Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Duszniki Zdrój – Zieleniec – Spalona – Długopole Zdrój – Igliczna

czwartek, 3 VI 2010


W drodze na Kozią Halę | Góry Orlickie, czyli Dzień Asfaltu | Jak panu nie wstyd!? | Ale im dobrze... | Znów moczenie stóp | Przykrość na Iglicznej | Nocna wędrówka do "Orlego Gniazda"


Duszniki 6:30 – Kozia Hala 8:55 – Zieleniec 11:00-10 – Lasówka 12:30 – Spalona 14:55-15:15 – Długopole–Zdrój 17:45-18:00 – Wilkanów 19:30 – Igliczna 20:40-21:00 – "Orle Gniazdo" 22:00 Duszniki Zdrój

Dziś szósty, przedostatni dzień wycieczki. Celem moim będzie Międzygórze, to solidny kawałek drogi, ponad 50 kilometrów. By się dostać pod Śnieżnik, muszę przejść Góry Orlickie i Bystrzyckie. Ale najpierw Duszniki. Dochodzę do dużego skrzyżowania ze stacją benzynową obok. Dziś Boże Ciało, więc wizyta w tutejszym sklepie jest niepowtarzalną okazją, by kupić pelerynę lub jakąś narzutkę na plecak. Nie mają. Trudno. Mijam węzeł szlaków w centrum (Zieleniec 3:05 h), idę deptakiem w górę miejscowości. Ładnie tu, przyznaję. Trzy lata temu odwiedziłem z synem Muzeum Papiernictwa w Dusznikach, poznawaliśmy technologię wytwarzania papieru.

Przekraczam Bystrzycę niosącą szaroburą wodę i mokrą ścieżką wdrapuję się na zbocza góry Gajowej. O dziwo! Na ścieżce, która zygzakiem wspina się ku Słonecznej Polanie spotykam joggingujących i panów z psami. Wychodzę ponad linię lasu i wędruję dróżką do Jamrozowej Polany. Z doliny Jarzębnika, którędy przebiega droga krajowa Kłodzko-Kudowa, dobiega do mnie monotonny szum TIR-ów. Przechodzę pod zabawnym mostkiem, teraz w asfaltem dół i ostry skręt w las. Skręcam, co prawda przedwcześnie, ale wkrótce odnajduję czerwone znaki i kontynuuję wspinanie się na Kozią Halę.

Przechodzę przez teren ośrodka "Korund". W końcu znajoma droga do Zieleńca. Uśmiecham się w myśli do sytuacji sprzed lat, kiedy to młody wopista legitymował naszą grupkę. Pamiętam moje oburzenie, gdy powątpiewał, czy mam już "dorosły" dowód osobisty. Chyba strasznie młodo wyglądałem wtedy :-p Las pod Zieleńcem

Szkoda, że szlak przez Gory Orlickie wiedzie szosą a nie szczytami. Co prawda, niewiele tych szczytów mamy po polskiej stronie, ale zawsze. Mijam przejście turystyczne – oczywiście bez widocznego posterunku. Niby granice są otwarte, ale nie można przekraczać ich w dowolnym miejscu... Inna rzecz, że dziś do przekraczania granicy nie ma chętnych. Raz na kilka minut przejedzie szosą samochód, poza tym nie spotykam żywej duszy. Do schroniska "Orlica" w Zieleńcu pozostało ponad półtorej godziny, mżawka już dawno ustała, pojawiła się w zamian mgła. Znak informacyjny "Punkt widokowy" przyjmuję z rozbawieniem ;-) Idę więc sobie wygodnie drogą, tak zresztą będzie przez większość dnia – Dzień Asfaltu. Nie protestuję zbytnio – przynajmniej będę miał w miarę suche nogi.

A w lesie cicho, jak makiem zasiał. Ptaki umilkły, znikły gdzieś wśród ogarniętych mgłą drzew. Taka mgła w lesie jest bardzo fotogeniczna, stwierdzam. "Oczywiście, jeśli nie trzeba akurat szukać w nim drogi!" – dodaję w myśli. Minąłem już węzeł szlaków pod Orlicą, tu tablica poświęcona Heinrichowi Rübartschowi – lokalnemu prekursorowi turystyki, do Zieleńca już niedaleko. W pobliżu znajduje się torfowisko, onegdaj odwiedziliśmy z Sergiuszem tamtejszy rezerwat. Wizyta w mglisty poranek też miałaby swój urok, ale... dziękuję! Krzyż w Zieleńcu

O 11:00 jestem w schronisku. Zjadam zupkę i kanapki, wypijam kawę. Czyli standard. Nie mam już ptasiego mleczka. Finito! Przed schroniskiem wciąż stoi trójka studentów. Mają lepsze ciuchy, lepsze buty i lepsze plecaki. I wypasiony sprzęt fotograficzny. Sączą piwo. Wybrali się w góry. Prawdopodobnie.

Opuszczam Zieleniec. Teraz kolejne półtorej godziny szosą – do Lasówki. Szlak schodzi coraz niżej, wzdłuż Czarnego Potoku aż do jego ujścia do Orlicy. Tu już teren się wypłaszcza. Mijają minuty, kwadranse... Mijam Sudecką Chatę, mijam dom sołtysa. W miejscu, gdzie szosa zbliża się do rzeki – stoi słup z tablicą informacyjną o granicy państwowej. Dokładniej – stał na pewno kilka lat temu. Dziś czerwona tabliczka znikła. Może zabrał ją jakiś entuzjasta Układu z Schengen?

Za Lasówką skręcam w lewo. Przede mną Góry Bystrzyckie. Po chwili dochodzę do Rozdroża pod Uboczem, tu znowu zmiana kierunku. Szlak teraz prowadzi leśną drogą, szczyt Ubocza (812 m n.p.m.) zostaje z boku, idę po płaskim. Co w praktyce oznacza błoto, kałuże i konieczność schodzenie z drogi w las. A w lesie – aż się serce kraje: pościnane 10-20-letnie świerki leżą pokotem między starszymi drzewami. Las wygląda jak pobojowisko, jest totalnie zdewastowany. Drzewa, ogołocone z igieł, leżą od kilku lat, co najmniej. Leżą tak i gniją. Pod naciskiem buta kilkucentymetrowe pnie pękają jak zapałki. Wygląda na to, że leśnikom po prostu nie chciało się sprzątnąć drzew po ścince. Nie opłacało się. Co na to pan nadleśniczy Kazimierz Widuch z Nadleśnictwa Zdroje w Szczytnej? Jak panu nie wstyd!? Kosciół w Lasówce

Ech! Idę dalej, w stronę schroniska "Jagodna". Coraz więcej szlaków dołącza do znaków czerwonych. W pewnym momencie – jest ich pięć: czerwony, niebieski, żółty, pomarańczowo-żółty i pomarańczowokropkowy. Był jeszcze jeden, ale został zamalowany. Może kolor się nie podobał? W końcu opuszczam las, przede mną przysiółek Spalonej i wyciąg narciarski. Tabliczka PTTK mówi, że do schroniska 15 minut, rozpiska z sieci – 5 minut. Nieważne.

W "Jagodnej" – pusto. Ale stoły zasłane obrusami, przygotowane talerze i sztućce. Za chwilę zwali się tu jakaś duża grupa, to pewne jak amen w pacierzu. Siadam z boczku, tradycyjnie kawa i kanapki, które o tej porze można nazwać obiadem. Przecież już dochodzi trzecia! Przede mną jeszcze z sześć godzin wędrówki. Wpisuję się do książki pamiątkowej i opuszczam schronisko. Akurat przed budynek zajeżdża autokar i widzę kilkadziesiąt nosów przyklejonych do zaparowanych szyb. Ale im dobrze: dostaną obiad i mają wolne do wieczora! Zdewastowany las pod Spaloną

A ja schodzę już z Gór Bystrzyckich. Po dwudziestu minutach odłącza się szlak zielony, a mój – czerwony – skręca na południe. Idę teraz znów Autostradą Sudecką – tą samą szosą, którą szedłem w Zieleńcu. Autostrada jest dziurawa i niezbyt uczęszczana. Taka bardzo... polska. Po godzinie od wyruszenia ze schroniska, szlak czerwony skręca do Ponikwy.

Zgodnie z opisem szlaku, trafiam na kilka opuszczonych i zrujnowanych gospodarstw. A nieco dalej kamienne krzyże z figurami. Sceneria niczym z powojennych Bieszczadów... We wsi poruszenie. Wąską asfaltową drogą przeciskają się wozy techniczne, dźwigi i ciężarówki wiozące ogromne szpule z kablami. Trwa naprawa uszkodzonej linii energetycznej.
Do Długopola Zdroju jeszcze ze trzy kilometry. Stopy mam zmęczone i znów mokre po hasaniu po niekoszonych łąkach. W Długopolu siadam na przystanku opodal parku. Zmieniam skarpety i plastry. Przechodzę przez mostek na Nysie Kłodzkiej i skręcam w lewo. Jak się za chwilę okaże – w niewłaściwą stronę, choć znaki czerwone tam prowadzą. Okazuje się, że jest i drugi mostek, zaś szlak biegnie po obu stronach rzeki tworząc pętlę. Miejscowy czterdziestolatek wskazuje mi właściwy kierunek, ale jednocześnie zniechęca przed szlakiem do Wilkanowa:
– Tam nie ma dróg!
Hm, ale jakoś dojść muszę!
Na razie "zwiedzam" teren dworca PKP. Długopolskie parki obściskują się na pustym peronie, ale nie maja pojęcia, gdzie są czerwone znaki. Po chwili szlak się odnajduje, szkoda, że zabrakło farby na namalowanie zakrętu. Przechodzę nad tunelem, wdrapuję się po stromym zboczu. Uff! Ciężko było... Sudeckie szlaki

Szlak biegnie teraz wzdłuż lasu, a następnie opada w dół. Zarośnięta mokra ścieżka nie jest zbyt zachęcająca. Wybieram utwardzoną drogę bardziej na prawo, domyślam się, że drogi spotkają się za widocznymi w pewnej odległości domostwami. Omijam nową hacjendę pilnowaną przez "złe" psy i drogą wśród pól dochodzę do wspomnianych domów. Tu teren wszędzie podmokły, woda stoi na polach, drogi praktycznie nie ma. A zatem znów wiosenne brodzenie... Przechodzę z jednego pagórka na drugi, droga wiedzie między polami, skręca raz po raz. Idę raczej na wyczucie, brak tu oznakowania. O 19:00 dochodzę wreszcie do szosy z Bystrzycy do Międzygórza. Stąd do Wilkanowa dwa kilometry. Po 20 minutach mijam cmentarz i ruiny jakiegoś zespołu dworskiego. Budynki są zabezpieczone i zdaje się zaczęto prace konserwatorskie. Oby starczyło pieniędzy!

Z Wilkanowa na Igliczną jeszcze ponad półtorej godziny. Martwi mnie opis tego odcinka, znów zapowiadają się łąki i brak znaków. Gorzej, że znów zaczęło mżyć. Opuszczam miejscowość kierując się w stronę Marianówki. Z nieba kapie a mi się chce pić! Niestety, w ostatnich mijanych domach nikogo nie zastałem, muszę się obejść bez wody. W końcu wychodzę na asfaltową drogę z Bystrzycy do Szklar i na Igliczną. Nadjeżdża samochód, od niechcenia macham ręką. O dziwo – zatrzymuje się. Małżeństwo jedzie do schroniska "Maria Śnieżna", mogą mnie podrzucić.
– Jedziemy z kuzynami z Czech – kierowca zerka do wstecznego lusterka upewniając się, że drugi wóz się nie zgubił.
– A ja idę dziś z Dusznik... więc jestem już trochę zmęczony. No i ta pogoda... Tylko nie wiem, czy ja tak mogę wjeżdżać samochodem na górę. Powinienem iść! – budzą się we mnie wyrzuty sumienia.
– A ma pan rezerwację?
Hm. Nigdy nie rezerwuję noclegów na swoich wyjazdach. Nie wiem przecież gdzie będę nocować, dokąd dojdę. Poza tym zawsze w schronisku miejsce się znajdowało...
Krzyż w Ponikwi

Samochód mija znak zakazu ruchu ("Mamy zezwolenie" – kierowca mruga do mnie). Wycieraczki pracują nieustannie, ale i tak, teraz o zmierzchu, niewiele widzę przez zaparowane szyby. Zabawiam małżeństwo rozmową i w dobrym humorze zajeżdżamy przed schronisko. W saloniku fotele, niskie ławy, kominek, obok bar z alkoholami... Całkiem tu przyjemnie. Do czasu!
– Nie ma miejsca. Wszystko zajęte – mówi facet po drugiej stronie baru.
– Nie szkodzi – uśmiecham się – jakieś rozwiązanie się znajdzie. Może gleba?
– Nie mam miejsca! – powtarza właściciel czy najemca schroniska.
– A w tamtym pomieszczeniu? – pytam o salonik z fotelami – Przeszedłem dziś sporo kilometrów i trochę zmęczony jestem...
– Powtarzam panu, że nie ma tu miejsca.
No dobrze, z tym panem nie pogadam. Do Międzygórza około godziny, ale naprawdę nie chce mi się iść po ciemku przez las. Ociągam się z wyjściem.
– Mogę zadzwonić do "Orlego Gniazda", to dwa kilometry w dół – deklaruje się mężczyzna. Niezbyt mi to pasuje, bo to przy drodze, którą jechaliśmy i jutro będę musiał znów zasuwać na Igliczną.

Miejsce w "Orlim Gnieździe" jest, 20 złotych za noc, pasuje mi. Ale niesmak po wizycie w "Marii Śnieżnej" pozostaje. Szybciutko zaglądam do sanktuarium Matki Bożej. Oczywiście, jest już zamknięte, robię sobie tylko kilka zdjęć. Dochodzi 21:00. Zakładam czołówkę i schodzę drogą. I tu zaczyna się problem. Po kilkuset metrach dochodzę do rozwidlenia przy wysokim krzyżu. Nawierzchnia obu dróg podobna, z białego kwarcu. Za nic nie mogę sobie przypomnieć, którą drogą wjeżdżaliśmy. Mgła zgęstniała, cały czas pada, ciemno jak diabli. Zapuszczam się sto metrów w jednym kierunku, sto metrów drugim kierunku. Nic z tego, żadnych charakterystycznych elementów. "Trzeba było przypatrywać się drodze a nie plotkować" – złoszczę się na siebie. Wracam do schroniska po wskazówkę, nie mam ochoty ryzykować całonocnego plątania się po lesie. Teraz już wiem, że powinienem skręcić w lewo, pójść tą bardziej stromą drogę. Deszcz się wzmaga, światło latarki nie potrafi przebić się przez mgłę. Widzę tylko nadlatujące krople wody i wirujące białe kłęby. Ściągam czołówkę z głowy i niosę w ręce oświetlając nawierzchnię pod nogami. Jaśniejszy pasek drogi ledwie się odznacza między czarnymi ścianami świerkowego lasu. Kosciół w Wilkanowie

O 22.00 jestem na miejscu. Budynek pogrążony jest w ciemnościach, drzwi zamknięte, bez dzwonka. Pukam, później łomocę pięścią. Po dziesięciu minutach ktoś otwiera.
– Myślałem, że pan zrezygnował z noclegu tutaj – mówi wysoki mężczyzna w szlafroku.
Przedstawia się i dodaje:
– Już położyliśmy się spać.
Przepraszam za zamieszanie i wyjaśniam okoliczności. Dostaję pokój, czajnik i wskazówki do korzystania z łazienki. Ustalamy, że wychodzę jutro o świcie, lecz wcześniej zapukam do jego pokoju, by otworzył mi bramę. Wskakuję do śpiwora, muszę się zagrzać choć trochę.
Dziś przeszedłem kolejne 50 kilometrów. Jutro Paczków.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej