Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Plecak niedozwolony! | Zwiedzam Manamę | | | | Zatrzymuje mnie policja | Odlot do Kuwejtu
O 7:00 rano opuszczam ten backpackerski przybytek i kieruję się na lotnisko. Mam ze sobą kartę NOL z wyjazdu sprzed dwóch lat. Doładowuję ją i jadę na lotnisko za trzy dinary. Dubaj, jak wiadomo, ma dwa lotniska główne – DXB oraz drugie – DWC. „Mój” port lotniczy Dubaj Al-Maktoum znajduje w południowej części miasta, jakieś 8 kilometrów od hostelu.
Na lotnisku zaczyna się od nieprzyjemnego incydentu. Przy odprawie bagażowej dubajski personel lotniska nie zgadza się na przyjęcie mojego zafoliowanego plecaka. Owszem, mogę go nadać jako bagaż, ale musi być zapakowany w standardowe pudło. Jestem wściekły, taka sytuacja zdarza mi się to po raz pierwszy. Nigdzie tak nie zostałem potraktowany. Po pięciu minutach utarczek słownych widzę, że niewiele zdziałam. Kupuję pudło i taśmą samoprzylepną oklejam je. Nie chcę dodatkowo płacić za foliowanie. Mój plecak w standardowym pudle o rozmiarach 70 × 70 × 40 cm wygląda jak niemowlę w małżeńskim łożu.
Odlatujemy o 10:15. Na miejscu jesteśmy już o 10:30, co oczywiście wynika z kolejnej zmiany czasu. Lot trwał de facto 1 godzinę 15 minut. Muszę teraz kupić wizę.
Idąc ulicą, fotografuję miasto. Wtem rusza w moim kierunku wartownik stojący przez jakimś budynkiem. Udaję, że go nie widzę i powoli idę dalej. Facet jednak krzyczy coś do mnie, więc się zatrzymuję.
– Police! Police! – mówi pokazując mój aparat.
Robię zdziwioną minę.
– Tu nie wolno robić zdjęć! Ambasada Kataru! – tłumaczy.
Mężczyzna ma ze 160 centymetrów wzrostu, pewno bym mu uciekł, ale przecież nie będę robić cyrku.
– Musiałem cię zatrzymać, przepraszam. Takie są przepisy.
Po chwili zjawia się drugi mężczyzna. Też jest przyjazny, ale stanowczy. No i ma giwerę. Chce mi zabrać aparat. O, nie ma głupich!
– Sorry, nie mogę ci dać. Mogę, co najwyżej pokazać zdjęcia.
Trzymając mocno aparat w rękach, pokazuje mu ostatnie zdjęcia z plaży i z miasta. Na ostatnim zdjęciu widać jakiś odległy, ładnie podświetlony budynek i kawałek muru ambasady. Teraz dopiero dostrzegam powiewającą nad budynkiem katarską flagę.
– Fotografowałem tamten budynek, widzisz przecież – pokazuję palcem.
Liczę na to, że gość odpuści, ale tak się nie dzieje.
– Musisz poczekać na oficera!
W międzyczasie ochroniarz sprawdza kierowcę, który, najwyraźniej zaciekawiony, zatrzymał samochód przy drodze. Widać, że przykłada się w pracy! Przez najbliższe minuty, wyobrażam sobie rożne warianty rozwoju sytuacji, łącznie ze spóźnieniem się na samolot. Lub odsiadką w lokalnym więzieniu. Dyskretnie próbuję zamknąć deklem obiektyw aparatu, facet reaguje dość nerwowo i celuje karabinem w moją stronę. Podjeżdża w końcu dżip i wyskakuje kilku żołnierzy.
– Passport! – oficer zdecydowanym ruchem wyciąga rękę w moją stronę.
Widzę, że po chwili atmosfera się uspokaja, żołnierz ciągnie mnie jeszcze pod mur przy głównej ulicy i pokazuje niewielką tabliczkę z napisem o zakazie fotografowania. Przegląda jeszcze zdjęcia w aparacie i mówi:
– Ok. Jesteś wolny. Tylko patrz, co fotografujesz… Rozumiesz, to ambasada Kataru i musimy pilnować.
– Ok, ok…
Mam czyste sumienie. Ale rozumiem ich – pomiędzy Katarem, a innymi krajami w regionie jest spore napięcie polityczne i są przewrażliwieni. Podajemy sobie ręce na pożegnanie i ruszam dalej. Na szczęście zdarzenie nie trwało długo, mam czas przed udaniem się na lotnisko. Ale stresów nieco miałem!