Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Pożegnanie z Tunezją | Tunezja mnie nie zawiodła | Jest satysfakcja
Powrót do domu odbywa się bez niespodzianek. Rano autokar zabiera nas z hotelu. Na lotnisku musimy być po 8:00. Czarter Nouvel Air Tunisie do Wrocławia odlatuje o 10:40. Pozostaje jeszcze przesiąść się na FlixBusa I dojechać do Krakowa.
Bardzo się cieszę z tego wyjazdu. Cieszę się, że odwiedziłem kolejny kraj, cieszę się zwłaszcza z tego powodu, że to kraj afrykański, a na mojej mapie podróżniczej Afryka ma najwięcej białych plam. Nie był to wyjazd typowo trampingowy, wszystkie noclegi były w jednym miejscu. Powody, dla których tak się stało, wyjaśniłem na wstępie relacji. Dopóki do Tunezji nie będą latać tanie linie z Polski, opcja wykupienia wczasów wraz z lotem będzie finansowo najbardziej atrakcyjna. Notabene wykupienie samego czarteru w biurze podróży jest zupełnie nieopłacalne. Teoretycznie mógłbym skorzystać z przewoźnika z innego kraju, na przykład z Francji lub Włoch, ale musiałem się liczyć z podejściem Joli, z którą się wybrałem. No cóż, jedni wolą wypoczynek mniej aktywny inni bardziej aktywny.
Ja, zdaję się, należę do tych ekstremistów, którzy lubią się męczyć na wyjeździe. Tak więc, ten nietypowy wyjazd dla mnie uhonorowany usprawiedliwiony uhonorowaniem "setnego kraju" był pewnego rodzaju kompromisem między naszym potrzebami. Z 8 dni dwa były "transportowe", trzy – "stacjonarne", a pozostałe trzy – "trampingowe ". Być może w innej sytuacji wyjazd miałby charakter całkowicie backpackerski i przede wszystkim nieco dłuższy. Przeznaczenie na wyjazd kilku dodatkowych dni, może tygodnia więcej, pozwoliłoby mi na pełniejsze poznanie tego kraju. Zabrakło mi przede wszystkim Djerby, która wydaje się mieć inny charakter. Jest dobrze odrębnym regionem będą od mani. Pustynia i dalekie południe nie wydają mi się aż tak atrakcyjne, aczkolwiek mógłbym je zobaczyć. Tym niemniej udało nam się w ciągu krótkiego czasu zobaczyć kilka najbardziej interesujących miejsc w Tunezji: stołeczny Tunis w pobliską Kartaginą, święty Kairuan, El Jem i kilka innych miast.
Tunezja mnie nie zaskoczyła. To typowy kraj arabski i muzułmański. Nastawiony na turystów. Bliskość Europy i wielkie tłumy turystów sprawiają, że mało tu egzotyki, a miejscowy koloryt ma często posmak komercyjny. To oczywiście nie przekreśla walorów w kraju szczególnie w oczach backpackersa, który, wędrując po mniej uczęszczanych szlakach na południu i wschodzie Tunezji, może doświadczać oryginalnych przeżyć. Po raz pierwszy w życiu poznałem smak "niechcianego owocu" to jest uroków all inclusive. Ta forma wypoczynku jest absolutnie bezproblemowa, ale z punktu widzenia kogoś kto reaguje spędzić wyjazd muszę go do powrotu nie tylko do powrotu zmusza czy raczej zachęca nie tylko do powrotu na noc do wykupionego noclegu na wykupiony nocleg, ale również skłania go do korzystania posiłków nieograniczonych ilościach. Pomimo kilku gwiazdek w oznakowaniu hotelu, nie czułem się tu wyjątkowo rozpieszczony. Pokój jak pokój, jedzenie w gruncie rzeczy europejskie w tłumie gości hotelowych. Fakt, nie korzystaliśmy z usług miejscowych animatorów czy innych rozrywek oferowanych przez hotel – po prostu nas to mnie interesowało. Miejscowa plaża i samo miasto również nie były wyjątkowe. Ta pierwsza bardzo zatłoczona, to drugie – bez wyrazu. Nie należy traktować tego opisu jako skarżenia się. Raczej jako wyjaśnienie, że ciężko byłoby mi spędzać w jednym miejscu cały tydzień. Niestety (lub na szczęście) nie mam potrzeby wielodniowego opalania się, czy też niekończącego się drinkowania przy hotelowym basenie. Wyjazd z mojego punktu widzenia, podkreślam – z mojego punktu widzenia – był lajtowy. Praktycznie bez stresów zazwyczaj towarzyszących mi podczas wyjazdów, gdy codziennie muszę przemieszczać się i organizować nocleg, przejazdy i wyżywienie. Myślę, że zasłużyłem na odrobinę odpoczynku od tych wszystkich wielogodzinnych nocnych przejazdów przez ulicznego jedzenia przez różne kraje ulicznego jedzenia czy noclegów różnych podejrzanych miejscach.
Tunezję potraktowałem symbolicznie jako setny kraj. Myślę, że dla każdego, kto podróżuje odwiedzenie 100 krajów może być (jednak!) powodem nie tylko do zadowolenia, ale i dumy. Zawsze z dużą skromnością podchodziłem do swoich osiągnięć w zakresie podróżowania. Znałem przecież osiągnięcia i sukcesy innych podróżników, zwłaszcza tych, którzy uczynili z wyjazdów sposób na życie (ale też i źródło utrzymania). Moje trampingi – jakby nie patrzeć – mają charakter urlopów (także wypadów weekendowych). Tym niemniej w ciągu 25 lat kiedy to "zdobywałem" tę pierwszą setkę krajów, udało mi się całkiem dużo w nich zobaczyć. W środowisku podróżników i globtroterów dość powszechnie są znane przypadki ludzi, którzy "zaliczają" świat, odwiedzając samolotem po jednym dniu różne kraje. Ostatnio, z różnych względów, zdarza mi się wracać do krajów już odwiedzonych, by poznać wcześniej nieznane mi regiony czy miasta. Dzięki temu wiele krajów poznałem w miarę dokładnie. Byłem nie tylko w 100 krajach, ale również w ponad 1000 miast i miasteczek. Nocowałem w około 700 miejscach, nie tylko w nadmorskich kurortach, co jest doświadczeniem większości osób. Byłem również w kilkudziesięciu górskich pasmach, uczestniczyłem w wielu świętach religijnych i festiwalach. To dzięki indywidualnemu (choć czasem niezbyt optymalnemu) organizowaniu wyjazdów i spontanicznemu podróżowaniu spotkały mnie niejednokrotnie różne przygody, których nigdy bym nie przeżył na zorganizowanym wyjeździe. Te właśnie okoliczności sprawiają, że czuję dużą radość z powodu tej pierwszej setki. Podkreślam – pierwszej, bo zdałem sobie sprawę z tego, że jestem na półmetku i że ta druga połowa najprawdopodobniej nigdy nie będzie dokończona. Chociaż kto wie?