone niebo, widok byłby przepiękny. Ale i tak zachwycam się wzburzonym morzem z falami rozbijającymi się o pionowe wapienne skały klifu. Z mojej perspektywy widoczne są pionowe skały białe z zieloną czapeczka pastwisk. Jedna ze skał przybrała kształt ludzkiego profilu. Można dopatrzeć się potężnego nosa, ust, wystającego podbródka i groźnych brwi. Zielona łąka przykrywająca białą skalę od góry tworzy krótko przystrzyżoną fryzurę. Nie jest to – jak się wkrótce zorientuję – tak zwana Głowa Olbrzyma (Giant’s Head), ta znajduje się bliżej zamku Dunluce. Ale "moja" głowa bardziej mi się podoba. Tych ciekawych formacji skalnych jest to zresztą więcej. Spotykam sporych rozmiarów, kilkudziesięciometrowy łuk skalny, przez który przelewają się morskie fale. Może nie aż tak atrakcyjny jak Azure Window – sławny most skalny na Malcie, po którym spacerowałem pięć miesięcy przed zawaleniem się w marcu 2017 r., ale też wart sfotografowania.
Kilometr dalej trafiam na miniaturową zatoczkę o stromych brzegach przypominających fiord. To ujście rzeczki, która przez miliony lat drążyła wapienną skałę, aż jej koryto osiągnęło poziom współczesnego morza. Co ciekawe, woda z rzeczki dostaje się do zatoki podziemnym strumieniem.
Wkrótce napotykam na dwa kolejne łuki skalne. Bazując na ich kształcie można określić je jako romański i gotycki. W końcu dochodzę do ruin zamku Dunluce. Położony jest na cyplu wychodzącym ku morzu i wygląda bardzo fotogenicznie. Zachowały się ściany szczytowe budynku przykrytego ongiś dwuspadowym dachem, blankowane mury zewnętrzne z fragmentami kilku wież oraz resztki kilku innych budynków. Dwa domy zrekonstruowano, wstawiono nawet okna, urządzając w nich pomieszczenia administracyjne. Obok miejsca, w którym teraz przystanąłem pasą się krowy na pastwisku, stanowiąc interesujący dodatek do ruin zamku. Ale jeszcze w XVI wieku znajdowało się tu założone przez Randala MacDonnella miasteczko Dunluce z kilkudziesięcioma domami i paroma ulicami. Wraz z upadkiem zamku i miasto opustoszało. Dziś jest tu tylko kilka współczesnych budynków. Sam zamek został zbudowany w XV wieku i był jednym z najbardziej imponujących budowli obronnych w tamtym czasie. W ciągu nadchodzących wieków pozwalał na kontrolowanie zarówno dróg na lądzie ziemi jak i szlaków morskich północnego Ulsteru. To tu rozgrywały się burzliwe losy rodziny Macquilansów, Mac Donnellsów i innych mieszkańców wymarłego miasta. Obchodzę ruiny ze wszystkich stron i dochodzę do wniosku, że jest to wyjątkowe miejsce. I bardzo się cieszę że tutaj dotarłem. Ale przecież czeka mnie za chwilę kolejna atrakcja – Giant’s Causeway czyli Grobla Olbrzyma.
Ruszam dalej szosą, po chwili wkraczam do miasteczka Portballintrae. Teraz dopiero mogę się lepiej przyjrzeć posiadłości, którą pierwotnie wziąłem za zamek. To olbrzymia posiadłość z kilkunastoma budynkami przykrytymi dwuspadowymi dachami, z których wystają mansardowe okna, okrągłymi wieżyczkami ze stożkowatymi hełmami. A wszystko wykonane jest z kamienia. Posiadłość usytuowana jest na brzegu zatoczki Runkerry i chociaż jest współczesna to przecież nie pozbawiona fotogeniczności. Natomiast samo miasteczko składa się z kilkuset pomalowanych na biało parterowych domów z użytkowym poddaszem pod dwuspadowym dachem. Czy tu ładnie? Tak. Czy chciałbym tu mieszkać? Zdecydowanie nie.
Skręcam teraz w stronę wybrzeża. Stromą droga schodzi ku Grobli Olbrzyma, klif znów wyrasta nade mną. Od razu widać, że to wybitnie turystyczne miejsce. Po niewielkim cypelku wychodzącym w morze, pomimo kiepskiej pogody, spaceruje kilkadziesiąt osób. Pionowo ustawione heksagonalne bloki bazaltowe tworzące cypel co rok przyciąga 700 tysięcy turystów. Nie bez powodu miejsce to zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Bazaltowe bloki widoczne są również na brzegu morza, inne tworzą ściany klifu ponad mną. Tych kolumn bazaltowych jest tu ponoć 37 tysięcy. Powstały podczas erupcji wulkanu zaledwie 50 milionów lat temu. Piszę „zaledwie”, gdyż okoliczne skały wapienne tworzące w Irlandii Północnej klify powstały w okresie kredy tj 145 do 65 milionów lat temu.
Po Grobli można poruszać się w zasadzie bez ograniczeń, nie ma wyznaczonych ścieżek. Chociaż bazalt jest twardą skałą, to miliony osób, które stąpały po blokach wytarło na ich powierzchni niewielkie wgłębienia, w których dziś zbiera się woda. Ano właśnie! Wciąż mży. Niebo jest zachmurzone, a ja wciąż muszę wycierać obiektyw aparatu. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi i co można wyczytać w Internecie, bazaltowe bloki nie tylko nie mają idealnego kształtu, ale czasem zamiast heksagonalnych słupów przybierają mają kształt słupów o pięciokątnej podstawie. Zdarzają się i siedmio- i ośmioboczne bloki. Jest to dla mnie bardzo interesująca ciekawostka krystalograficzna. Na Grobli są również większe słupy bazaltowe, mają po kilka metrów wysokości a ponieważ mają poprzeczne spękania, to wyglądają jak ułożone ludzką ręką klocki.
Później odszukuję długą na sto metrów pionową ścianę złożoną z pionowo ustawionych słupów bazaltowych. Mają po kilkanaście metrów wysokości i choć nie są to jakieś rekordowe wymiary, to z przyjemnością pod nimi się fotografuję. Oczywiście, takich miejsc z wychodniami skał bazaltowych na świecie jest wiele. Mamy je choćby na Śląsku i w Sudetach (Góra Rataj, Wilcza Góra itd.). Ale bardzo się cieszę, że tu dotarłem, realizując jeden z celów wyjazdu.
Ruszam dalej dróżką w kierunku wschodnim. Wiatr, który cały czas wieje od morza, przesuwa deszczowe chmury w głąb lądu, a nad morzem pokazują się skrawki błękitnego nieba. Wygląda to optymistycznie. Przede mną ciąg dalszy geologicznych atrakcji. Ścieżka wiedzie teraz w połowie wysokości klifu pokrytego soczystą trawą. Górny brzeg tworzy pionowa ściana bazaltowa, a brzeg morza usłany jest bazaltowymi blokami. Na odległym o kilkaset metrów cypelku widać grupę samotnych bazaltowych słupów. Wyglądają jak ruiny antycznej świątyni.
Pół godziny później wychodzę ponad górną krawędź klifu i znów mogę wędrować wzdłuż morza, ciesząc swe oczy fantastycznymi widokami. Na dłuższą chwilę zatrzymuję się przy urwisku, by fotografować i filmować nadmorskie ptactwo. Mewy i rybitwy nieustannie krążą wśród skał, niesione wiatrem czasem zawisają w powietrzu, by po chwili rzucić się w dół w poszukiwaniu pożywienia lub podlecieć do jednego z tysięcy gniazd ukrytych wśród skał.
Idąc wzdłuż klifu, cały czas wypatruję miejsca na nocleg. Problem polega na tym, że z jednej strony ścieżki mam kilkusetmetrowe urwisko, z drugiej – pastwiska ogrodzone elektrycznym pastuchem. Chciałbym zaszyć się w jakieś lasku, a przynajmniej w kępie krzaków. Do dyspozycji mam jednak półmetrowe krzewinki tarmoszone przez wzmagający się wiatr. Póki co, wędruję wzdłuż ogrodzeń. Gdy ścieżka czasem przechodzi przez pastwisko, trzeba wspiąć się na dwa drewniane schodki i przejść przez ten rodzaj bramki, która zapobiega swobodnemu przemieszczaniu się zwierząt. Podobne rozwiązania widziałem parę lat temu w Nowej Zelandii, gdy wchodziłem z Sergiuszem na Roy’s Peak pod Wanaką. Tam na polach pasły się głównie owce, tu, na łąkach, spotykam bydło. Olbrzymie krowy są bardzo fotogeniczne. Cmokaniem zachęcam je do odwrócenia się w moją stronę i przybrania miłego wyrazu pyska.
Chmury coraz szybciej przesuwają się po niebie. Wysoka trawa łagodnie faluje smagana podmuchami wiatru. Po lewej otwiera się widok na małą zatoczkę pełną napierających na brzeg spienionych fal. Oglądane z tej odległości morskie bałwany rozbijają się o brzeg bezgłośnie. W dole, opodal brzegu stoi samotne domostwo – pewnie rybacka chata, bo obok leży odwrócona do góry dnem łódka. Nie widzę ścieżki prowadzącej w dół, ale klif się tu obniża, więc jakieś zejście musi być. Jak wynika z mapy, najbardziej widokowa części ścieżki, po której wędruję, wkrótce się kończy. Po prawej widoczne są zabudowania. To przysiółek Dunseverick. Mijam grupę w średnim wieku – każdy mężczyzna zaopatrzony jest w aparat z olbrzymim teleobiektywem, z plecaka wystają statywy. Łatwo się domyślić, że to pasjonaci podglądania ptaków. Ciekawe tylko, czy zostaną w terenie do rana.
Już, już podejmuję decyzję, że umoszczę sobie gniazdko w kępie przy ścieżce, gdy widzę zbliżających się starszych lokalsów z psem. „O nie! Za duży tu ruch” – myślę sobie. Nie chcę, by jakieś zwierzaki mnie w nocy nachodziły. Idę więc dalej.
Obchodzę kolejną zatoczkę, tu pośrodku dolinki ją zamykającej wznosi się 10-piętrowa skała. A na niej – resztki zamczyska. Może to przesadne określenie biorąc pod uwagę mizerne resztki, które pozostały. Ale jestem pełen uznania dla samego pomysłu wykorzystania tak niedostępnej skały. Dunseverick Castle stał już w tym miejscu w V w. n.e., skoro św. Patryk go nawiedził i tu ochrzcił Olcána, późniejszego biskupa Irlandii. Mieszkał tu później Fergus Mór mac Eirc (Fergus Wielki), szkocki król Dalriady. Zamek popadł w ruinę dopiero w 1642 roku, zniszczył go generał Monro podczas irlandzkich Wojen Konfederatów.
Teraz czeka mnie krótkie podejście na niewysokie wzgórze porośnięte obiecującą „kosówką”. Nie jest to nasza kosodrzewina, niskie krzaki mają twarde, wąskie i kłujące liście. Konary są splątane, powyginane. Widać, że roślinność wzrasta tu w trudnych warunkach, smagana przez cały rok zimnym morskim wiatrem.
Jest koło 20:00, zmierzcha. Nisko położone słońce oświetla na żółto skały klifu. Wspomniany domek rybacki pogrążony jest już w cieniu. Zajaśniało słabe światło w oknach. Z tego co mogłem dostrzec, nie prowadzi do niego linia elektryczna, zapewne włączony jest agregat prądotwórczy. Te widoki przywodzą mi mgliste skojarzenia z powieściami Joe Alexa... Na razie rozkładam się przy ławce i zjadłam kolację. Nikt się tu nie kręci, ale planuję przenieść się nieco wyżej, gdy się bardziej ściemni.
Około 21:00 wchodzę na pagórek pokryty częściowo “kosówką” i rozkładam się pomiędzy metrowymi krzakami. Z jednej strony mam otwarty widok na okolicę – mój namiocik ze srebrzystej folii będzie widoczny z daleka, trudno. Wiatr wiejący od zachodu przynosi, zgodnie z prognozą pogody, lekki deszcz. Dobrze, że mam możliwość schowania się pod folią, na szczęście nie zaryzykowałem tak, jak w Bawarii i na Majorce. Ale widzę, że będę musiał w przyszłości inaczej rozwiązywać problem noclegów na dziko. Myślę o namiociku z folii wspartym na dwóch-trzech łukach z prętów węglowych. Oczywiście, że zawsze mogę pojechać z prawdziwym namiotem, wiąże się to jednak z dodatkowym kosztem za bagaż. Przy obecnej polityce tanich linii lotniczych, niedługo będę mógł za darmo wziąć tylko portfel... W nocy przysypiam. Budzi mnie deszcz o 2:00 i o 6:00.