Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]


Manama – Kuwejt City

wtorek, 18 IV 2017


W kraju szejków naftowych | Muzeum | Uroki coachsurfingu | Spacer po plaży | Ech!


[przylot do Kuwejtu]

– To jest Block 6? – pytam mężczyznę wysiadającego z samochodu.

Rumaithiya, podobnie jak inne dzielnice w stolicy, jest podzielona na kwartały – bloki. Ulice są numerowane w miarę po kolei, ale domy – już niekoniecznie. Kuwejtczyk potwierdza. Dzwonię do pierwszego z brzegu, nieoznakowanego domu. Gospodarz wychodzi pod bramę i prowadzi mnie do właściwego, nieco zaniedbanego, budynku.

– Hello, salam! – wołam, wchodząc do mrocznego pomieszczenia. Z głębi wyłania się trzydziestoparolatek. Zupełnie nie podobny do tego z profilu na Couchsurfing.

– Ty jesteś Blancbena? – upewniam się ¬¬¬– a to ja, Peter – dodaję, ściskając rękę Kuwejtczykowi.

– Cieszę się ze spotkania.

– Nikt na lotnisku nie wiedział, którym autobusem tu dojechać.

– I co? Przyjechałaś taksówką?

– No, nie. Autobusem. Ale wysiadłem w Sulamanija i musiałem podejść kawałek.

– Tu jedzie autobus 999…

– Tak, teraz to wiem, widziałem.

Siadam na sofie. Blancbena mieszka skromnie, chłopak ma mieszkanie dwupokojowe. Panuje tu, że tak powiem, kawalerski bałagan: stosy puszek po coli, porozrzucane papiery, setki petów w popielniczce. Najważniejszym elementem w living-roomie wydaje się 60-calowy telewizor stojący pośrodku pokoju.

Zastanawiam się, co dalej.

– Przyleciałem dziś rano z Bahrajnu i podjechałem z lotniska do miasta. Zdążyłem zobaczyć centrum i muzeum narodowe.

– Jest teraz w budowie…

– Tak, ale część zbiorów jest udostępniona.

Milczymy chwilę.

– Mam lot jutro wieczorem – podejmuję rozmowę – tak więc mam cały dzień do dyspozycji. Możesz mi zarekomendować jakieś ciekawe miejsce poza miastem?

– Poza miastem?

– No tak. Myślałem, żeby pojechać do Parku Narodowego na północ od Kuwait-city.

– Nie można tam teraz wjeżdżać. Park jest odbudowywany. Trzeba poczekać, aż będzie więcej zwierząt i roślinności. Za parę lat. – tłumaczy.

– Ok… Nie pojadę do parku

– Można odwiedzić wyspę Failaka, bilet jest tani, tylko 1 dinar.

– Ok, spróbuję… – przytakuję bez przekonania.

Faktycznie, to może być sensowne rozwiązanie na jutro. Lepiej spędzić parę godzin na wyspie, niż szwendać się po ulicach, na których jest tak przeraźliwie pusto.

[spacer nad zatokę]

O 16:30 jestem z powrotem w domu. Blancbena leży w swojej sypialni, ale na mój widok wstaje.

– Nie wiem, czy widziałem pałac prezydenta, ale byłem przy statku i w muzeum morskim – zdaję relację.

– Przy dużym statku? I nie poszedłeś dalej?

Przeczę głową.

– Pałac prezydenta jest jeszcze dalej, za muzeum…

„To może i lepiej” – myślę sobie. Po wczorajszej przygodzie bałbym się go fotografować…

– Jestem wykończony – siadam na kanapie.

– Chodzeniem?

– Nie. Miałem nocny lot. Nie spałem dziś w ogóle.

Zastanawiam się, czy Blancbena zaproponuje herbatę albo coś w tym guście. Ale nie. Nie szkodzi.

– Możesz się położyć – chłopak pokazuje sofę stojącą obok telewizora.

Wcześniej wspomniał o oglądaniu futbolu, a teraz miejsce będzie miał zajęte. Wyłącza jednak dźwięk w telewizorze i podaję mi śpiwór.

– Oj nie trzeba, mam własny śpiwór. A noce są tu gorące…

– Ale jest klimatyzacja włączona. Może być chłodno.

Na razie rozkładam mój lekki śpiwór i kładę się z myślą "tylko na godzinkę".

Budzę się zmarznięty, nie wiadomo, o której. Miał rację gospodarz. Przykrywam się śpiworem. Ciekawe, dlaczego to jest Quechua, a nie miejscowa marka. Być może śpiwór ostał się po jakimś Europejczyku. A może to globalizacja… Telewizor wciąż jest włączony, chłopak zdaje się śpi.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej