Ile pięter ma kamienica? | Po szerokim torze | Zejście do wąwozu | Fatalny krok | Pomocni krajanie | Niesamowity morski żywioł | Schronienie w klasztorze | Powrót do Palmy | Zwiedzam miasto
Kolejny dzień. Dziś muszę się dostać do wąwozu Torres de Pareis. Ale wcześniej muszę się znaleźć w Palmie. O 6:00 jestem na nogach, spakowany i gotowy do drogi. Podmiejskimi ulicami podchodzę na jakiś przystanek autobusowy.
– Jeżdżą to autobusy do centrum? – pytam jakiegoś podrostka.
Chcę go jeszcze zapytać o cenę biletów, ale właśnie podjeżdżam właściwy autobus. Wysiądę w centrum przy ulicy Aragón, to chyba ze 20 przystanków. Moim priorytetem jest odszukanie dworca i zakup biletów, nie będę więc teraz zwiedzać Palmy. Idąc w kierunku nieodległej stacji kolejowej, zerkam na budynki przy Pl. d'Espanya. Architektura jest typowa dla miast hiszpańskich: wysokie, pięcio-, sześciopiętrowe kamienice, niektóre z różnymi architektonicznymi ozdobami. Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, że w polskich miastach dziewiętnastowieczna zabudowa jest niższa: trzy-, najwyżej czteropiętrowa. Skąd wynika taka różnica? Zasadniczo przychodzą mi do głowy dwa wyjaśnienia. Po pierwsze – wyższe ceny gruntu oraz większy wymagany kapitał na budowę budynków w Hiszpanii; po drugie – bardziej rozwinięta tamtejsza myśl inżynierska. Ot, choćby windy. No, właśnie. Dziś standardem w nowych budynkach czteropiętrowych w Polsce są windy. Dawniej to było niespotykane – poza przedwojennymi kamienicami. Transport taką dziewiętnastowieczną windą jest dla mnie zawsze ciekawy. Najwięcej emocji bywało w Indiach, gdzie windy – zgrzytające i piszczące niczym w katastroficznym filmie – obsługiwane były przez kilkunastoletnich chłopaków lub starszych Hindusów z siwą, równo przystrzyżona brodą i szpakowatymi włosami.
Budynek dworca kolejowego (Estació Intermodal) jest przestronny i w miarę pusty. Linia kolejowa z Palmy do Sa Pobla na północnym krańcu wyspy ma zaledwie 50 kilometrów, a cały system kolejowy obejmujący odgałęzienia linii do Manacor na wschodnim krańcu wyspy oraz Port de Sóller na zachodnim wybrzeżu liczy łącznie ze stołecznym metrem 85 kilometrów. Zawsze się zastanawiam nad istnieniem kolei na tak małych wyspach. Od 1881 roku była to jednak sensowna alternatywa dla transportu wozami zaprzężonymi w konie. Ja chcę potrzebuję tylko dojechać do Inca, miasteczka położonego w połowie trasy do Sa Pobla. Może przytrafi się okazja, by zwiedzić kiedyś całą wyspę. Chociaż… nie sądzę. Wysp na świecie jest mnóstwo, a życie tylko jedno. Już lepiej wybrać się na sąsiednią Minorkę lub rozrywkową Ibizę.
Bilet mógłbym kupić w automacie, ale wolę w kasie dowiedzieć się o rozkład jazdy pociągów powrotnych. Jest ich na tyle dużo, że mogę być spokojny o jutrzejszy powrót. Nigdy nie jechałem kolejami hiszpańskimi, teraz będzie okazja przekonać się, jak się jedzie pociągiem po wyjątkowo szerokich torach – 1668 mm. Zazwyczaj Polacy wiedzą, że koleje rosyjskie mają szerszy rozstaw torów, znają również prymitywny dowcip o genezie tego rozstawu. Ale mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że szersze tory są również na pozostałych obrzeżach Europy: w Finlandii, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii. Rekordowo szerokie tory są na subkontynencie indyjskim – 1676 mm (Indie i Pakistan), natomiast całkiem skromny rozstaw jest w Indochinach i Brazylii (1000 mm) i niemal w całej Afryce (1067 mm). Podczas swoich trampingów, miałem okazję jeździć nie tylko kolejami rosyjskimi, ale również pociągami indyjskimi i fińskimi, by wymienić tylko te korzystające z szerokich torów.
Jedziemy równolegle do gór Serra de Tramuntana, zatrzymując się na każdym podmiejskim przystanku. Do Inki docieram o 8:15. Niewiele jest tutaj do oglądania, ale dla porządku idę do kościoła (jest zamknięty), pstrykam kilka fotek. Ustalam kierunek drogi prowadzącej ku górom i ruszam, licząc, że trafi się autostop. Faktycznie, tuż za Incą zatrzymuje się samochód i kierowca proponuję podwiezienie na początek szlaku schodzącego do wąwozu. Bardzo mi to pasuje. Po drodze zachwycam się pięknie położonymi miasteczkami, między innymi 4-tysięcznej Selvy, w panoramie które dominuje kościół na wzgórzu. Potem wjeżdżamy na krętą drogę prowadzącą przez las. Kierowca o imieniu Carlos opowiada, że często tu jeździ na wypoczynek. Za Mirador de Pedra en Sec zpojawiają się serpentyny, zjeżdżamy w dolinę Torrent de Coma Freda. Znów wjeżdżamy w górę, mijamy Escorcę z jakąś gospodą i parkujemy samochód na poboczu unikając płatnego parkingu. Kierowca stwierdza, że idzie pobiegać. Rozstajemy się pod tablicę informacyjną przedstawiającą schemat szlaków w regionie.
Zaczynam schodzić do doliny. W tym miejscu wypadałoby nieco opisać topografię okolicy. Znajduję się na płaskowyżu porozcinanym dolinami rzek spływających ku zachodniemu wybrzeżu wyspy. Rzeki jednak nie płyną równolegle do siebie, jak to bywa w Górach Skandynawskich, lecz niezdecydowane kręcą się w różnych kierunkach. Niektóre, nawet wykręcają na wschód, by ostatecznie spłynąć do rzek mających to ujście pomiędzy Cala Tuent a Torre de Lluc. Mnie najbardziej interesuje rzeczka Pareis. To ona wraz z dopływem Gorg Blau wyrzeźbiła w wapiennych skałach dolinę na tyle głęboką, by ją nazwać torres. Po angielsku ta nazwa brzmi (LOL!) canyon, natomiast w języku polskim lepszym określeniem wąwozu jest jar. Zazwyczaj nie przywiązuję wagi do tego rozróżnienia. Przykładowo, sławna Colca w Peru jest dla mnie wąwozem nie kanionem.
W promieniu 10 kilometrów jest to trochę szczytów o wysokości przekraczającej 1200 metrów wśród nich najwyższy – Puig Major (1,445 m n.p.m.). Ponieważ góry leżą praktycznie nad morzem, to wspinaczka na najwyższe szczyty z początkiem w nadmorskich miejscowości odpowiada wchodzeniu na Świnicę z Kuźnic. Całkiem sporo, jak na małą wyspę. Wrócę jednak teraz do mojej wędrówki. Szlak jest znakowany plamami położonymi na głazach i drzewach. Prowadzi początkowo przez zapuszczone sady i poletka, na których dawno niczego nie uprawiano. Nie spotykam wielu ludzi, ale wyślizgane do granic możliwości wapienne głazy świadczą o tym, że szlak cieszy się dużą popularnością.
Ostatni odcinek wąwozu jest nadzwyczaj wąski. Gdyby tak dobrze rozciągnąć ramiona można by było dotknąć obu ścian wąwozu. W jednym miejscu drogę tarasuje gigantyczny głaz o kilkumetrowej średnicy. Na tle pionowych dwustumetrowych ścian wyglądy jak okruszek. Pojawia się coraz więcej ludzi, są na ogół bez plecaków, wybrali się na spacer wchodząc w głąb wąwozu od strony jego wylotu. Torres się rozszerza, pośrodku doliny utworzyło się jeziorko. Muszę się zastanowić, z której strony je obejść. Widoki są naprawdę ładne, ale moje myśli są skupione na rozdartych spodniach. Koniecznie trzeba coś z nimi zrobić. A jak ma na złość, tym razem nie wziąłem ani nitki, ani igły. Widzę, że w stronę wybrzeża zmierza grupa emerytów. Słysząc polską mowę podchodzę.
– Dzień dobry. Nie ma ktoś z państwa igły i nitki? – pytam, pokazując rozdarcie.
– Haniu, ty zawsze masz wszystko ze sobą – mówi mężczyzna do żony.
– Nie, nie wzięłam – odpowiada.
– U mnie coś się znajdzie – mówi drugi starszy pan.
Schyla się i przez chwilę grzebie w plecaku.
– Proszę – podaje mini-zestaw z igłą i kilkoma nitkami.
Grupa Polaków rozsiada się pod skałą przy posiłku, ja naprędce ściągam spodnie i grubym ściegiem próbuję w zeszycie rozdarcie. Cóż, nici są podlej jakości, najgorsze jednak jest to, że nitek każdego koloru jest po jednym metrze.
– No, my idziemy dalej – odzywa się mój dobroczyńca. – Niech pan spokojnie szyje.
– Ale…
– Proszę sobie wziąć wszystko, widzę, że ma pan problem.
– Skończę i dogonię was….
– Spokojnie, mam drugi zestaw w hotelu.
Żegnam się z miłą grupką i cierpliwie kończę prace krawieckie.
Wąwóz w tym miejscu zmienił się w dolinę o szerokości kilkuset metrów. Nie wiadomo skąd pojawiły się strumyki tworzące nieco dalej rzeczkę. Roślinność tu soczysta, wszystko wygląda pięknie, ale martwi mnie wiatr wróżący zmianę pogody. Faktycznie, niebo zasnuło się znów chmurami. Zmierzam teraz ku potężnym skałom nadbrzeżnym. Meandrująca tego przez dolinę rzeczki Pareis uchodzi tu do morza przez utworzoną w kilkudziesięciometrowych skałach bramę o szerokości 20 metrów. Z drugiej strony napierają rytmicznie fale co sprawia, że woda raz po raz się cofa w korycie. Już z tej odległości widzę, że zjawisko jest fascynujące.
Ściągam buty i przekraczam płytką rzeczką. Dołączam się do grupy turystów obserwujących z bliska żywioł. A jest naprawdę na co popatrzeć. Fale miarowo uderzają w skaliste wybrzeże i tu, gdzie znajduje się skalna brama, rozbryzgują się tworząc 10-metrowe pióropusze wody. Wśród fotografujących jest i grupka "znajomych" Polaków. Komentujemy razem te zmagania wiatru i wody.
Wyjście z doliny poprowadzone jest w niecodzienny sposób tunelem wydrążonym w skale po lewej (orogr.) stronie doliny. Przejście jest wąskie i doświetlone przez niewielkie otwory wykute w skale. Po wyjściu z tunelu otwiera się szeroki widok na wzburzone w tej chwili morze. Ale ciekawsze jest to, co się dzieje przy skalnej gardzieli. Oto fale zbliżają się "szerokim frontem" od strony morza, wciskają się w coraz węższą zatoczkę. Fala się kumuluje, spiętrza i z impetem uderza o skalną bramę. Jestem pod dużym wrażeniem tego miejsca.
Z żalem w końcu przerywam kontemplacje tego żywiołu i ruszam dalej. Przyłączam się do poznanej grupki Polaków i idziemy dalej, rozmawiając ze sobą. Okazuje się, że to trójka botaników-dendrologów spędzających tu wakacje. Przez wiele lat na zlecenie poznańskiego instytutu badali roślinność na Majorce, teraz są to prywatnie. Do Port de Sa Calobra podjechali samochodem i poszli w głąb wąwozu na spacer. Liczę na to, że mnie zabiorą na stopa.
– Ale my jedziemy jeszcze do klasztoru Lluc.
– Świetnie! Jeśli można, to też tam pojadę – odpowiadam nie zrażony.
Wsiadamy do samochodu. Droga do klasztoru to odległość 24 kilometrów. Martwię się noclegiem, gdyż deszcz znów zaczął kropić. Ale oto klasztor. Zatrzymujemy się na dużym parkingu.
– Tu można nocować. Do widzenia.
– Dziękuję za podwózkę – żegnam się i dodaję do pana Jurka: Uratował mi pan życie!
– Nie ma za co. Do widzenia, powodzenia.
Santuari de Lluc jest sporym kompleksem składającym się z kościoła, kilku budynków klasztornych (Monasterio de lluc), szkoły muzycznej i centrum edukacyjnego (Colegio CCIEEM Escolania de Lluc), muzeum i galerii malarstwa religijnego. Znajduje się tu również niewielki ogród botaniczny (Jardí Botànic de Lluc). Potencjalnie najbardziej zainteresowany jestem celami klasztornymi, w których pielgrzymi i turyści mogą się zatrzymać.
Ruszam drogą, deszcz kropi. Widzę, że za mną jedzie samochód Polaków, nie zatrzymuję, bo nie chcę nadużywać gościnności. Kierowca jednak sam przystaje.
– Niech pan wsiada! Nie ma co moknąć.
– Dziękuję!
Wskakuję do środka rozgrzewam zziębnięte ręce. Zanim dojedziemy do Inca, wypogadza się. Oglądam się za siebie. Nad górami unoszą się kłęby mgły. Myślę, że nie będzie padać, ale – w górach może być różnie. Zatrzymujemy się w miasteczku przy stacji kolejowej. Tu żegnamy się ostatecznie. Oni jadą do Port d'Alcúdia na końcu wyspy, ja wracam do Palmy.
O 16:00 jestem na miejscu. W stolicy Majorki życie toczy się swoim, trochę przedsezonowym rytmem.
Upatrzyłem sobie na mapie zielony kawałek terenu jako miejsce noclegu. Opustoszałymi wieczornymi uliczkami zmierzam ku Parque Castillo de Bellver. To park zlokalizowany na wzgórzu, na którym wznosi się XIV-wieczny zamek (Castell de Bellver). Jak się okazuje, ten teren jest otoczony wysokim murem. Ciągnie się na długości paru kilometrów. Dochodzę do zamkniętej bramy, jednej, drugiej. Wygląda na to, że teren jest zamykany na noc. Odpuszczam i schodzę w stronę wybrzeża. Tu, w dość w ruchliwym miejscu, ale w miarę niedostępnym dla ciekawskich oczu, znajduję awaryjne miejsce do spania. Usytuowane jest na wysokiej, kilkunastometrowej skarpie, do której prowadzi wąska na 30 cm ścieżka. Rozkładam karimatę i śpiwór i usypiany odgłosem niekończącego się nawet w nocy ruchu samochodowego zapadam przerwany sen.