Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]


Kraków – Katowice – Ras al-Chajma – Dubaj

niedziela, 16 IV 2017


Sześć lotów w 8 dni | Autostopem do Dubaju


– Byłeś kiedyś w Kuwejcie? – pyta mnie ktoś z sieci.

– Nie.

– A w Bahrajnie?

– Nie.

– Aha. A byłeś w Katarze?

– No nie. Nie byłem!

– Hmm... Ale w Emiratach byłeś?

– No tak, byłem…

Faktycznie, region Zatoki Perskiej mam zaniedbany. Spośród siedmiu krajów leżących nad Zatoką byłem tylko w dwóch: w Iranie w 2006 roku i w Emiratach dwa lata temu. Arabia Saudyjska i Irak są od lat dla mnie niedostępne, a małych państw naftowych nie brałem wcześniej pod uwagę jako celów turystycznych.

Od pewnego czasu, gdy stopniowo znoszono ograniczenia wizowe, a wizy można już było kupować na granicy, z coraz większym zainteresowaniem patrzyłem na ten region. Zaczęło się wyszukiwanie na Skyscannerze lotów z długim stoperami w krajach Zatoki. Ostatecznie zdecydowałem się na przelot z Dubaju do Manamy i dalej do Kuwejtu oraz z Kuwejt do Dohy i dalej do Dubaju. Te cztery loty będą zrealizowane na dwóch biletach, co radykalnie obniżyło mi koszt trampingu – zapłaciłem za nie 912 złotych. Pozostała jeszcze kwestia dolotu do Dubaju, ale, jak na złość, w wybranych datach, nie było dobrych cen u Wizz Aira. Na szczęście pojawiły się bilety na czarter TUI z Katowic do Ras al-Chajmy po 614 złotych. W sumie za wszystkie loty zapłaciłem nieco ponad 1500 złotych, co, w tym momencie, było okazją. Na tramping – można powiedzieć lotniczy – przewidziałem zaledwie 8 dni. Nie jest to dużo, ale w tym roku już wykorzystałem pięć tygodni urlopu, a na lato i jesień też coś muszę zostawić.

Dziś, to jest w niedzielę, wcześnie rano wyjeżdżam do Katowic. Jak zwykle denerwuję się, czy nie będzie korków na autostradzie. W Pyrzowicach z zainteresowaniem oglądam wczasowiczów TUI, którym pilotka z biura rozdaje jakieś zawieszki czy plakietki. Jest to dla mnie tak bardzo obce. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie ze mną tak źle, aby jeździć z biurem. Przyglądam się również ich bagażom – wyglądają jakby opuszczali Polskę na zawsze. Mój zafoliowany plecak oddaję jako bagaż rejestrowy. O 10:00 odlatujemy.

Lotnisko Ras al-Chajma jest niewielkie, przyloty i odloty odbywają się z niewielkiego hallu. Odbieram plecak i dostaję kolejną pieczątkę w paszporcie. Muszę jeszcze zmienić godzinę w komórce. Wychodzę przed budynek. Polacy wsiadają do autobusu z logo TUI, ja zostaję sam na opustoszałym placu parkingu przed budynkiem portu lotniczego. Miejscowi namawiają mnie taksówkę, ale mnie interesuje tylko z transport publiczny.

– No bus, no bus! Only taxi! – słyszę starą śpiewkę.

Ustawiam się na głównej drodze odległej o 200 metrów i próbuję złapać stopa. Trochę to trwa, ale ostatecznie zabiera mnie facet w średnim wieku. I w dodatku jedzie wprost do Dubaju. Czeka nas 120 kilometrów drogi. Rozmawia się bardzo przyjemnie.

– Gdzie cię podrzucić? – pyta uprzejmy Emiratczyk, gdy wjeżdżamy do miasta.

– Gdziekolwiek. Nie chcę sprawiać kłopotu…

– No, ale masz hotel?

– Tak, tak. Zaraz zobaczę, gdzie.

Pokazuję ma adres w komórce.

– A to niedaleko!

Podrzuca mnie prawie na miejsce i wskazuje kierunek do mojego hostelu. Dziękuję za podwózkę i żegnam się.

Mój hostel o interesującej nazwie „Backpackers Accommodation” jest tylko dwa kroki dalej. Miejsce mam w 10-osobowym dormie, mam nadzieję, że nie będzie pełny. Hostel mieści się na drugim piętrze w zwykłym bloku i de facto jest urządzony w dużym mieszkaniu. Ludzie, na ogół młodzi, kręcą się między pokojami, a recepcją i kuchnią. Panuje tu niesamowity zgiełk i chaos jakby sugerujący, że dostosowali się do bliskowschodniej ulicy. Robię sobie kawę, zjadam co nieco i wskakuję do swojego cienkiego śpiwora.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej