Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Zdiar - Stary Smokowiec - Czerwona Ławka - Nowa Leśna

poniedziałek, 27 VI 2011


Załatwiamy nocleg w Nowej Leśnej | W Dolinie Zimnej Wody | Kozice na szlaku | Na Czerwonej Ławce | Zejście do Zbójnickiej Chaty | W końcu w domu!


O siódmej wsiadamy do autobusu i jedziemy do Starego Smokowca. Pytam parkingowego o nocleg.
- U mojego znajomego się znajdzie - mężczyzna wyjmuje komórkę i dzwoni.
- Ale ja szukam taniego ubytowania - zaznaczam zapominając jak zwykle, że "szukać" po słowacku to brzydkie słowo.
Staje na 16 euro za pokój. Plus opłata lokalna 1 euro, jakoś to przełkniemy.
- To w Novej Lesnej, pan przyjedzie po was samochodem - mówi parkingowy.
Hm. Niebyt jestem z takiego rozwiązania zadowolony. Oznacza to bowiem konieczność dojazdu do Starego Smokowca elektriczką. Ale ponoć tu ciężko o tani nocleg.

Po 10 minutach przyjeżdża nasz gospodarz, szybciutko przepakowuję potrzebne na wycieczkę w góry rzeczy do swojego plecaka, plecak Sergiusza pojedzie do Nowej Leśnej. Koniec końców my teraz tam nie musimy jechać. Przytomnie zapisujemy adres kwatery i żegnamy się. Teraz zakupy jedzeniowe w pobliskim supermarkecie. Z przykrością stwierdzam, że jest tu drożej niż w Polsce. Chleb trzy do pięciu złotych, pomidory osiem, dżem sześć-siedem. Na szczęście będziemy na Słowacji tylko tydzień.

Dziś pójdziemy na Czerwoną Ławkę. To ponoć jeden z najtrudniejszych szlaków po tej stronie Tatr, odpowiednik Orlej Perci. Nie wiem, na ile to prawda, zobaczymy, porównamy.

Jest dopiero siódma. Szlak prowadzi początkowo wzdłuż torów kolejki szynowej. Jakoś do głowy mi nie przyszło, by korzystać z takiego udogodnienia. Gdy po 40 minutach dochodzimy do Smokowieckiego Siodełka (1285 m n.p.m.), nadjeżdża akurat kolejka i z wagonika wysypuje się ze trzydzieści osób. Ciekawe, ilu z nich pójdzie razem z nami. Dalsza droga prowadzi ku Bilikowej Chacie (1333 m n.p.m.) na zboczach Doliny Zimnej Wody (Studená dolina), a dalej wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Potok tworzy bystrza a nieco wyżej, w malowniczej kotlince kaskadę wodospadów (Vodopády Studeného potoka). Na trasie, mimo ładnej pogody, pusto, spotykamy ledwie kilka osób. Do schroniska, zwanego Chatą Zamkovskiego (1475 m n.p.m.) dochodzimy o 9:15. Tu szlak krzyżuje się z Tatrzańską Magistralą, my idziemy wyżej, ku Chacie Téryego. Szeroka początkowo Dolina Małej Zimnej Wody zwęża się i prowadzi coraz bardziej stromo. Przed nami piętrzą się coraz wyższe góry, na czarnych graniach płaty śniegu, gorzej, że szczyty spowite są chmurami. Mam nadzieję, że pogoda się utrzyma.

Zza kolejnego zakrętu wyłaniają się w oddali zabudowania Chaty Téryego. Jeszcze dwadzieścia minut wspinaczki. Mijamy jeziorko i wchodzimy do schroniska (2012 m n.p.m.). Jak dobrze schronić się przed zimnym wiatrem w ciepełku drewnianej chaty... Robimy sobie kanapki i jemy ciastka. Po kwadransie wychodzimy. Jest 12:00. Krajobraz staje się jeszcze bardziej skalisty, szkoda, że mgła i chmury psują widoki. Dwójka Polaków, których doganiamy ogląda po drugiej stronie zbocza skubiące trawę kozice. Przyłączamy się do obserwacji.
- Patrz, tam jeszcze jedna! - Sergiusz wskazuje ręką - O, i jeszcze jedna, tylko głowę za skałą widać!
Kozice są jakieś nieruchawe i wychudzone. Ale i tak się cieszę, że je widzę. Cieszę się również ze śpiewu niewidocznych ptaszków i każdego spotkanego kwiatuszka. Ładnie tu!

Idziemy dalej. Teraz czeka nas trudniejszy odcinek. Zaczynają się łańcuchy. Sergiusz sobie świetnie radzi, idziemy w niezłym tempie. Wyprzedzamy polską studencką parę (nocują w Starym Smokowcu, 65 euro pokój). Gdzieś w górze, wśród mgły słychać czyjeś głosy. Doganiamy grupkę Słowaków męczących się na stromym podejściu. Zwolnili, bo jeden z nich porusza się na łańcuchach z trudem. Przepraszamy i wyprzedzamy. Kolej na drabinki i klamry.
- Pamiętasz jak cię ubezpieczałem podczas schodzenia z Zawratu do Doliny Pięciu Stawów? - pytam Sergiusza.
Nie, nie pamięta. A było to ledwie 3 lata temu. Miał wówczas 12 lat, gdy poszliśmy na Świnicę. A w dwa dni później na Rysy. Rok temu byłem sam na Orlej Perci i uznałem, że to jednak trudny szlak dla nastolatka. I że słusznie nie proponowałem mu wcześniej przejścia przez Perć. Ale dziś - myślę - poradziłby sobie znakomicie. Dochodzimy do Poprzecznej Przełęczy, czyli Czerwonej Ławki (2380 m n.p.m.). Mgła spowija góry, ptaszki ucichły, jest chłodno, ale do wytrzymania. Kilkanaście metrów nad nami rozmawiają ze sobą taternicy. My schodzimy nieco niżej i w zaciszu jemy śniadanie. Teraz trochę ślizgania się po mokrej ziemi w żlebie i po kwadransie schodzimy na bardziej płaski teren. Wokół potrzaskane skały i głazy pokryte wzorcem geograficznym (Rhizocarpon geographicum) - moim ulubionym zielonkawym porostem. Jak ja lubię te widoki! Dochodzimy do miejsca, w którym turyści ustawili kilkadziesiąt kamiennych piramidek. Ułożone w półmetrowe lub wyższe stosy płaskie kamienie przywołują mi wspomnienia znad jeziora
Terchijn Cagaan Nuur w Mongolii. Tylko tam kopce układane były z motywów religijnych, w intencji, by się spełniła osobista prośba, tu w Europie - raczej dla zabawy.

To na tyle najtrudniejszego odcinka dzisiejszej wycieczki. Czerwona Ławka okazała się nieskomplikowanym technicznie szlakiem, znacznie łatwiejszym niż Orla Perć a zwłaszcza Kozia Przełęcz. Chociaż, oczywiście, trzeba uważać, by nie zlecieć w dół ;-)

Kamienne schody sprowadzają nas ku Strzeleckim Polom (Strelecké polia). Na lewo otwiera się panorama Doliny Starej Wody (Vežká Studená dolina), gdzieś tam daleko słońce oświetla podtatrzańskie wioski. Nas czeka teraz godzina drogi do Zbójnickiej Chaty. Trawersujemy zbocza Jaworowego Szczytu zataczając szeroki łuk ponad górną częścią doliny, kilkadziesiąt metrów po śniegu, jeszcze niewysoki garb i już dochodzimy do schroniska (1950 m n.p.m.). Kupujemy herbatę i zjadamy resztę zapasów. Jesteśmy nieco zmęczeni, należy się nam chwila odpoczynku, ale Sergiusz chce iść dalej.

Na Siodełko schodzimy wzdłuż potoku Staroleśnego. Pogoda się utrzymuje, choć wieje nieprzyjemny zimny wiatr. Przy Magistrali ze smutkiem patrzę na kilkadziesiąt wyciętych przy drodze świerków. Dziwię się, że w parku narodowym pozyskuje się tak masowo drewno, ale wtedy uświadamiam sobie, że cała dolina jest pokryta uschniętym lasem. To przerażające: większość świerków i jodeł straciła szpilki, tylko nieliczne się zielenią.

Teraz już znajoma trasa wzdłuż kolejki do Starego Smokowca. Odkrywam, po co na asfalcie jest wydzielony pas dla rowerów: można tu oto wypożyczyć prosty rower i po kilkuminutowym zjeździe "na pełnym gazie" oddać go na dole. My się tak nie spieszymy. Sergiusz przystaje w połowie drogi i ogląda mijające się wagoniki na jednotorowym kolejowym szlaku.

W mieście jesteśmy o 18.00 za nami dziesięć godzin pięknej wędrówki. Jesteśmy zadowoleni. Kupujemy bilety do Nowej Leśnej i po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Dochodzimy do centrum i tu robimy zakupy wykłócając się o wieczorne menu. Niestety, nasza kwatera jest na Sadowej, to drugi koniec osiedla, musimy się więc jeszcze pomęczyć. Ale w końcu jesteśmy "na privacie", warunki w miarę dobre, choć łazienka i TV poza pokojem. Gotujemy zupki i zjadamy makaron z białym serem. Nasz słowacki cukier w kostkach niełatwo poddaje się ucieraniu...

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej