Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
W kraju szejków naftowych | Muzeum | Uroki coachsurfingu | Spacer po plaży | Ech!
– To jest Block 6? – pytam mężczyznę wysiadającego z samochodu.
Rumaithiya, podobnie jak inne dzielnice w stolicy, jest podzielona na kwartały – bloki. Ulice są numerowane w miarę po kolei, ale domy – już niekoniecznie. Kuwejtczyk potwierdza. Dzwonię do pierwszego z brzegu, nieoznakowanego domu. Gospodarz wychodzi pod bramę i prowadzi mnie do właściwego, nieco zaniedbanego, budynku.
– Hello, salam! – wołam, wchodząc do mrocznego pomieszczenia. Z głębi wyłania się trzydziestoparolatek. Zupełnie nie podobny do tego z profilu na Couchsurfing.
– Ty jesteś Blancbena? – upewniam się ¬¬¬– a to ja, Peter – dodaję, ściskając rękę Kuwejtczykowi.
– Cieszę się ze spotkania.
– Nikt na lotnisku nie wiedział, którym autobusem tu dojechać.
– I co? Przyjechałaś taksówką?
– No, nie. Autobusem. Ale wysiadłem w Sulamanija i musiałem podejść kawałek.
– Tu jedzie autobus 999…
– Tak, teraz to wiem, widziałem.
Siadam na sofie. Blancbena mieszka skromnie, chłopak ma mieszkanie dwupokojowe. Panuje tu, że tak powiem, kawalerski bałagan: stosy puszek po coli, porozrzucane papiery, setki petów w popielniczce. Najważniejszym elementem w living-roomie wydaje się 60-calowy telewizor stojący pośrodku pokoju.
Zastanawiam się, co dalej.
– Przyleciałem dziś rano z Bahrajnu i podjechałem z lotniska do miasta. Zdążyłem zobaczyć centrum i muzeum narodowe.
– Jest teraz w budowie…
– Tak, ale część zbiorów jest udostępniona.
Milczymy chwilę.
– Mam lot jutro wieczorem – podejmuję rozmowę – tak więc mam cały dzień do dyspozycji. Możesz mi zarekomendować jakieś ciekawe miejsce poza miastem?
– Poza miastem?
– No tak. Myślałem, żeby pojechać do Parku Narodowego na północ od Kuwait-city.
– Nie można tam teraz wjeżdżać. Park jest odbudowywany. Trzeba poczekać, aż będzie więcej zwierząt i roślinności. Za parę lat. – tłumaczy.
– Ok… Nie pojadę do parku
– Można odwiedzić wyspę Failaka, bilet jest tani, tylko 1 dinar.
– Ok, spróbuję… – przytakuję bez przekonania.
Faktycznie, to może być sensowne rozwiązanie na jutro. Lepiej spędzić parę godzin na wyspie, niż szwendać się po ulicach, na których jest tak przeraźliwie pusto.
O 16:30 jestem z powrotem w domu. Blancbena leży w swojej sypialni, ale na mój widok wstaje.
– Nie wiem, czy widziałem pałac prezydenta, ale byłem przy statku i w muzeum morskim – zdaję relację.
– Przy dużym statku? I nie poszedłeś dalej?
Przeczę głową.
– Pałac prezydenta jest jeszcze dalej, za muzeum…
„To może i lepiej” – myślę sobie. Po wczorajszej przygodzie bałbym się go fotografować…
– Jestem wykończony – siadam na kanapie.
– Chodzeniem?
– Nie. Miałem nocny lot. Nie spałem dziś w ogóle.
Zastanawiam się, czy Blancbena zaproponuje herbatę albo coś w tym guście. Ale nie. Nie szkodzi.
– Możesz się położyć – chłopak pokazuje sofę stojącą obok telewizora.
Wcześniej wspomniał o oglądaniu futbolu, a teraz miejsce będzie miał zajęte. Wyłącza jednak dźwięk w telewizorze i podaję mi śpiwór.
– Oj nie trzeba, mam własny śpiwór. A noce są tu gorące…
– Ale jest klimatyzacja włączona. Może być chłodno.
Na razie rozkładam mój lekki śpiwór i kładę się z myślą "tylko na godzinkę".
Budzę się zmarznięty, nie wiadomo, o której. Miał rację gospodarz. Przykrywam się śpiworem. Ciekawe, dlaczego to jest Quechua, a nie miejscowa marka. Być może śpiwór ostał się po jakimś Europejczyku. A może to globalizacja… Telewizor wciąż jest włączony, chłopak zdaje się śpi.