Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Baraniec - Przełęcz Żarska - Żar

piątek, 1 VII 2011


Plany na dziś | Sergiusz płoszy niedźwiedzie | Na szczycie Barańca | Ach ta pogoda! | Ciepło Żarskiej Chaty...


Wstajemy po szóstej. Mamy tylko resztkę chleba, wczoraj kupiłem tylko pół bochenka licząc, że uzupełnimy zapasy w Żarze. O wpół do siódmej idę do centrum wsi. Okazuje się, że jest tu właściwie tylko jeden sklep i to otwarty od 7:30. Zżymam się, bo to niepotrzebna strata czasu. Przed sklepem leżą kosze z przywiezionym pieczywem. Mam wielką ochotę zostawić jedno euro i wziąć chleb. Tak się przecież czasem robi na polskiej prowincji. Biję się z myślami, ale czekam do chwili otwarcia. Kupuję chleb i ser żółty. Biegiem wracam do domu, przełykam śniadanie i kawę i wychodzimy na szlak.

Celem naszym jest Baraniec (2184 m n.p.m.), potężny szczyt wysuwający się na południe od głównego grzbietu Rohacza. Jeśli pogoda i siły pozwolą, to po zejściu na przełęcz Żarską wyjdziemy na Płaczliwego Rohacza. Na razie góry toną w chmurach. Jest ósma.

Wychodzimy ze wsi w górę Doliny Żarskiej. Asfaltowy odcinek uatrakcyjniamy sobie zbieraniem poziomek. Mijamy skryte w lesie pensjonaty i za parkingiem zaczynamy ostre podejście. Żółty szlak prowadzi przez świerkowym lasem, raz uciążliwie prosto do góry, raz zakosami w lewo w prawo. Mgła ścieli się między porośniętymi porostami drzewami, bajkowa prawie sceneria.

Zaczyna kropić. Niewielki deszczyk, ale wiem, że w końcu przemokniemy. Zakładam ortalionowe spodnie, Sergiusz ubiera moją żółtą pelerynę. Mozolnie pchamy się do góry. Z mapy wynika, że mamy do pokonania ponad 1400 metrów w pionie. To tyle, co na Rysy z Polany Białczańskiej. Niepostrzeżenie mijamy skryty gdzieś w lesie wierzchołek Starej Stavki. I gdy po osiągnięciu kosodrzewiny dochodzimy do drogowskazu na Holy Vrh, cieszymy się, że to już 1700 metrów n.p.m. Góry wciąż spowite białą pierzyną.

Bezskutecznie wypatrujemy Barańca. Idziemy coraz węższym grzbietem mając po lewej Dolinę Żarską a po prawej Dolinę Jamnicką. Kosówka powoli ustępuje halom i czasem z chmur wyłaniają przeciwległe zbocza. Wiatr po chwili słabnie i znów wszystko znika we mgle.
- Idź pierwszy, będziesz płoszyć niedźwiedzie - mówię - Tu na Słowacji jest ich pełno.
- Jasne, za każdym krzakiem! - widzę po minie Sergiusza, że nie jest pewien, czy nie żartuję.
Wysuwa się na czoło i głośno szeleści peleryną.
- One lubią żółty kolor. Kojarzy im się z miodem - tłumaczę.
Sergiusz szeleści jeszcze głośniej.
Droga pod górę jest uciążliwa. Zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Przed nami skrawek łąki pokrytej kwiatami. Z doliny poniżej a może z chmur dobiega do nas przenikliwy głos orłów. - Jak one coś widzą w takiej mgle - zastanawiam się.
Wyciągam aparat i nagrywam odgłosy przyrody. Zjadamy po kanapce.
- Głodny jeszcze jesteś?
- No, jakby to powiedzieć... jeszcze trochę bym zjadł.
- A widzisz! A kto mówił, że dziesięć kromek dla nas na cały dzień to za dużo?!
Wcina kolejny baton. Ruszamy.

Przed nami kolejne wzniesienie. "To chyba już Baraniec" - myślę sobie. Istotnie, po kilkudziesięciu metrach z mgły wyłania się betonowy obelisk z tabliczkami. Jesteśmy na miejscu w cztery godziny po wyruszeniu z Żaru. Kilka zdjęć i idziemy dalej, gdyż dokuczliwie wieje zimny wiatr. Szlak ku Przełęczy Żarskiej łatwo wygląda tylko na mapie. Schodzimy po skałach posypanych żwirem i mokrą ziemią. Staramy się uważać - po obu stronach ścieżki zaczynają się urwiska. Wieje jak diabli, wiatr szarpie ubraniami, wciska się pod kaptury.
- Chcesz rękawiczki? - pytam.
Obydwaj wiemy, że ich nie mamy. Prosiłem, by wziął - ale nie wziął. Trudno. Na szczęście mam krem Nivea, smarujemy twarz i dłonie.
- Dzięki, już lepiej, tato.
Wiemy, że w drodze na Żarską Przełęcz musimy jeszcze wejść na Smreka (2080 m n.p.m.). Kiedy zaczynamy wchodzić na jakieś wzniesienie, wydaje się nam, że to już tu. Mgła jednak zniekształca odległości, ale pewne jest, że na Smreka wleźć i tak musimy. Idziemy góra-dół, góra-dół i w końcu nieoczekiwanie pojawia się drogowskaz na Przełęczy Żarskiej. Hm, coś ten Smrek się schował przed nami.

Stoimy więc na rozdrożu i zastanawiamy się, co dalej. Ja mam dużą ochotę iść na Rohacza Płaczliwego, przejść grzbietem na Smutne Siodło i zejść do Doliny Żarskiej. Sergiusz optuje za zejściem od razu. W sumie mu się nie dziwię: zimny wiatr, deszcz, który wciąż popaduje- nie zachęcają do dalszej wędrówki.
- Nic nie widać przez te chmury - dodaje.
To mnie ostatecznie przekonuje. Liczę na to, że jutro będzie lepsza pogoda i przejdziemy spory kawałek głównego grzbietu. A zatem decyzja podjęta - schodzimy do Żarskiej Chaty. Szlak zielony prowadzi początkowo przez rozległe pole wielkich głazów pokrytych zielonymi porostami. Nad nami szumią, niewidoczne we mgle, strumyki, znów siąpi deszcz. Najgorsze jednak przed nami - mokro będzie i w butach! Złośliwe strumyki utorowały sobie drogę akurat wzdłuż ścieżki, po której idziemy. Staramy się uważać, by nie wpadać do wody, ale czasem nie ma wyboru...

Dolina Żarska w górnej części jest bardzo ładna. Stopniowo odsłaniają się oba zbocza, ze spływającymi warkoczykami siklaw. Ciemnozielona kosodrzewina, żółtozielone hale i skaliste turnie ginące w chmurach... paluszki lizać! Gdybyż jeszcze słonko się przedarło przez "ciężkie skłębione zasłony" ;-)

O! ktoś idzie z przeciwnej strony. Starsze małżeństwo z kijkami powoli pcha się w górę doliny. Ciekawe, czy chcą wejść na Rohacze? Spodziewają się poprawy pogody? Hm. Ja ze swej strony ubolewam, że nie umiem na podstawie zwykłych lokalnych obserwacji przewidzieć, czy pogoda się poprawi czy nie. A propos. Sergiusz dostał podczas schodzenie z przełęczy sms od mamy z informacją o dalszych opadach i sugestią, byśmy wracali wcześniej do Krakowa. I, oczywiście, od razu chce wracać. Grzeczny synek. Przykro mi się zrobiło.

Przystajemy na chwilę. Z daleka widać schronisko, dzieli nas od niego jeszcze pół godziny drogi. Nie pada już, ale ścieżka wciąż pełna wody. Używając zoomu swojego aparatu wypatruję niedźwiedzi po drugiej stronie doliny. Chyba śpią jeszcze ;-)

W Chacie Żarskiej kilka osób. Zajmujemy strategiczne miejsce przy palącym się kominku. O, jak dobrze! Kupuję herbatki (są tu po 50 centów), zjadamy resztę zapasów. Sergiusz zmienia worki w swoich adidasach, ja suszę skarpetki z wyciągniętymi ku kominkowi nogami. O 15:00 zregenerowani i podsuszeni ruszamy w dalszą drogę. Tym razem po asfalcie - aż do naszej kwatery. Spotykamy jeszcze kilka schodzących z gór osób oraz interesującego ptaszka, którego staram się sfotografować. W Żarze jesteśmy o 17:00, dziewięć godzin drogi za nami. Oglądam się za siebie, lecz "naszego" Barańca niestety nie widać.

Bierzemy drugi plecak i żegnamy się z miłą gospodynią (przyjechali umówienie goście - nie ma dla nas miejsca). Spać będziemy u Milana, w centrum wsi. Dostajemy miejsce na poddaszu, w wieloosobowej sali. Tak na marginesie, to w tym privacie może zmieścić się ze 30 osób! Na kolację, jak zwykle, zupki i makaron z serem. W nocy ulewa.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej