Sierota jestem! | bramborové spirály i inne specjały | Masaryk? Czy ja go znam? | Tam, gdzie Mozart koncertował... | Pod katedrą i pod zamkiem
Wyjazd zaczął się pechowo. No cóż: to, że jestem roztrzepany, to wiem od dawna. Czasem zdarzają mi się pomyłki z datami lub miejscami. Czasem z osobami.
Nigdy nie byłem w Brnie, nasz południowy sąsiad nie wzbudzał nigdy we mnie specjalnego pożądania. Może to wynikać z pewnej przekory: skoro wszyscy tam jeżdżą…? Myślę, że ten sam motyw powstrzymywał mnie wcześniej przed Egiptem, Chorwacją i Wielką Brytanią. Nie spieszyło mi się tam. Druga połowa bieżącego roku obfitowała w krótkie wyjazdy. Był wrześniowy wypad do Szwecji potem październikowy wyjazd do Hiszpanii i na Maltę, a w listopadzie odwiedziłem Koreę. W planach miałem również Niemcy i Rumunię, a na koniec roku Afrykę Zachodnią. I mógłby ktoś uznać, że wystarczy tych wyjazdów! Przyszedł jednak październik, dni zrobiły się krótkie i chciałoby się polecieć gdzieś w cieplejsze miejsce. Jak na złość nie mogłem nic sensownego znaleźć. Ale trafiła się oferta tanich przejazdów PolskimBusem do Brna, zaproponowałem więc Joli weekendowy wypad. Kupiłem promocyjne bilety i zarezerwowałem hostel John Galt w centrum miasta. Jakież było moje zaskoczenie, gdy na parę dni przed wyjazdem zorientowałem się, że daty wyjazdów i noclegu nie pokrywają! Wyjazd z Krakowa mamy w piątek, a powrót w sobotę. Hostel natomiast zarezerwowałem z soboty na niedzielę. Ogarnęła mnie złość.
– Sierota jestem! – powtarzałem sobie w kółko. I zadawałem sobie pytanie, z czego zrezygnować.
Niestety biletów nie dało się już kupić na sobotę, pozostało zarezerwować nocleg na nowy termin. Pech prześladował mnie w dalszym ciągu – jak na złość w tym hostelu miejsc już nie było na piątek. Ostatecznie zarezerwowałem hostel nocleg w hostelu Moravian przy ulicy Podnásepní 1a, już poza ścisłym centrum. Zły byłem na siebie, przeprosiłem Jolę za zamieszanie i wziąłem na siebie koszty anulowania pierwszego noclegu.
– Nic się nie stało, najważniejsze, że pojedziemy – stwierdziła Jola.
A zatem jedziemy do stolicy Moraw, wyjazd mamy o 11:20 w piątek. Po pięciu godzinach jesteśmy na miejscu, wysiadamy na dworcu Zvonarka, a 15 minut później meldujemy się w hostelu. Położony przy niezbyt reprezentacyjnej bocznej ulicy, sprawia wrażenie obiektu z minionej epoki. Pokoje są wyziębione, robimy więc sobie herbatę i kawę.
– Jeśli odpoczęłaś, to może pójdziemy na spacer do miasta, nie traćmy czasu.
– Tak, jestem gotowa.
Wieczorne Brno. Przechodnie w grubych kurtkach spacerują, oglądają wystawy. I my zaglądamy do sklepów, ale nie nastawiamy się na zakupy. W centrum miasta, w rynku (Náměstí Svobody) trwa jarmark bożonarodzeniowy. Zresztą, nie wiem, czy to jarmark, a nie święto wina, jak można by sądzić po banerach „Winnosti swatoho Martina”. W każdym razie jest tłoczno i wesoło. Na scenie gra ludowa kapela Cimbálová muzika Sylván z Mokrej. Dwoje skrzypiec, kontrabas i wielkie cymbały. Nie przepadam za taką jękliwą muzyką. Słuchamy przez chwilę czeskich przyśpiewek, potem zaglądamy do budek i straganów licznie ustawionych na placu.
– Masz ochotę na bramborové spirály? – pytam.
– Nie za bardzo…
Obok Štramberské uši, czyli uszy sztramberskie – zwinięte w różek pierniki rodem z czeskiego Štramberka. Można też kupić frgály, 32-centymetrowe placki drożdżowe z nadzieniem. Do wyboru frgál: hruškový, tvarohový i makový. A jak ktoś ma więcej kasy, to boruvkový lub ořechový. Jest też spory wybór lokalnych win. Panienka na stoisku z szyldem Svařák, czyli proponuje czerwone lub białe wino Dornfelder. W wersji grzańca, ma się rozumieć.
Podchodzimy do jasno oświetlonego kościoła pod wezwaniem św. Jakuba. Kościół jest późnogotycki a trzynawowe wnętrze ma barokowy wystrój. O tej porze są tu pustki. Oglądamy boczne ołtarze ozdobione kolumnami z czarnego marmuru i złoceniami, rzeźbione stalle w chórze, marmurową ambonę z wieloma panelami pokrytymi płaskorzeźbami. Wśród wielu nagrobków z interesującymi rzeźbami można zobaczyć grobowiec Louisa Raduita de Soches – marszałka, który wsławił się obroną miasta podczas oblężenia przez Szwedów w okresie wojny trzydziestoletniej.
Kilka kroków od placu św. Jakuba znajduje się Kościół św. Tomasza (Kostel svatého Tomáše). Chociaż został ufundowany w połowie XIV wieku przez margrabiego morawskiego Jana Henryka Luksemburczyka, został przebudowany w stylu barokowym. Oczywiście, to znów wina Szwedów, którzy tu się zapędzili. Tu trwa akurat msza, więc tylko na chwilę zaglądamy. Obok postawiono ponadnaturalnej wielkości posąg konia z jeźdźcem. Ta kontrowersyjna rzeźba o nazwie Odwaga, przedstawia Jodoka z Moraw (taką polską wersję jego imienia podaje Wikipedia, tutaj znany jest wyłącznie jako Jošt Moravský), który był morawskim margrabią z dynastii Luksemburgów. Był także „antykrólem” niemieckim w latach 1410-1411 wybranym przez część elektorów będących w opozycji do „oficjalnego” króla – Zygmunta Luksemburskiego. Postać dla Czechów bez wątpienia ważna, gdyż Jodok był ostatnim władcą morawskim, który o dziwo! zabiegał o suwerenność Moraw. Pochowany w kościele świętego Tomasza, nie można się więc dziwić, że tu właśnie ustawiono jego pomnik. Dzieło rzeźbiarza Jaroslava Róna, wzbudziła od początku kontrowersje, nie tylko wśród mieszkańców, ale ponoć także wśród osób znających twórczość tego rzeźbiarza.
Z placu Moravské naměsti przechodzimy pod kolejny kościół pw. Jana Amosa Comeniusa (Českobratrský evangelický chrám Jana Amose Komenského). Kościół jest neogotycki, z 1867 roku. A że do jego budowy użyto cegły – zwany jest Czerwonym kościołem. Ku zadowoleniu Joli jest zamknięty.
Opodal przed większym budynkiem widzę oświetlony monument.
– Chodź, podejdźmy do tego pomnika z kwiatami – proponuję – ciekawe komu przyniesiono tak dużo kwiatów.
Okazuje się, że wielka statua ustawiona przed budynkiem uniwersytetu to posąg Masaryka.
– Znasz tego gościa?
– Masaryka? Nie.
– Ja też nie.
Ale nazwisko powinno być mi znane i powinienem się domyślić, że był to przedwojenny polityk. Z inskrypcji na pomniku wynika, że polityk musiał się dobrze zasłużyć, skoro do tej pory jego imieniem jest nazwany jeden z uniwersytetów w Czechach.
– Czekaj, czekaj... Czy to nie był prezydent czeski prezydent?
Ale wstyd! Jak można nie pamiętać w postaci Masaryka – czterokrotnego prezydenta Czechosłowacji.
Wyglądamy jeszcze do kościoła Angelu. W środku modli się kilkanaście starszych osób.
– To i tak były tłumy – mówię po wyjściu na zewnątrz – Czechy są najbardziej zateizowanym krajem w Europie.
– Tak?
– No, nie pamiętam dokładnie, ale chyba 80% osób jeszcze nie tak dawno było ateistami.
– A w Polsce według oficjalnych statystyk kościelnych 99% jest katolikami…
Ta część starego miasta jest ciekawsza. Podobają mi się wąskie uliczki z barokowymi i modernistycznymi kamienicami. Dochodzimy do jednego z dwóch dużych placów w Brnie – placu Warzywnego (Zelný trh). Jest naprawdę stary, istniał już w 1190 roku, przez lata obrósł w różne reprezentacyjne budynki i pałace. Niestety większość z nich uległa zniszczeniu podczas wojennych zawieruch. Pośrodku placu znajduje się pomnik-fontanna zwana Kašna Parnas. Wykonana z wapienia, składa się z trójkątnej formacji skalnej z grotą wewnątrz, z której Herkules wyprowadza w skrępowanego łańcuchem trójgłowego psa, Cerbera. Grotę flankują trzy postacie kobiece reprezentujące starożytne imperia: Babilonię, Grecję i Persję. Kompozycję wieńczy postać Europy jako symbolu Świętego Cesarstwa Rzymskiego i chrześcijaństwa oraz zwyciężczyni Antychrysta. W trzech basenach fontanny pluskają się kamienne delfiny tryskające wodą. Fontanna jest barokowa, ładnie podświetlona i ogólnie na placu jest sympatycznie.
Na placu przy Divadle Reduta, czyli Teatrze Narodowym ustawiono kolumnę z posągiem chłopca. Jest jasno oświetlony a jego cień kładzie się na fasadzie budynku. Ku mojemu zaskoczeniu rzeźba poświęcona jest Mozartowi i upamiętnia jego pobyt w Brnie. To właśnie wtedy 11-letni Mozart wraz siostrą dali tu swój koncert. Kompozytor przedstawiony jest jako skrzydlate dziecko, ale z głową dorosłego mistrza. Wygląda to trochę dziwnie.
Z placu było przechodzimy pod Katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła (Katedrála svatých Petra a Pavla) zwaną przez miejscowych Petrov. 900-letnia historia kościoła to jednocześnie zwierciadło historii sztuki. Z romańskiej budowli zachowała się jedynie krypta pod wejściem. Reszta spłonęła w pożarze Brna w1306 roku. Odbudowany kościół w stylu gotyckim przeżył wojny husyckie, ale zmienił wygląd podczas przebudowy w XVI wieku. Nie na wiele się to zdało, katedra został znów zniszczona podczas wojny trzydziestoletniej. Zachowało się późniejsze barokowe wnętrze, a dzisiejszy neogotycki styl budowla zawdzięcza wiedeńskiemu architektowi, który dodał dwie strzeliste wieże i piękną fasadę z wysokimi oknami, maswerkami, sterczynami i ozdobnym balkonem. Powstał również zewnętrzna ambona, którą można potraktować jako lokalną ciekawostkę.
– Podobno dzwony w katedrze biją o 11:00 rano zamiast 12:00 w południe – odzywam się.
– Dlaczego?
– Bo podczas wojny trzydziestoletniej Szwedzi obiecywali, że odwołają swój atak na Brno, jeśli nie uda im się wedrzeć do miasta do południa 15 sierpnia.
– I mieszkańcy zadzwonili godzinę wcześniej?
– Tak. Według legendy Szwedzi przerwali oblężenie i odeszli z pustymi rękami.
– Nie wierzę.
– Przynajmniej jutro sprawdzimy, o której dzwony biją…
Katedra jest zamknięta, dziś tu nie wejdziemy. Obok znajduje się nowoczesny pomnik przedstawiający dwóch mężczyzn. Jest podświetlony od środka przez szczeliny w kształcie krzyży. Ładna kompozycja. Przypuszczam, że to św. Piotr i św. Paweł.
Schodzimy uliczką w dół przez bramę strzeżoną przez dwóch świętych. Z tej perspektywy przepięknie prezentuje się zamek Špilberk na wzgórzu.
– Jak ci się podoba?
– Ładnie podświetlony, ale chyba nie chcesz tam iść?
– No pewno, że chcę! Chodźmy, przynajmniej się rozgrzejemy pod górkę.
15 minut później jesteśmy już u podnóża zamku. Wspinamy się wybrukowanymi ścieżkami coraz wyżej. Widać już panoramę całego miasta.
– Zimno! – skarży się Jola.
Szybkim krokiem wracamy do hostelu.