Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]
Na gapę do Popradu | Zwiedzamy miasto | Kemping w Czingovie | Malowniczy Przełom Hornadu | Wspinaczka wzdłuż Kalstorskiej Rokliny | Wieżyczki w Dolinie Białej
Pociąg do Popradu mamy o 7:15. Po śniadaniu, szybkim krokiem idziemy na przystanek kolejowy. Elektriczka spóźnia się, ja od niechcenia studiuję cennik biletów odcinkowych umieszczony na ich odwrocie. Wynika z niego, że bilety z Nowej Leśnej do Popradu kosztują 0.64 euro a nie 0.32 euro. Najwyraźniej słowacki kasjer w Podlesom pomylił się. Upewniamy się, że za dopłatą można kupić u konduktora bilety. Pociąg jest pełny ludzi spieszących się do pracy w Popradzie, zero turystów, konduktorka rozmawia z maszynistą w jego kabinie. A my cały czas siedzimy jak na szpilkach przez dwa długie przystanki. Uff, nie sprawdzała biletów ;-)
Dworzec autobusowy w Popradzie jest 200 metrów od kolejowego. Informacja i kasy jeszcze nieczynne. Podczas gdy studiuję rozkład jazdy, odjeżdża autobus do Spiskich Tomaszowic. Denerwuję się. A przecież niepotrzebnie, gdyż za pół godziny jest lepszy autobus – bo do Nowej Wsi Spiskiej. Jadąc przez pagórkowaty teren Spiszu z przyjemnością patrzę na malownicze wioski: wysokie wieże białych kościołów otoczone domami z czerwoną dachówką i kępami drzew. To nic, że jest deszczowo i zimno, Słowacja podoba mi się!
Na dworcu w "miejskiej" Wsi czeka nas niespodzianka: autobus do Czingova jest dopiero o 9:20. Wcześniejsze autobusy jeżdżą tylko latem, które, jak się okazuje, zaczyna się w tym kraju dopiero 1 lipca.
– Idziemy do centrum, pozwiedzać – decyduję.
Sergiusz ma niezbyt zadowoloną minę – cóż to za przyjemność chodzić w deszczu po mieście. Ale ja mam nadzieję, że może jakiś podmiejski autobus jedzie w stronę Czingova. Chcę również zobaczyć odmienny owalny rynek i tutejsze kościoły. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Rynek rozkopany, ale podoba się. Po ulicach przemykają pod parasolem i w pelerynach wycieczki szkolne. Więc nie tylko my mokniemy... W kościele pw. Wniebowzięcia NMP (chlubi się najwyższą, bo liczącą 87 metrów wieżą na Słowacji), spotykamy sporo ludzi, choć to dzień powszedni dzień i ranna pora. Przyszli posłuchać koncertu gitarowego jakiejś młodzieżowej grupy. Świątynia jest ciemna, ściany pokryte malowidłami, z trudem udaje mi się zrobić parę fotek. Wstępujemy do informacji turystycznej i tu się potwierdza, że do Czingova możemy dotrzeć tylko autobusem z dworca. Miejskie jadą tylko do Spiskich Tomaszowic i Smiżan.
O 9:45 jesteśmy już w Czingovie. Trochę to trwało, liczyłem, że wycieczkę po Słowackim Raju zaczniemy wcześniej, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: przestało właśnie padać i jak się później okaże, nie będzie już padać do wieczora. Teraz szukanie noclegu: nie interesują nas miejscowe hotele (ok. 40 euro za pokój), szukamy szczęścia w domach przy drodze do budynku Horskiej Służby – bez powodzenia. Ale dostajemy cynk, że po drugiej stronie rzeczki są tanie domki kempingowe przy knajpie Ihla. Ano są: 6.5 euro za łóżko bez postel'neho pradla,/i.. Warunki trampingowe – bez kuchni a toalety w przyziemiu. Pakujemy niezbędne rzeczy do jednego plecaka i idziemy na wycieczkę mając w głowie tylko zarys planu, gdzie zamierzamy iść. Chcielibyśmy jak najwięcej drabinek łańcuchów i innych utrudnień ;-)
Na razie mało ciekawa droga niebieskim szlakiem do Tomaszowskiego Rozhlada. Zastanawiamy się, co to jest ten rozhlad. Jak się okaże, to widokowa skała, na którą prowadzi szlak. Zgodnie oświadczamy, że na górę pchać się nie będziemy. Przechodzimy przez mostek nad rzeczką płynącą jarem – to przedsmak widoków, które nas czekają.
Kilkadziesiąt metrów dalej kolejne skrzyżowanie szlaków, trochę się gubimy w kierunkach, gdyż nie mamy dobrej mapy Słowackiego Raju a opis trasy z Pascala jest dość pobieżny. Przechodzimy na drugą stronę Hornadu płynącego w 7-metrowym wąwozie i idziemy jego lewym brzegiem.
– Podoba ci się tu? – pytam syna.
– No... jak by to powiedzieć... Nie! – uśmiecha się łobuzersko.
– Ciężko dogodzić dziecku, prawda? – mówię do kamery.
– Strasznie mi się tu podoba – poprawia się Sergiusz.
W bukowo-świerkowym lesie jest ciemno. Na rzece unoszą się sosnowe pnie tworząc zator. Na podmytym przez nurt rzeki brzegu pochylają się stuletnie świerki. Niektóre, zwalone już przez wiatr, przegradzają rzekę tworząc pokryte mchem mosty. Obrazu dopełniają wyłaniające się z gęstwiny wapienne skałki, gdzieniegdzie ciemnieje otwór jaskini. Puszczańsko tu...
Idziemy wciąż w stronę Klasztoriska. Ścieżka to przybliża się, to oddala od Hornadu niosącego mętną po deszczach wodę. Przekraczamy rzekę i teraz idziemy tuż nad brzegiem. Zaczynają się schodki w postaci krat umieszczonych przymocowanych do skał zwisających nad wodą. Zasadniczo ten odcinek jest ubezpieczony łańcuchami, ale i tak łatwo spaść z kilku metrów do (płytkiej) wody, jeśli się człowiek poślizgnie na wilgotnych metalowych prętach. Te przeprawy po kratkach zdarzają się jeszcze kilka razy i są – to oczywiste – największą atrakcją trasy.
Przy kolejnym wiszącym mostku na Hornadzie znów spotykamy Polaków – ojca z kilkuletnim synem. My pójdziemy wąwozem do Klasztoriska, oni – przez most. Zaczyna się najbardziej uciążliwy odcinek dzisiejszej wędrówki. Szlak zasadniczo prowadzi korytem potoku lub tuż przy nim. Jak wspomniałem, Słowacy bardzo skrzętnie zadbali o "naturalność" w tym parku narodowym: nie są usuwane z drogi zwalone pnie, czekają aż spróchnieją. Musimy więc co chwilę nie tylko przeskakiwać z głazu na głaz, ale i omijać kłody rzucone nam pod nogi ;-) Od czasu do czasu zdarzają się klamry i drabinki. Końcowy odcinek wąwozu jest bardzo wąski a przez to mroczny i ponury. Ta część Słowackiego Raju bardziej przypomina przedsionek piekła.
Dochodzimy do miejsca, w którym dalszą drogę zagradza potężny, 15-metrowy skalny mur. Obok spływającego po ścianie wąwozu wodospadu znajduje się, najdłuższa jak dotąd, kilkudziesięciostopniowa drabina.
– Popatrz! – mówię – Niby taki krótki wąwóz, a gdyby nie te drabinki i łańcuchy, to by się nie dało go przejść.
Dwadzieścia minut później jesteśmy na dużej łące. Na prawo widoczne są białe ruiny klasztoru kartuzów z XIII wieku, na wprost nas – schronisko. Kilka osób siedzi na tarasie, my wchodzimy do restauracji.
– Tato, chodźmy stąd – mówi Sergiusz speszony eleganckim wystrojem sali.
– No coś ty! Bierzemy herbatę i tu siadamy.
Herbata miała być z cytryną (1.5 euro), jestem oburzony jej brakiem!
No dobrze. Zjadamy ciasteczka i odpoczywamy pół godziny. Jest wpół do czwartej, czas w drogę.