Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Strbskie Pleso – Krywań – Nowa Leśna

wtorek, 28 VI 2011


Elektriczką do Szczyrbskiego Plesa | Zrywa się wiatr | Krywań – narodowy symbol Słowaków | Burza nad Tatrami | Odwrót w minorowych nastrojach


Nie pozwalam Sergiuszowi zbyt długo pospać. O 6:15 jesteśmy już po śniadaniu.

– Gotowy do drogi? – pytam pakując kanapki do plecaka.

– Taaaak... – w odpowiedzi słyszę długie ziewnięcie.

Pędzimy na skróty przez pola na przystanek elektriczki w Podlesom. Z mapy wynika, że będzie ciut szybciej niż na przystanek w Nowej Leśnej. Ostatnie metry pokonujemy nieco nerwowo, we wsi o tej porze nie ma kogo zapytać o dojście na stacyjkę. Uff! jedziemy. Najpierw do Starego Smokowca, tu, po półgodzinie, przesiadamy się na pociąg jadący do Strbskiego Plesa. Pogoda zapowiada się dobra, nad Tatrami białe obłoki. Przejeżdżamy obok potężnego Gerlachu (2655 m n.p.m.). Jego charakterystyczna, sylwetka z "wgnieceniem" pośrodku jest spowita przez kłęby chmur. Ponoć on ma tak zawsze ;-).

W Strbskim Plesie odpisujemy godziny powrotnych pociągów, kupujemy herbatniki i coś do picia i ruszamy czerwonym szlakiem na Krywań (2494 m n.p.m.). Droga początkowo prowadzi przez uśpione jeszcze miasteczko, w stronę jeziora. Szczyrbskie Jezioro, otoczone wysokimi, ciemnozielonymi smrekami, z granatową wodą smaganą coraz silniejszymi podmuchami wiatru, prezentuje się nad wyraz malowniczo na tle potężnych, granitowych szczytów.

– Ten wiatr mnie niepokoi – stwierdzam.

– Co mówiłeś? – Sergiusz odchyla kaptur i odwraca się – nie słyszę przez ten wiatr...

– Mówię, że nie podoba mi się ten wiatr.

– Aaaaa! Ale idziemy dalej, tak?

No pewnie, że idziemy!

Szlak prowadzi początkowo pofałdowanym terenem. To część Magistralą Tatrzańską. biegnącej u podnóża gór trasy i trawersującej w tej okolicy zbocza mniej więcej na wysokości 1400 m n.p.m. Na niebie prócz innych chmur widać charakterystyczną długą białą smugę "wyciągniętą" z chmury ponad szczytami. Ten wydłużony obłok przebiegający przez pół nieba przypomina smugę kondensacyjną samolotu, lecz oczywiście nią nie jest. "Dziwne" – stwierdzamy zgodnie. Rozmawiając sobie o chemtrails i innych teoriach spiskowych dochodzimy do lasu, by po godzinie trafić na żółty szlak idący na Wysokie Siodło (2314 m n.p.m.). Zastanawiamy się, czy wobec niepewnej pogody nie zrobić okrężnej trasy żółtym szlakiem. Długa biała smuga wciąż tkwi nieruchomo nad nami. Może więc pogoda się nie zmieni? Chcemy przecież wejść na tę, tak ważną dla Słowaków, górę, narodowy wręcz symbol – wszak sylwetka Krywania jest umieszczona na eurocentach a na szczyt co rok wędrują tysiące Słowaków w okolicach przesilenia letniego...

Idziemy zatem dalej Magistralą, by po półgodzinie na Rozdrożu przy Jamskim Stawie skręcić w prawo. Droga pod górę – wciąż lasem – jest żmudna, niestety zaczęła się mżawka, a rozmiękczona ziemia nie ułatwia wędrówki. Na razie deszcz zbytnio nie dokucza, ale gorzej będzie, gdy wyjdziemy powyżej linii lasu.

Po kolejnej godzinie docieramy do kosówki. Tu już pada regularnie. Ja mam na sobie kurtkę Alviki, powycierana w ciągu lat membrana zaczyna przepuszczać wilgoć. Sergiusz na kurtkę założył swój żółty ortalion, ale buty ma kiepskie.

– Sucho mam w butach! – zaprzecza na wszelki wypadek.

Jesteśmy na Przednim Hendlu, na wysokości 1750 m n.p.m. Wyprzedza nas grupa młodych Słowaków, również zaortalionowanych.

– Damy radę! – mówię przecierając zaparowane okulary i usiłując coś dojrzeć w mlecznej przestrzeni, która wypełniła świat. Ruszamy za grupą.

Łuuuup! Gdzieś z daleka dobiega przeciągły grzmot. Sergiusz niepewnie patrzy na mnie. Wciąż widzę możliwość wejścia na szczyt, choć teraz czeka nas 300 metrów w pionie po odkrytym terenie. W razie czego możemy odbić w lewo i zejść szlakiem do Trzech Źródeł (Tri Studnicy).

Burza jednak rozwija się, wiatr szarpie ortalionem, deszcz coraz silniej zacina mi po spodniach. Chowamy się w kosówce, w nadziei, że deszcz zelży.

– Wracamy? – pytam po 20 minutach.

Sergiusz kiwa głową. Chciałoby się zanucić:

Hej Krywaniu, Krywaniu wysoki!

Idzie od cię szum lasów głęboki,

a mojemu idzie żal kochaniu,

hej Krywaniu, Krywaniu, Krywaniu!...

Trudno. Czasem trzeba się wycofać. Schodzimy tą samą drogą. W lesie deszcz zmniejsza się, spotykamy nawet turystów idących w górę. Ale skoro już decyzję podjęliśmy, nie będziemy się wracać. Od czasu do czasu słychać odległe grzmoty. W Strbskim Plesie jesteśmy o 12:40.

W nienajlepszych nastrojach wracamy do Nowej Leśnej. Zaglądamy do dwóch sklepów, kupujemy makaron i biały ser na obiad. Wieczorem oglądamy słowacką prognozę pogody, która na najbliższe dni nie wygląda zbyt zachęcająco. Jutro – kierunek Słowacki Raj!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej