Namiastka tepui | Stopem do Ballycastle | Muszę oszczędzać, mam żonę i dzieci | W końcu Belfast | Zwiedzam miasto | W hostelu
No, nie był to najlepszy nocleg! Rozłożyłem się na nieco pochyłym terenie i rano z przykrością stwierdzam, że mój śpiwór wysunął się trochę z tunelu foliowego i przemókł. Nic to, wysuszę po drodze. Na szczęście przejaśniło się, chmur jakby mniej i nawet pojawiają się skrawki błękitnego nieba. Pakuję się i ruszam w stronę Carrick-a-Rede, sławnego mostku linowego.
Na razie idę do wioski Ballintoy odległej o niecałe 7 kilometrów. Na polach pasą się owce, ludzi nie spotykam – jest przecież dopiero 7:00 rano. W wiosce znajduje się kamienny kościółek z krzyżami Świętego Patryka na szczytach ścian, a obok chyba coś ciekawszego – Gospel Hall. Niewielki budynek z tablicami po obu stronach bramy. Na pierwszej zapisano pytanie „What must I do to be saved?”. Druga daje oczywistą odpowiedź: "Believe on the Lord Jesus Christ and thou shalt be saved". Proste? Proste! A nieco dalej trafiam na Masonic Hall – siedzibę lokalnych wolnomularzy. Jak widać z tego krótkiego przeglądu, życie towarzyskie w tej wiosce może kwitnąć, a mieszkańcy mają zaspokojone potrzeby duchowe.
Wędruję teraz drogą poprowadzoną w odległości około 600 metrów od brzegu morza i zachwycam się klifami. A oto pojawia się przede mną wysepka o nieprawdopodobnie stromych, pionowych bazaltowych zboczach. Na tle morza wygląda jak tepui wyłaniające się z chmur w wenezuelskiej dżungli. To Sheep Island, niewielka wyspa o wymiarach 230 na 270 metrów. Jeśli tam, na tym trawiastym płaskowyżu, wypasano owce, z pewnością nie miały jak uciec…
Za kolejnym zakrętem ścieżki, wyłania się Carrick-a-Rede. Zbudowany w latach dwudziestych zeszłego wieku łączy stały ląd – a właściwie Irlandię – z samotną bazaltową skałą o pionowych skałach. Mostek o długości 20 metrów ma konstrukcję linową, stając na nim, można spojrzeć prosto w 30-metrową przepaść. Dziś jest atrakcją turystyczną, ale sto lat temu miał praktyczne znaczenie dla 80 miejscowych rybaków, którzy dzięki niemu ułatwili sobie dostęp do skały – ulubionego miejsca łowienia łososi. Połów odbywał się w oryginalny sposób – rybacy przywiązywali jedną sieć do skały, drugą do łodzi i w ten sposób łapali łososie wpływające do zatoki. Ciekawostką jest to, że dawniej mostek na zimę był demontowany. Niestety, wraz z drastycznym spadkiem populacji łososia, tradycję połowów zakończono w 2002 roku. Muszę przyznać, że widok na tę samotną skałę, mostek linowy, spienione wody w zatoczce poniżej oraz ciągnący się daleko wysoki klif są po prostu przepiękne. Cieszę się, że i tu dotarłem.
W pobliżu znajduje się parking, a obok kilka drewnianych ław i stolików. Rozkładam na ziemi swój wilgotny foliowy namiocik, zabezpieczając go kamieniami, by nie odleciał: tu, „na końcu świata”, naprawdę mocno wieje. Dopiero teraz zjadam śniadanie.
Czas biegnie, ruszam dalej. Na głównej drodze łapię stopa.
– Hi, dokąd jedziesz? – pyta mnie młoda kobieta siedząca obok kierowcy.
– Do Ballycastle.
– W porządku my też tam jedziemy, wsiadaj!
Tym razem nie muszę się tłumaczyć, że nie szukam tu pracy. Dziesięciominutowa podróż mija błyskawicznie.
– Gdzie cię wysadzić?
– Gdziekolwiek wam wygodnie.
– To może przy porcie.
– Doskonale.
Dziękuję i żegnamy się.
W marinie zaskakująco dużo łodzi. Nie zdawałem sobie sprawy, że mieszkańcy Wyspy Brytyjskich i dzisiaj do dzisiaj lubią żeglowanie. Miasteczko jest z rodzaju tych sympatycznych: chaotycznie ułożone ulice z jedno- lub dwupiętrowymi domami, mansardami na dachach i charakterystycznymi dla Wielkiej Brytanii kominami. Uwagę zwraca budynek przy głównej ulicy z trzema słomianymi okapami nad oknami pierwszej kondygnacji, zdaje się to jakaś knajpa (Central Bar & Restaurant).
Zaglądam jeszcze do kamiennego kościółka (Holy Trinity Church) z oryginalnymi organami ustawionymi nietypowo przy absydzie. Na rondzie znajduje się 6-metrowej wysokości neogotycka wieżyczka z 1899 roku z tablicą poświęconą George'owi O'Connorowi, ukochanemu przez społeczność lekarzowi. Jest tu i drugi kościół neogotycki, ale już go odpuszczam. Ważniejsze jest teraz, bym w miarę szybko dostał się do Belfastu.
Ponieważ całkiem dobrze szło mi dziś z autostopem, ustawiam się przy wylocie z Ballycastle. Tym razem jest gorzej, muszę przejść jeszcze dwa kilometry do kolejnego rozwidlenia dróg. Tu macham przez dobre pół godziny, w końcu lituje się jakiś Irlandczyk w półciężarówce. Co prawda nie jedzie do centrum Belfastu, ale podrzuci mnie na obrzeża. – Zostawię cię na przystanku autobusowym, bez problemu podjedziesz do miasta – zapowiada kierowca.
Ma może 35 lat, jest sympatyczny i fajnie mi się z nim rozmawia. Ku mojemu zaskoczeniu był tylko kilka razy za granicą, między innymi w Stanach Zjednoczonych i we Włoszech.
– Muszę oszczędzać, rozumiesz, mam żonę i czwórkę dzieci…
Ani chyba katolik. Przed Belfastem trafiamy na gigantyczny korek i w ślimaczym tempie posuwamy się do przodu. W okolicach marketu Tesco wysiadam, dziękując serdecznie za podwózkę. Jak to mam w zwyczaju tnę koszty i do centrum ruszam na piechotę. Po drodze oglądam kościoły i parki. Przy York St. mijam wiktoriański kościół św. Pawła i Barnaby (St. Paul & St. Barnabas Church) z 1888 roku. Muszę przyznać, że ta neogotycka forma stylu wiktoriańskiego z jego wysokimi wieżami, strzelistymi łukami, ostrołukami, przyporami, ale też eklektycznymi elementami podoba mi się.
Po 20 minutach znów przystanek. Przy Donegall Street znajduje się katedra św. Anny (St Anne's Cathedral)