Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]
Autostopem do Alghero | Ty mnie nie słuchasz | Jedziemy do Jaskini Neptuna |
Planując podróż na Sardynię, chciałem przejechać całą wyspę z południa na północ, od Cagliari do Alghero. Krótki czas przeznaczony na zwiedzanie nie pozwalał na poznanie wschodniej części wyspy. Do końca jednak kwestią otwartą pozostawał północny koniec wyspy Sardynii. Znajduje się tu tam trochę atrakcyjnych plaż i urokliwych miasteczek. Tę kwestię zostawiłem do decyzji na miejscu. Na ewentualny wypad na północ moglibyśmy przeznaczyć tylko jeden dzień, jednakże w momencie zabukowania na dziś noclegu w Alghero kwestia planów na jutro została odłożona.
Po śniadaniu porządkujemy po sobie mieszkanie i przed 8:00 wychodzimy. – Idziemy na stopa, tak? – pyta Alicja. – Spróbujemy. W najgorszym wypadku wrócimy do centrum na autobus.
Ustawiamy się przy nadmorskiej drodze. Główna droga do Alghero prowadzi przez Padrię (SS292). My jednak spróbujemy swojego szczęścia na znacznie krótszej nadmorskiej trasie (SP105). Tak więc stoimy na wylotówce przy Supermercato Sisa Gastronomia Frigau i czekamy. Jest dosyć wczesna godzina być może z tego powodu ruch jest mały. Dość długo tu tkwimy w końcu liczyły się nad nami jakiś chłopak. Niestety jedzie tylko parę kilometrów. Dolina, w której się znajdujemy, jest być wąska zalesiona nieważne dobrze w dalszą drogę zabiera nas mężczyzna w sportowym wozie. Gość jest dość gadatliwy, opowiada o sobie i twojej pracy. Chociaż jest już 10:00, a dzień w miarę ciepły, to wąski do linii, którą idziemy jest dość wąskie ciemnych dolinie, którą jedziemy z dość chłodno, a góry ponad nami spowite są mgłą. Jeszcze 40 minut i jesteśmy w samym centrum Alghero. Z sms-u, który otrzymałem od hosta z Booking.com wynika, że mieszkanie będzie dopiero dostępne od 14:00. Nie chce się nam tak długo czekać, bo w planie mamy wyjazd do groty Neptuna. Wysyłamy sms-a z informacją, że jesteśmy już i czy możemy dostać się do środka. W oczekiwaniu na odpowiedź odpoczywamy w parku.
– Zły jestem! Bo nawet, jeśli check-in miał być od 14:00, to liczyłem, że możemy zostawić bagaże.
– No, szkoda, że mamy te plecaki ze sobą, bo faktycznie lepiej byłoby je zostawić. Nie będziemy z nimi chodzić po mieście…
O 12:00 dostajemy info, że możemy już przyjść. To niedaleko, parę ulic tylko. Po drodze rozmawiamy o życiowych sprawach. Popełniam w tym momencie błąd, bo dochodząc do ulicy, przy której znajduje się nasz hostel, odwracam się od Alicji i szukam wzrokiem numeru najbliższego budynku. Alicja przerywa swój wywód i ze wściekłością w głosie mówi:
– Nie słuchasz mnie. Zastanawiam się, czy ta rozmowa w ogóle ma sens.
– Chciałem tylko sprawdzić, czy mamy skręcić w prawo czy w lewo...
– Masz mnie w nosie!
– Nieprawda, przecież słucham ciebie cały czas.
Sytuacja, można powiedzieć, banalna, ale, jak się później okaże, brzemienna w skutki. Alicja jest obrażona i to na amen.
Hostel jest malutki, urządzony na drugim piętrze kamienicy. W wąskim korytarzu znajduje się kuchnia, pokój mamy pokój z łazienką i widokiem na ulicę. Hotelarz pilnuje, abyśmy nie ściągali masek.
– Tu macie naczynia, a tutaj sztućce – odsuwa drzwiczki i szuflady w kuchni.
– Dobrze.
Tu jest czajnik, możecie zagrzać wodę – pokazuje czajnik – tu jest gniazdko. Trzeba potem wyjąć wtyczkę.
– Dobrze.
– A tutaj jest wasze śniadanie – pokazuje w szafce przygotowane pakiety jedzeniowe. – Są podpisane numerami pokojów, nie pomylcie się!
– Dobrze.
Wszystko lśni czystością i widać, że właściciel fanatycznie dba o porządek.
– Brakowało tylko, żeby nam zrobił szkolenie z mycia naczyń! – mówię, gdy jesteśmy już sami w pokoju.
Atmosfera dalej jest podminowana, w milczeniu przyrządzamy sobie posiłek. Zrobiła się już 14:00.
– Idziemy sprawdzić autobusy do jaskini?
– Tak.
Z rozkładu jazdy na przystankach przy parku niewiele wynika. Miejscowi mają najwyraźniej samochody i nie mają potrzeby korzystania z autobusów.
– Wiesz co? Odpuśćmy dzisiaj tę jaskinię. Pojedziemy rano, a teraz pójdziemy do miasta. Albo na plażę, jak wolisz?
– Chodźmy na plażę.
[Reszta dnia]