Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Przeł. pod Śnieżką – Skalnik – Lubawka

niedziela, 30 V 2010


Górskie cmentarzyki? Hmm :/ | Przybytek prasłowiańskiego boga | Gdzie te żurawie? | W drodze na Skalnik | Obiad w sklepie | Piękne widoki z Zadziernej | Zasłużony odpoczynek


Przeł. Pod Śnieżką 5:00 – Karpacz 7:00 – Mysłakowice 10:00-15 – Skalnik 14:15 – Szarocin 16:15-45 – Zadzierna 19:00 – Lubawka 20:30 Siklawa podŚnieżką

Budzenie się o określonej godzinie bez budzika wymaga dużej wprawy. Ja muszę liczyć na szczęście. Sen mam płytki i czujny, budziłem się więc nad ranem kilka razy. O wpół do piątej wstaję, zjadam kromkę i trochę słodkości, szybciutko się pakuję i opuszczam schronisko tylnym wyjściem.

Stoję teraz przed drogowskazem i zadzieram głowę w poszukiwaniu Śnieżki. Znów nic z tego: cała jest opatulona gęstą mgłą. Lecz oto z mlecznej bieli wyłaniają się dwie postacie. Para Czechów schodzi ze szczytu. Ahoj, ahoj! Cześć! Kilka razy w życiu zdarzyło mi się wędrować w całkowitej mgle, takiej, co to nie widać kolejnej tyczki na szlaku. Raz – właśnie tu, w Karkonoszach. To było na zakończenie konferencji w Szklarskiej Porębie: w zimny, wrześniowy dzień wybrałem się głównym grzbietem. Do tej pory wstrząsają mną dreszcze na myśl o tamtej pogodzie. Brrr!

No, dobrze. Dziś zapowiada się równie długi dzień. Najpierw Karpacz, potem Rudawy Janowickie i zejście do Szarocina. Będę starał się dojść do Krzeszowa. Jak będzie – zobaczymy. Na razie stroma ścieżka sprowadza mnie do doliny Łomniczki. Nierozgrzane mięśnie zmuszają mnie do ostrożnych ruchów. Mijam "cmentarzyk" z tablicami poświęconymi osobom, które miały więcej wyjść w góry niż powrotów. Swoją drogą... uważam za przesadę doszukiwanie się czegoś wyjątkowego w śmierci w górach. Czy makler, któremu śmiertelny zawał przerwie realizację kolejnego zlecenia powinien mieć tablicę w domu maklerskim? Albo rolnik, który zobaczył młockarnię od środka – winien mieć tablicę na polnym głazie?

Pod Głębockiem Przekraczam siklawę spływającą hałaśliwą strugą, tu już bardziej płasko. Przyspieszam nieco kroku. Idę w kierunku Białego Jaru, od czasu do czasu oglądam się za siebie, czy aby Śnieżka nie odsłoniła swego oblicza. Mijam zamkniętą jeszcze o tej porze budkę KPN i wzdłuż potoku docieram nad niewielkie sztuczne jeziorko. Tu moją uwagę na chwilę przykuwa sójka z niebieskimi piórkami. Sfrunęła z drzewa i spaceruje po chodniku kilkanaście metrów ode mnie. Stopniowo oddalam się od centrum Karpacza. Za kliniką pulmonologiczną trafiam na uroczą dolinkę z widokiem na Rudawy. Ja jednak szybko zagłębiam się w las, który towarzyszyć mi będzie przez godzinę.

Zaczął siąpić deszcz. Niby leciutki, ale wiem, że w końcu przemoknę. Nie zdejmując butów zakładam więc na płócienne spodnie – drugą parę, ortalionowych. No, jakoś się wcisnąłem! Gorsza sprawa z plecakiem. Zapomniałem wziąć pokrowiec, muszę więc improwizować zarzucając kurtkę na plecaczek. Kaptur wciąż mi spada na oczy, sznureczki ściągacza dyndają wesoło wokół głowy. Idę.

Za chwilę lokalna atrakcja – leśne ruiny. Kilka ceglano-kamiennych łuków, resztki ścian. Prawdopodobnie to resztki świątyni prasłowiańskiego boga Śmieciosława. Tak sądzę po wielkich stertach odpadków, którymi zasłana jest okolica. Później dostrzegam kilka skałek skrytych między jaworami i bukami. Nie są dla mnie na tyle interesujące, by zbaczać ze szlaku. Przejaśnia się: kończy się las i ustaje deszcz. Szlak pod Mrowcem

Przekraczam szosę prowadzącą do Szklarskiej i wędruję asfaltową drogą do Głębocka. Duży fiat mnie wyprzedza i zatrzymuje się kilka metrów dalej.

– Chce pan jechać? – pyta starsza kobieta kierująca samochodem.

– Nie, nie, pójdę sobie! Dziękuję pani bardzo!

Przecież to początek drogi na dzisiaj, ledwie cztery godziny. Wygodna droga, lekki plecak, nie pada, czegóż mogę chcieć więcej? Uśmiecham się do siebie.

Mysłakowice. Muszę tu odszukać sklep spożywczy. Nieco nadkładam drogi, robię zakupy, dzwonię z budki do domu i wracam na czerwony szlak pod cmentarzem. Zaczynają się Rudawy Janowickie.

Na zakąskę mam górę Mrowiec (501 m n.p.m.), główne danie: Skalnik – dopiero za ponad trzy godziny. Zakosami wędruję przez las. Wciąż nie spotykam nikogo na swej drodze. A droga często zarośnięta, ze zdziwieniem patrzę na soczystą, zupełnie nie przedeptaną trawę pokrywającą leśną ścieżkę. Wygląda na to, że to – dość długie w sumie – dojście na Skalnik nie cieszy się zbytnią popularnością.

Teraz kilka stawów rybnych. Idę wzdłuż grobli i obserwuję ptactwo pływające między trzcinami. Właśnie poderwał się łabędź, ciężko łopocze skrzydłami, wykonuje zwrot nisko nad wodą. Próbuję uchwycić w kadrze jego sylwetkę z wyciągniętą szyją. Drzewa mi jednak przeszkadzają, a i aparat, który mam ze sobą, jest niezbyt szybki. Trudno. Tak sobie pomyślałem: jakże rzadko ja – krakowianin – mam okazję obserwować dzikie ptactwo. Leśne ptaki zwykle są poukrywane wśród drzew, słyszę tylko ich śpiewy. Czasem tylko dojrzę dzięcioła, srokę czy wysoko szybującego drapieżnika. O ileż lepszą sytuację mają mieszkańcy Mazur i Pomorza mogący do woli napatrzeć się na stada kaczek, gęsi, żurawi, czapli i kormoranów! Ale mnie nigdy do jezior i wody nie ciągnęło... wolę góry! Pod Bukowcem

Skrzyżowanie w Bukowcu. Siadam na ławce przed czyimś domem i zmieniam wilgotne skarpetki. Niestety, w lesie i na łąkach jest mokro i żebym nie wiem jak się starał, suchych stóp na tej wycieczce mieć nie będę. Posypuję je talkiem. Na razie pęcherzy nie mam, ale to tylko kwestia czasu: wilgotny naskórek łatwo się naciąga.

Mijam schronisko i kościół i asfaltową drogą wychodzę ponad wieś. Dalej leśnymi traktami na przemian z wyasfaltowaną jezdnią maszeruję w górę. Trafiam na źródełko "Jola" i z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że jest ono zaznaczone i na mojej "harcerskiej" mapie z 1989 roku. Znaki prowadzą coraz wyżej. Jakiś dowcipniś namalował co kawałek na drzewie piktogram osoby niepełnosprawnej. Hm... żart lub rzeczywiście odbywał się tu jakiś rajd na wózkach inwalidzkich... Droga na Skalnik nie jest prosta. Na rozstajach ustawione są głazy z wykutymi napisami "....weg". To część Starego Traktu Kamiennogórskiego. Ciężka ręka działacza PTTK przypieczętowała werdykt drugiej wojny światowej malując na kamiennych napisach biało-czerwone znaki szlaku. Nasze na wierzchu ;-)

Dobiegają do mnie dziecięce głosy. "Pewnie jakaś rodzinka" - myślę sobie. Ale oto mija mnie grupka wycieczkowiczów poprzedzana przez zbiegające ze stoku dzieciaki. A za tą grupką – jej ciąg dalszy. I jeszcze i jeszcze! Cały autobus wycieczkowiczów! Pewnie z zakładu pracy: są tu i rodzice z pociechami i żwawe emerytki z kijkami trekingowymi. Uff... powolutku dochodzę na Skalnik (945 m n.p.m.). Szczyt zarośnięty, tylko słup z tabliczkami. Porównuję PTTK-owskie czasy przejść do Szarocina z tymi, które mam na swojej internetowej ściągawce. Złoszczę się. Nie tyle na to, że nie mogę tak szybko iść (bo i tak idę w miarę szybko), co na dezinformację sianą przez autora strony o GSS. Pod Chełmczykiem

Teraz w dół, do Szarocina – może półtorej godziny. Przeciskam się wąską ścieżką między choinkami, pojawiają się miejsca widokowe z wystającymi ponad las skałkami. Niebo nad górami jest jednak zasnute chmurami, więc nie mam czym się zachwycać. Gorsza, że za przełęczą pod Bobrzakiem zaczyna znów padać. Jakoś wytrzymam. Droga zamiast łagodnie opadać, znów się wznosi, muszę wspiąć się pod Liściastą. Ścieżka zawalona drzewami, zarośnięta. Ślizgam się na błocie, obchodzę przeszkody przedzierając się przez chaszcze. Co chwilę przystaję i popijam resztką wody. Ugh! Mokro wszędzie: pod ortalionem też!

No, dobrze... Widzę już zabudowania rozrzucone w dolinie Świdnika. Jeszcze zejście przez mokrą łąkę i docieram do asfaltu w Szarocinie. Moim marzeniem jest herbatka w barze. Choćby w najgorszej wiejskiej mordowni. Ale, jak podpowiada mi mieszkanka Szarocina, ten nie dorobił się takiego luksusu. Jest, na szczęście, sklep spożywczo-przemysłowy. Siadam w przedsionku na skrzynce i usiłuję odcieknąć i wysuszyć się. Robię dla niepoznaki drobne zakupy i atakuję sprzedawczynię:

– Mam prośbę... Dostałbym trochę wrzątku?

Po chwili zajadam chińską zupkę. O, jak mi dobrze!

Jest 16:45. Deszcz ustał, czas na mnie. Na drodze przyczepia się młody, lekko podpity mężczyzna i wypytuje, dokąd idę.

– Do Lubawki? Nie dasz rady. Nie dojdziesz dzisiaj!

I opowiada mi, jak to kiedyś wracał z pasterki z Lubawki do Szarocina.

– To 15 kilometrów, trzy godziny szedłem szosą, a ty chcesz iść przez góry?!

Ano chcę. Zresztą... czy chcę? Szlak tak prowadzi! Pod Paprotkami

Żegnam się z chłopakiem, zbaczam z asfaltowej drogi i podchodzę na szczyt Świerczyny (720 m n.p.m.). Za kulminacją trochę widoczków, potem w dół i znów do góry, na Chełmczyk. Uwagę moją zwracają piękne paprociowe pióropusze i dywany z mchu. Gdyby nie to, że wszystko mokre, chętnie bym się tu wyłożył... Jeszcze niekoszona łąka i już jestem przy szosie. Na skrzyżowaniu nieco się gubię. Z opisu wynika, że mam iść na wprost, lecz namalowany znak zachęca do skrętu w prawo. Po chwili już jestem na właściwej drodze. Dochodzę do Paprotek, po prawej jezioro Bukowsko a ja znów stromo w górę. Taplam się w błocie, ale uparcie prę do przodu. Opłaciło się. Ścieżka wyprowadza na skraj urwiska z punktem widokowym (Zadzierna, 724 m n.p.m.). Naprawdę tu ślicznie! Teraz ostry zjazd, mała przełęcz z wiatrołomem, trochę widoczków i zejście do doliny.

Idę przez Bukówek. Mam pragnienie, szukam więc kogoś na podwórzu, by poprosić o wodę. Zwykle piję wodę z leśnego strumyka, lecz teraz jest wszędzie zamulona. Trafiam na grupkę osób przed budynkiem. Grillują.

– Może kiełbaskę? Zaraz będzie gotowa – proponuje mężczyzna – Kazek, nalej panu wody!

Mmmm... Zapach jest tak nęcący...

– Dziękuję, wystarczy mi woda – powstrzymuję się z trudem.

Do Lubawki zostało mi tylko kilka kilometrów. Wiem, że do Krzeszowa dziś nie dojdę, zanocuję bliżej. Uważnie rozglądam się za jakąś agroturystyką. W Bukówku jest takowa – przy końcu wsi, ale to dla mnie za wcześnie. Pół godziny później jestem w Lubawce i zaczepiam miejscowych pytając o nocleg.

– Tam na ulicy Przyjaciół Żołnierzy wynajmują. To koło stadionu.

Widok z Zadziernej Dobrze. Niech będzie. Zaglądam na rynek, później chwilę spędzam przy kamienicy z szyldem "Noclegi". Uprzejmy chłopak – posiadacz komórki – dzwoni do właścicielki z pytaniem, czy ma miejsce. Niby nie ma, ale podejrzewam, że po prostu nie chciało się jej podjeżdżać do centrum dla jednego gościa. Nie to nie. Pod wskazanym wcześniej adresem bez problemu znajduję nocleg. No, jeszcze tylko muszę zbić nieco cenę – mam w końcu swój śpiwór ;-)

Koniec dnia. Nie było najgorzej. 52 kilometry w 15.5 godziny, w sumie ze trzy godziny deszczu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej