Dzień: [1] [2] [3]


Ballycastle – Belfast

piątek, 21 VI 2019


Namiastka tepui | Stopem do Ballycastle | Muszę oszczędzać, mam żonę i dzieci | W końcu Belfast | Zwiedzam miasto | W hostelu


No, nie był to najlepszy nocleg! Rozłożyłem się na nieco pochyłym terenie i rano z przykrością stwierdzam, że mój śpiwór wysunął się trochę z tunelu foliowego i przemókł. Nic to, wysuszę po drodze. Na szczęście przejaśniło się, chmur jakby mniej i nawet pojawiają się skrawki błękitnego nieba. Pakuję się i ruszam w stronę Carrick-a-Rede, sławnego mostku linowego.

Na razie idę do wioski Ballintoy odległej o niecałe 7 kilometrów. Na polach pasą się owce, ludzi nie spotykam – jest przecież dopiero 7:00 rano. W wiosce znajduje się kamienny kościółek z krzyżami Świętego Patryka na szczytach ścian, a obok chyba coś ciekawszego – Gospel Hall. Niewielki budynek z tablicami po obu stronach bramy. Na pierwszej zapisano pytanie „What must I do to be saved?”. Druga daje oczywistą odpowiedź: "Believe on the Lord Jesus Christ and thou shalt be saved". Proste? Proste! A nieco dalej trafiam na Masonic Hall – siedzibę lokalnych wolnomularzy. Jak widać z tego krótkiego przeglądu, życie towarzyskie w tej wiosce może kwitnąć, a mieszkańcy mają zaspokojone potrzeby duchowe.

Wędruję teraz drogą poprowadzoną w odległości około 600 metrów od brzegu morza i zachwycam się klifami. A oto pojawia się przede mną wysepka o nieprawdopodobnie stromych, pionowych bazaltowych zboczach. Na tle morza wygląda jak tepui wyłaniające się z chmur w wenezuelskiej dżungli. To Sheep Island, niewielka wyspa o wymiarach 230 na 270 metrów. Jeśli tam, na tym trawiastym płaskowyżu, wypasano owce, z pewnością nie miały jak uciec…

Za kolejnym zakrętem ścieżki, wyłania się Carrick-a-Rede. Zbudowany w latach dwudziestych zeszłego wieku łączy stały ląd – a właściwie Irlandię – z samotną bazaltową skałą o pionowych skałach. Mostek o długości 20 metrów ma konstrukcję linową, stając na nim, można spojrzeć prosto w 30-metrową przepaść. Dziś jest atrakcją turystyczną, ale sto lat temu miał praktyczne znaczenie dla 80 miejscowych rybaków, którzy dzięki niemu ułatwili sobie dostęp do skały – ulubionego miejsca łowienia łososi. Połów odbywał się w oryginalny sposób – rybacy przywiązywali jedną sieć do skały, drugą do łodzi i w ten sposób łapali łososie wpływające do zatoki. Ciekawostką jest to, że dawniej mostek na zimę był demontowany. Niestety, wraz z drastycznym spadkiem populacji łososia, tradycję połowów zakończono w 2002 roku. Muszę przyznać, że widok na tę samotną skałę, mostek linowy, spienione wody w zatoczce poniżej oraz ciągnący się daleko wysoki klif są po prostu przepiękne. Cieszę się, że i tu dotarłem.

W pobliżu znajduje się parking, a obok kilka drewnianych ław i stolików. Rozkładam na ziemi swój wilgotny foliowy namiocik, zabezpieczając go kamieniami, by nie odleciał: tu, „na końcu świata”, naprawdę mocno wieje. Dopiero teraz zjadam śniadanie.

Czas biegnie, ruszam dalej. Na głównej drodze łapię stopa.

– Hi, dokąd jedziesz? – pyta mnie młoda kobieta siedząca obok kierowcy.

– Do Ballycastle.

– W porządku my też tam jedziemy, wsiadaj!

Tym razem nie muszę się tłumaczyć, że nie szukam tu pracy. Dziesięciominutowa podróż mija błyskawicznie.

– Gdzie cię wysadzić?

– Gdziekolwiek wam wygodnie.

– To może przy porcie.

– Doskonale.

Dziękuję i żegnamy się.

W marinie zaskakująco dużo łodzi. Nie zdawałem sobie sprawy, że mieszkańcy Wyspy Brytyjskich i dzisiaj do dzisiaj lubią żeglowanie. Miasteczko jest z rodzaju tych sympatycznych: chaotycznie ułożone ulice z jedno- lub dwupiętrowymi domami, mansardami na dachach i charakterystycznymi dla Wielkiej Brytanii kominami. Uwagę zwraca budynek przy głównej ulicy z trzema słomianymi okapami nad oknami pierwszej kondygnacji, zdaje się to jakaś knajpa (Central Bar & Restaurant).

Zaglądam jeszcze do kamiennego kościółka (Holy Trinity Church) z oryginalnymi organami ustawionymi nietypowo przy absydzie. Na rondzie znajduje się 6-metrowej wysokości neogotycka wieżyczka z 1899 roku z tablicą poświęconą George'owi O'Connorowi, ukochanemu przez społeczność lekarzowi. Jest tu i drugi kościół neogotycki, ale już go odpuszczam. Ważniejsze jest teraz, bym w miarę szybko dostał się do Belfastu.

Ponieważ całkiem dobrze szło mi dziś z autostopem, ustawiam się przy wylocie z Ballycastle. Tym razem jest gorzej, muszę przejść jeszcze dwa kilometry do kolejnego rozwidlenia dróg. Tu macham przez dobre pół godziny, w końcu lituje się jakiś Irlandczyk w półciężarówce. Co prawda nie jedzie do centrum Belfastu, ale podrzuci mnie na obrzeża. – Zostawię cię na przystanku autobusowym, bez problemu podjedziesz do miasta – zapowiada kierowca.

Ma może 35 lat, jest sympatyczny i fajnie mi się z nim rozmawia. Ku mojemu zaskoczeniu był tylko kilka razy za granicą, między innymi w Stanach Zjednoczonych i we Włoszech.

– Muszę oszczędzać, rozumiesz, mam żonę i czwórkę dzieci…

Ani chyba katolik. Przed Belfastem trafiamy na gigantyczny korek i w ślimaczym tempie posuwamy się do przodu. W okolicach marketu Tesco wysiadam, dziękując serdecznie za podwózkę. Jak to mam w zwyczaju tnę koszty i do centrum ruszam na piechotę. Po drodze oglądam kościoły i parki. Przy York St. mijam wiktoriański kościół św. Pawła i Barnaby (St. Paul & St. Barnabas Church) z 1888 roku. Muszę przyznać, że ta neogotycka forma stylu wiktoriańskiego z jego wysokimi wieżami, strzelistymi łukami, ostrołukami, przyporami, ale też eklektycznymi elementami podoba mi się.

Po 20 minutach znów przystanek. Przy Donegall Street znajduje się katedra św. Anny (St Anne's Cathedral)

Zwiedzanie Belfastu


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej