Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Kraków – Cagliari

środa, 29 IX 2021


Mój dorobek rośnie | Zabiję cię! | Zwiedzamy Cagliari bez planu | Czy ja im zazdroszczę? | Wspaniała katedra | Podwieczorek w amfiteatrze


Minęło tak niewiele czasu od mojej wycieczki na Alandy, a znów lecę! Tym razem na Sardynię. Śmieję się, że ten rok jest bardzo wyspiarski. Bo w lipcu byłem na Santorynie, we wrześniu na Wyspach Alandzkich, teraz Sardynia, a za dwa tygodnie przyjdzie czas na… Kanary. Ta moja "miłość" do wysp nie wynika bynajmniej z chęci "odreagowania" po nieudanym czy raczej niedoszłym trampingu po Oceanii w 2020 roku. Po prostu w czasach “zarazy" muszę się ograniczać z podróżami do najbliższej okolicy – w praktyce głównie "wyjadam” europejskie resztki. Staram się te wyjazdy przeznaczać na regiony, w których wcześniej nie byłem, dzięki temu moja pozycja w rankingu Nomadmanii rośnie. Powoli, ale jednak pnę się do góry. Obecnie mam na koncie 468 regionów i zajmuję 415 pozycję w rankingach światowych oraz 10 pozycję na liście polskiej. Oczywiście, że może się zdarzyć, że nagle na Nomadmanii pojawi się dużo nowych użytkowników portalu z dużą liczbą regionów. To mnie specjalnie nie martwi, po prostu moja pozycja będzie bardziej realistyczna, nieprzypadkowa. Wracając do wysp – wciąż mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w tym roku pojechać na Wyspy Zielonego Przylądka. Pomimo pandemii, byłby to skromny sukces: nowy kraj i trzeci kontynent w tym roku!

A zatem lecę na Sardynię. W odróżnieniu od kilku poprzednich tegorocznych wypadów okołoweekendowych ten będzie ciut dłuższy – 5 dni. Lot jest do Cagliari, powrót z Alghero. Z tym, że tnąc koszty (drogi przelot do Katowic), zaplanowałem w powrotnej drodze przesiadkę w Bergamo. Stamtąd już prosto do Krakowa.

Nie lecę sam, lecz z Alicją, która towarzyszyła mi w wypadzie pod Oslo. Trzy z pięciu noclegów mamy załatwione, pozostałe są niewiadomą. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, nie wiemy, jaką trasą ostatecznie obierzemy. Po drugie, Sardynia nie jest zbyt tania, brakuje tu hosteli z dormami. Po trzecie, Alicja podchodzi do tych kwestii bardzo na luzie. Uważa, że zawsze coś się znajdzie. Spać można na plaży lub na przystanku. Na wszelki wypadek mam ze sobą namiot.

Wyjazd zaczyna się wyjątkowo nerwowo. Poproszony przez moją towarzyszką podróży o kontrolny telefon, dzwonię o 6:45. Nie odpowiada. Idę na zakupy jedzeniowe i regularnie co 10 minut dzwonię. Jej telefon milczy i zaczynam się coraz bardziej denerwować. Co prawda, uprzedziła mnie, że w ostatnią noc będzie musiała popracować. Ale żeby mieć tak twardy sen?! Po 8:00 dzwonię do jej pracownika. Chłopak wie, że szefowa ma dziś samolot o 11:05, ale nie jest w stanie się dodzwonić ani na komórkę, ani na WhatsAppa. Jadę do centrum z myślą, że wstąpię po nią. Na trzecim przystanku orientuję się, że nie zabrałem ze sobą saszetki między innymi z aparatem i lekarstwami. Wyskakuje z autobusu, biegnę do domu, chwytam saszetkę i sapiąc jak najgorszy zdechlak, lecę na autobus. Alicja odbiera ostatecznie przed 9:00, twierdząc, że już wstaje i że zdąży. Możliwe, tyle że teraz ja mogę nie zdążyć na autobus 252. Faktycznie ucieka mi sprzed nosa. Biorę I-cara i mówię kierowcy, by gonił autobus. Nie mamy szans, nie szkodzi. 30 zł za dojazd na lotnisko jest do jest do zaakceptowania wobec wizji pozostania w kraju.

– Zabiję cię – witam się z Alicją.

– Ja cię bardzo przepraszam, nie słyszałam komórki. Co się stało?

Wyjaśniam, że musiałem się wrócić do domu. Dojechałem taksówką.

– Okej, wynagrodzę ci te stresy – zapowiada Alicja.

Zobaczymy jak.

Samolot jest wypchany na full. Lecą głównie młodzi ludzie. Najwyraźniej chcą złapać końcówkę lata. Lot do Cagliari trwa niecałe dwie godziny. I dobrze, bo jest mi trochę gorąco w podwójnych spodniach. Trudno i darmo mam tylko bagaż podręczny 40 × 25 × 20 cm, a w nim oprócz ubrań i żarcia także śpiwór puchowy materac dmuchany i namiot. Sam się dziwię, że potrafię to wszystko upchać do tak małego plecaka.

Sardynia wita nas na słoneczną i ciepłą pogodą. Zrzucam niepotrzebne rzeczy i idę kupić bilety na kolejkę. Jej przystanek jest w odległości około kilometra od terminalu, pociąg jeździ stosunkowo często (bilet 1.3 EUR). Po 10 minutach wysiadamy na głównym dworcu.

– Właściwie mogliśmy wysiąść przystanek wcześniej, bliżej byłoby do hotelu – mówię do Alicji.

– Nie szkodzi, mamy czas.

Do hotelu Dawid mamy około 2 km. Miasto sprawia dobre wrażenie, to co mnie zawsze rajcuje, to obecność agaw, fikusów sprężystych i innych roślin, które w Polsce nie dorastają do tak imponujących rozmiarów jak tu.

– Nie idę za szybko? – pytam towarzyszkę podróży.

– Nie. Jak będzie źle, to powiem.

Alicja ma problem ze stawem biodrowym. Musimy to brać pod uwagę przy wędrówce. Na razie jest okej. Nasze lokum jest położone na wzgórzu nieco peryferyjne w stosunku do ścisłego centrum. "Dawid" to właściwie pensjonat nie hotel. Kilka pokoi w kamienicy. Nasz pokój jest znośny, mamy dostęp do kuchni. Płacimy opłatę lokalną (po 2 EUR) i po prysznicu idziemy “na miasto”.

Jak zwykle nie mamy planu zwiedzania. Wiem, że znajduje się tu zamek i sporo kościołów. Są też rzymskie lub etruskie pozostałości. Podchodzimy najpierw do punktu widokowego na końcu naszej ulicy. Stąd widoczny jest Castello di San Michele – wspomniany zamek na wzgórzu – oddalony jest o półtora kilometra w linii prostej.

– Zobaczymy go może jutro, teraz lepiej chodźmy do centrum i nad morze.

– Może jest tu port rybacki – zastanawia się Alicja.

– Możliwe, w końcu jesteśmy nad morzem...

Mijamy ogród botaniczny (wstęp 4 EUR), zaglądamy do kilku kościołów. Z wielu miejsc widoczne jest wzgórze ze średniowiecznym bastionem.

– Nie unikniemy wspinaczki! – myślę na głos – Ale na razie port.

Portu rybackiego jednak w tym miejscu nie ma, Alicja musi zadowolić się krótkim odpoczynkiem na nabrzeżu z widokiem na promy i parę łódek.

Później ciąg dalszy spacerów – reprezentacyjna nadbrzeżna promenada obsadzona jest palmami. Fotografuję interesujące fasady domów. Zapuszczamy się w wąskie i ciemne uliczki starego miasta. Lubię takie wędrówki, oglądanie wystaw sklepowych, przyglądanie się ludziom przy kawiarnianych stolikach.

– Wiesz – zwracam się do koleżanki – w ciągu tych wszystkich lat jeżdżenia po świecie wypracowałem sobie takie podejście, że nie mam silnej potrzeby spędzania czasu w ogródku restauracyjnym czy kawiarnianym. Cieszy mnie jednak widok tych ludzi tak beztrosko spędzających to czas, ale im nie zazdroszczę.

Alicja potakuje głową. Z pewnością stać ją na posiłki w restauracjach, ale przyzwyczajona do swoich motocyklowych niewygód, jak myślę, rozumie mnie. Skręcamy w uliczkę Scalette Monache Cappuccine. Przechodzimy pod oporowym łukiem rozpiętym nad schodami i przystajemy kościele Madonna della Pieta. Kościół średnio nas ciekawi, obok wejście do klasztoru Monastero del Sacro Sepoilcro. Zaglądamy do środka i tu ciekawostka. W ścianie przedsionka zamontowano obrotowe okno z czterema drewnianymi skrzydłami, które przy obracaniu tacy zamontowanej u podstawy nie pozwalały na bezpośredni kontakt (również wzrokowy) między zakonnicami a dostawcą towarów które kładł na obracającej się tacy. Inne interesujące rozwiązanie uniemożliwiające bliski kontakt z odwiedzającymi klasztor widziałem kiedyś w Santa Catalina (Arequipa, Peru).

– Chcesz tu zostać? – pytam na wszelki wypadek Alicję.

– Nie, dzięki! – dziewczyna potrząsa przecząco głową.

Ulice stają się coraz bardziej strome, wyprowadzają nas do podnóża bastionu. Tu przy via Giovanno Spano wznosi się okrągła narożna wieża z białego wapienia a po prawej Porta dei Leoni. Przechodzimy na drugą stronę i stajemy na Piazzetta David Herbert Lawrence, czyli sporych rozmiarów rynku miejskim. Na jego skraju znajduje się punkt widokowy (Terrazza Umberto I), przystajemy tu, by podelektować się panoramą.

– Tam musi być dużo dzikiego ptactwa – Alicja wskazuje na przybrzeżne jezioro czy lagunę.

– I dużo komarów!

U podnóża bastionu ciągną się ciemne wąwozy ulic. Wieczorne słońce oświetla tylko pomarańczowe dachy kamienic. Czas na powrót. Niespiesznie schodzimy w kierunku północnym.

Tu, przy Piazza Palazzo znajduje się wspaniała katedra (Cattedrale di Santa Maria Assunta e Santa Cecilia). Jej fasada przypomina nieco tę znaną mi z katedry w Pizie. Tworzą ją trzy rzędy kolumn ustawionych ponad rzędem wysokich pilastrów i wiszących łuków. Nic nie zachowało się z wcześniejszej barokowej fasady zburzonej na początku XX wieku. Współczesna jest neoromańska a przez to nawiązuje do pierwotnego stylu XIII-wiecznej świątyni. Tympanony ponad trzema wejściowymi bramami pokryte są kolorowymi mozaikami z Matką Boską i świętymi. Wchodzimy do środka i jesteśmy naprawdę pod wrażeniem. Marmurowy ołtarz, malowane sceny biblijne na kolebkowym sklepieniu, kolorowa marmurowa ambona z baldachimem, równie piękne ołtarze boczne z alabastrowymi aniołkami, czarne ”kręcone” kolumny charakterystyczne dla baroku, marmurowe tralki w licznych balustradach i wielkie marmurowe lwy styloforowe strzegące schodów prezbiterium (XVII w.). A dalej niesamowicie piękny Altare di Sant'Isidoro w transepcie z posągami świętych i obrazem Madonny z Dzieciątkiem. I kolejny boczny ołtarz z wieloma marmurowymi figurami. I drewniana galeria powyżej dla VIP-ów… I XIV-wieczne mauzoleum króla sardyńskiego Marcina I Młodszego (Martino I di Sicilia). I jeszcze sławna marmurowa ambona wyrzeźbiona przez Guglielmo – XII-wiecznego mistrza, który pracował przede wszystkim przy katedrze w Pizie. Na Pergamo di Guglielmo przedstawiono św. Pawła z Tytusem i Tymoteuszem, sceny ewangeliczne, takie jak Przemienienie Pańskie, Chrzest, Wniebowstąpienie, adorację Magów i powrót Mędrców. Ale to nie koniec! Schodzimy do krypty pod absydą (Santuario dei Martiri) i tu wprost oniemiejemy od bogactwa ornamentów. Dziesiątki miniaturowych paneli z płaskorzeźbami przedstawiającymi świętych i święte. Alabastrowe fryzy z aniołkami. Sklepienie krzyżowe pokryte stiukiem o motywie roślinnym. I jeszcze dwie boczne kapliczki z marmurowymi nagrobkami.

– Niesamowity kościół! – mruczę do siebie i wciąż fotografuję.

Z katedry wychodzimy w pełni usatysfakcjonowani. Zaglądamy jeszcze do pobliskiego budynku prefektury (Prefettura - Ufficio Territoriale del Governo di Cagliari), tu interesująca klatka schodowa. I znów zagłębiamy się w labirynt wąskich uliczek, przechodzimy przez kolejne bramy, zaglądamy na podwórka. Wciąż jest jeszcze jasno, a my nie mamy dość.

Wstępujemy do kolejnego kościoła. Basilica Magistrale Mauriziana di Santa Croce nie olśniewa tak, jak katedra, ale malowane kolebkowe sklepienie i absyda również robią wrażenie.

Z mapy wynika, że w pobliżu znajduje się amfiteatr.

– Chodźmy tam. Chciałabym usiąść tam na schodach.

Przechodzimy przez dziurę w ogrodzeniu i przemykając pomiędzy ostrymi zaroślami, dochodzimy do krawędzi dolin. Tu, w jej górnej części, znajduje się kamieniołom i wspomniany amfiteatr. Mam, co prawda, wątpliwości czy jest faktycznie z czasów rzymskich*/. Siadamy na wapiennych skałach i robimy sobie podwieczorek. W każdym razie zejść na dół z tego poziomu byłoby trudno. Do domu docieramy po zmroku.

– Ja chcę kawę z ekspresu mówi Alicja.

Dziewczyna jest smakoszem kawy, nie wystarczy jej napić się zwykłej kawy rozpuszczalnej lub, nie daj boże, sypanej do garnuszka. Na szczęście gospodarz udostępnia w kuchni ekspres, wszelkie czynności techniczne pozostawiam już Alicji.

Kolacja i do spania.

______________________________

*/ Rozwiałem swoje wątpliwości później. Faktycznie amfiteatr pochodzi z II w. n.e., ale dość szybko przestał być użytkowany, odkąd Walentynian III zakazał w 438 roku walk gladiatorów.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej