Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Kraków – Przemyśl – Suczawa

czwartek-piątek, 31 VII-1 VIII 2003


A jednak jadę! | Przemyśl – ładnie tu | Magdy | Wózki, dętki i kielnie | Nocny desant w Suczawie


Bukowina

A więc jednak – jadę do Rumunii. Przez ostatnie dwa-trzy miesiące żyłem w niepewności, czy ten wyjazd dojdzie do skutku. Ostatni dzień był zwariowany: ledwo wysiadłem z pociągu z Petersburga, ledwo się przespałem kilka godzin, ledwo się spakowałem – a już gnałem na pociąg do Przemyśla, by nazajutrz ruszyć do Suczawy.
Te wakacje zapowiadają się wyjątkowo – podwójna dawka wrażeń – dwa wyjazdy. Przypomina mi się pamiętne lato '93 kiedy to po gorącej Skandynawii ruszyliśmy w podróż po upalnej Italii.
A teraz – po gorącej Karelii? Co będzie: upalne Karpaty i słoneczna Bułgaria? Czy czekają nas deszcze i nocne przymrozki? Jak uda się ta moja kolejna wyprawa? Jadę z zupełnie nieznanymi mi ludźmi – w jakby nie było – dość trudny region. Wyjazd ten cieszy mnie, tym bardziej że jedziemy sami: bez biura, bez szczegółowych planów. Pierwotnie moim zamierzeniem było zwiedzenia w ciągu 4-6 tygodni całych Bułgaria – łącznie z Albanią i byłą Jugosławią, ale różne przymiarki prowadziły do wniosku, że jeśli się chce poznać w miarę dokładnie te kraje, to miesiąc jest zbyt krótkim czasem. A zatem – na razie – kierunek Rumunia, a jeśli starczy sił i czasu – będzie Bułgaria.

Przemyśl. Jak dawno tu nie byłem – 21 lat. Jechałem wtedy z Rymanowa-Zdroju na swą pierwszą wielodniową wycieczkę rowerową na Roztocze. Niewiele zapamiętałem z tamtego dnia – dziś miasto sprawia na mnie bardzo pozytywne wrażenie: ładnie położone, zatłoczone nawet o tej porze (20:00), z pochyłym rynkiem i uliczkami przyozdobionymi kawiarnianymi ogródkami. Nie ma w nim nic z atmosfery sennego przygranicznego miasteczka.

Szybko odszukuję dom wypoczynkowy PTTK i czekam na Magdy, które akurat wyszły zwiedzać miasto. Wracają, przedstawiamy się. Magda, której dotąd nie znałem, w przeciwieństwie do swej koleżanki (którą ze względu na zbieżność imion będę tu nazywał Madzią) już skończyła Akademię Medyczną i jest obecnie na stażu. W ruch idą komórki i umawianie się z ludźmi ze Śląska, którzy jadą również do Rumunii, ale pociągiem przez Węgry. Wygląda na to, że musielibyśmy objechać całe Alpy Rodniańskie dookoła, by się z nimi spotkać. No cóż, zobaczymy, jak będzie. Na razie Magda komunikuje, że ma 3 tygodnie wolnego, do Bułgarii nie jedzie, chodzić szybko po górach – nie chodzi, i w ogóle...
Tak...
Trochę opowiadam o Karelii, dziewczyny są jednak zmęczone – idziemy więc spać.

1 sierpnia. Wyjazd o godzinie 7:30 autobusem do Suczawy. Teoretycznie mamy być na miejscu o 22:30. Zastanawiające, jeśli się zważy, że na bilecie stoi jak byk 503 km. Autobus odjeżdża z półgodzinnym opóźnieniem, wystarczającym czasem, by handlarze mogli załadować kilkadziesiąt wózków bagażowych i umieścić je pod siedzeniami pasażerów. Oczywiście luki również są wypełnione jakimiś worami i pudłami. Z górnych półek wystają rządki kielni, głębiej wepchnięte są viziry i persile. Towar zasadniczo należy do dwóch rumuńskich kaszalotów, które co chwilę bezceremonialnie przepychają się tam i z powrotem. Granicę ukraińską pokonujemy w ciągu godziny. Magdy zajęte są głównie sobą, ja się męczę podwójnie, jako że fotel nie jest rozkładany, zaprojektowany dla pigmejów rumuńskich. Co gorsza, autobus przecieka, a moja sucha przestrzeń życiową wciąż się zmniejsza.
Staram się nie myśleć o konsekwencjach wynikających z całokształtu sytuacji.

Po minięciu Czerniowców autobus nieoczekiwanie skręca w boczną drogę. Tu w garażu znajduje się dziupla, kaszaloty wyładowują 20 stulitrowych worów wypełnionych dętkami do opon samochodowych. No... sytuacja w kraju na rynku gumowym ulegnie zasadniczej poprawie...
Granicę rumuńską przekraczamy w ciągu 2 godzin.

W końcu upragniona Suczawa. Grupa bydgoska pod przewodnictwem Jacka ma pociąg o 22:05. Również jadą w Alpy Rodniańskie. Jest 21:30. W każdym razie oni tak sądzą. Delikatnie zapytuję, czy aby nie trzeba przesunąć zegarków o godzinę. Nie. Zobaczymy ;-).
Wypakowujemy się przy tzw. kempingu. Jest to właściwie kilka otwartych i zdewastowanych domków kempingowych. Miejscowy cieć odradza nam tu nocleg ze względu na zagrożenie cygańskie, pardon, romskie. Rozbijamy się w kilka namiotów na sąsiedniej łące przy pasterzach (obok wieży spadochronowej). Magda pochlipuje – zginęła jej czołówka. Podaję herbatę. Zasypiamy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej