Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Czerniowce – Kraków

środa, 20 VIII 2003


Wracam do kraju :-) | Ostatnia granica | Czas na podsumowanie


To już chyba ostatni dzień wycieczki. Kupuję bilety dla całej trójki, dopłacając w kasie 2 € (= 11 hrywien). Ja jadę do Przemyśla (48 hr), Karolina i Bartosz do Lwowa (12 hr). Za ostatnie kopiejki kupuję wodę mineralną. Odjazd 8:07. W pociągu spotykamy dwie niezależne pary młodzieży polskiej wracającej z krótkiego wyjazdu na Ukrainę. Swoją drogą odważne (lub bez wyobraźni) te dwie dziewczyny, które w wieku 17 lat wybierają się same do takiego kraju! Mamy miejsca obszczije w wagonie plackartnym. W praktyce kto chce, może się rozłożyć i drzemać. Trochę rozmawiam z młodymi osobami, trochę czytam pożyczony przewodnik po Bukowinie i Rumunii. Bukowina

Tymczasem Karolina i Bartek rozpatrują różne warianty swej dalszej drogi. Także i ten, że dadzą w łapę prowadnicy i pojadą do Medyki. Przeprowadzam z kobietą odpowiednią rozmowę; ta, być może dla kamuflażu, idzie się spytać "naczialnika". OK, mogą jechać dalej. Problem jest jednak taki, że stamtąd mają 10 kilometrów do przejścia drogowego. Ostatecznie decydują się na autobus do granicy ze Lwowa. Żegnamy się. Przed polską granicą idą w ruch worki foliowe i taśmy do klejenia. Piesek celników przelatuje przez wagony, nie zwracając uwagi na moją konserwę. Hm... Ukraiński wopista odkłada mój paszport na bok i pyta skąd jadę. Mam wbity do paszportu tranzyt z przejścia drogowego na przejście drogowe. A jadę pociągiem. Probliem. Mam nauczkę, by nie wpisywać w deklaracji tranzytu, lecz cel turystyczny. Oczywiście zostaję w pociągu – wszak wcześniej wbił mi stempel – ot, uprzejmy służbista!
Dojeżdżamy do Przemyśla, rzucam się do kolejki do odprawy celnej (cóż, te nawyki!), niepotrzebnie, bo plecakowiczów rozsądne polskie służby przepuszczają bokiem, bez kolejki. "Przewozi Pan alkohol?" "Jasne", uśmiecham się i idę dalej. W trzy godziny później jestem w Krakowie.

Czas na podsumowanie. To były udane wakacje. Mam nadzieję, że było to widać na poprzednich stronach. W ciągu trzech tygodni zwiedziłem Rumunię i to w miarę dokładnie. Często ludzie ograniczają się do Bukowiny, jednego pasma górskiego lub wczasów w Mamai. Ja natomiast przeszedłem prawie w całości trzy piękne pasma górskie: Alpy Rodniańskie (Pietrosul, 2303 m n.p.m.), Bucegi (Omu, 2507 m n.p.m.) i Fogarasze (Moldoveanu, 2547 m n.p.m.). Zobaczyłem kilka najładniejszych miast, w tym niezapomnianą Sighisoarę. Wypocząłem kilka dni nad morzem i zwiedziłem Deltę Dunaju. W końcu obejrzałem malowane monastyry. Widziałem piękne pałace i muzea. To dużo. Poruszałem się po górach w swoim tempie, dobra pogoda i okoliczności mi sprzyjały. Miałem liczne kontaktu z ludźmi – samotne podróżowanie paradoksalnie sprzyja rozmowom. Spotkani Rumuni byli pomocni i sympatyczni. Zapoznałem się z kuchnią rumuńską i rumuńskimi alkoholami. Noclegi w domach rumuńskich pozwoliły mi, choć w małym stopniu przyjrzeć się ich prywatnemu życiu. Poza drobnym incydentem w Suczawie nie spotkała mnie żadna przykrość z ich strony.

Był to mój pierwszy od lat "niezorganizowany" wyjazd. Wyjechałem z przypadkowymi osobami, które w mojej ocenie okazały się nieodpowiedzialne i niedojrzałe. Można powiedzieć – źle trafiłem. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: samotny dalszy tramping pozwolił mi na zrealizowanie wszystkich moich planów. Przy okazji przekonałem się na własnej skórze, że Rumunia nie jest tak zła jak ją diabli malują. To przyjazny i bezpieczny kraj. No i tani. Wydawałem tu około 10 € na dzień, wyjątkowo mało – patrząc z perspektywy ostatnich wyjazdów. Koszt ten byłby jeszcze niższy, gdybym miał ze sobą namiot. Przy czym nie oszczędzałem na każdym kroku: wchodziłem do wszystkich obiektów turystycznych, które spotkałem na trasie, nie korzystałem ze zniżek studenckich. Kupiłem trochę pamiątek i prezentów.
Być może kiedyś tu jeszcze wrócę. Może dla Retezatu lub Negoiu, może, by tanio poopalać się rodzinnie? Może w drodze do Bułgarii, do której nie dotarłem? A może dla błotnych wulkanów, prawie nierozpropagowanych w przewodnikach, a o których dowiedziałem się od Karoliny i Bartka? Czas przyniesie odpowiedź.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej