Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Czas na świętowanie | Droga do Monastyru | Pierwsze wrażenia z Monastyru
Trochę to było dziwne i zabawne. Przez tyle lat odpowiadać przecząco na pytanie "Byłeś w Tunezji?". Nie, nie byłem, chociaż jest to tak popularny cel wyjazdów Polaków w ostatnich latach. Nie miałem jakoś ochoty na ten kierunek. Wiadomo! Ciągnęło mnie przecież gdzieś dalej – a nie do "zwykłej" Tunezji. Ten kraj kojarzył mi się z wakacjami all inclusive, chociaż znałem relacje z wypadów z wyjazdów trampingowych. 7 lat temu "złamałem się" i pojechałem do “wczasowego" Egiptu – to był prawdziwy hardcore, zważywszy na długość trasy pokonanej w ciągu 13 upalnych lipcowych dni – 4200 kilometrów!
Tym razem upał ma być mniejszy, ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Od ładnych paru lat cierpię z powodu Afryki – ten olbrzymi kontynent wciąż jest nieodkryty dla mnie. Na 45 afrykańskich krajów odwiedziłem zaledwie pięć, z tego tylko trzy w Czarnej Afryce. Kraje Maghrebu wydają mi się mniej wartościowe z punktu widzenia trampingowca – chociaż obecnie podróż do Algierii lub Mali, a zwłaszcza do Libii i Czadu może być wyzwaniem.
Gdy wracałem kiedyś z jakiegoś męczącego trampingu, zaświtała mi w głowie myśl: “A może nie męczyć się tak i pojechać kiedyś na wczasy do Tunezji?”. Potraktowałem wówczas ten pomysł w kategorii żartu. Póki co, pojawiały się inne atrakcyjne pomysły na wyjazdy, które ochoczo wprowadzałem w życie. Afryka wciąż była spychana na dalszy plan. Jednak w miarę, gdy zbliżałem się do setnego kraju, coraz bardziej bliska była mi myśl, aby "uhonorować" ten wynik wczasami z Tunezji. "Nic nie będę robić" – odgrażałem się w myślach – “Spędzę czas na plaży lub w basenie!”. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie myślał o zwiedzeniu kraju.
Te dwa wątki: "relaksu" i "jubileuszu" przeplatały się. Po pierwsze, po przerwie spowodowanej zamachem w Susie w 2015 roku, Polacy znów zaczęli jeździć do Tunezji. Oferta wczasów niby była duża, ale też i ceny były niemałe. Ze względu na różne okoliczności wyjazd został ustalony na wrzesień. Wybraliśmy opcję all inclusive w Monastyrze, który uznaliśmy za dobrą bazę wypadową na wyjazdy do Tunisu i na pustynię. Przez moment jeszcze wahałem się, czy nie wykupić samego czarteru (były tylko na okres 2 tygodni), lub pobytu tylko ze śniadaniami (w niewiele niższej cenie). "Raz na 100 krajów mogę sobie pozwolić na wczasy all inclusive" – tłumaczyłem sobie. "Zasłużyłem na to!" – usprawiedliwiałem się. Trochę się jednak wstydziłem tych wczasów. Dopuszczam więc teraz myśl, że kiedyś, w przyszłości, wybiorę się ponownie do Tunezji trampingowo, być może łącząc ją z Libią lub Algierią.
Wylot mamy o 15:25 z Wrocławia. Wyjeżdżamy z Krakowa FlixBusem o 9:15 i po 13:00 jesteśmy na wrocławskim lotnisku Strachowice. Do Tunezji odlatujemy na pokładzie Airbusa A320 linii Nouvel Air Tunisie. Trzy godziny później lądujemy w Monastyrze.
Nasz hotel Delphine El Habib oddalony jest od lotniska o około 10 kilometrów wkrótce więc podjeżdżamy nasz parking. – Czy oni ci zostają na stałe? – zastanawiam się, widząc wczasowiczów wyładowujących gigantyczne walizy.
Załatwiamy formalności i idziemy do naszego pokoju. Jest średniej wielkości z balkonem wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec w kształcie podkowy z basenem pośrodku oraz widokiem na oddalone o sto metrów Morze Śródziemne. Hotel jest wytynkowany na biało, na jego terenie sporo zielonych, owocujących palm daktylowych, które w połączeniu ze wspomnianym basenem tworzą miłą dla oka kompozycję. No cóż... podoba mi się tu!
– Z najważniejszych rzeczy: trzeba wymienić dolary na dirhamy – mówię.
– Tu na dole był kantor.
– Tak, ale zanim tu kupimy, sprawdzimy kursy w miejscowych kantorach.
Rozpakowujemy się. Jola idzie pod prysznic. Po sekundzie wraca.
– No, mogliby dać czyste ręczniki! – mówi z pretensją w głosie.
Faktycznie, ręczniki, choć białe, są poplamione.
– Poczekaj chwilę, zaraz to załatwię.
Zbieram wszystkie ręczniki i zanoszę do recepcji. Facet przeprasza i zapowiada, że ktoś zaraz przyniesie nam nowe. Okej.
Później schodzimy na kolację. Staram się nie przesadzać, ale czuję, że nie wrócę stąd odchudzony.
– Pójdziemy na spacer? – proponuję.
– Dobrze.
Miasto w najbliższej okolicy prezentuje się typowo dla kurortu. Kilkupiętrowe apartamentowce, sklepiki z dumnymi szyldami „Super Market”, zieleń palm daktylowych. Dopiero po kilkuset metrach trafiamy na kantor wymiany walut. Jest zamknięty, zapamiętujemy tylko kurs euro i dolara.
– Może pójdziemy nad morze? – odzywa się Jola. – Chciałabym zobaczyć, jaka jest plaża.
Hm, mogłem się spodziewać takich priorytetów.
Powiedzieć, że plaża jest niewielka to mało powiedzieć. Jest po prostu mikroskopijna. Na szczęście piasek jest czysty, widać, że obsługa hotelowa zadbała o zebranie śmieci. Pod kilkoma parasolami wyleguje się na rozłożonych leżakach paru wczasowiczów. Słońce, co prawda jest już nisko i trudno się opalać. Kilka osób moczy nogi przy brzegu. Czyżby woda była zbyt zimna na kąpiel? Jutro sprawdzimy.