Memmingen o świcie | Zabytki starówki | | |
Budzik dzwoni o 6:00, ale od kwadransa już nie śpię. Wciągam rześkie powietrze w płuca, "wiejski" zapach jest niewyczuwalny: albo się przyzwyczaiłem, albo poranna rosa zdążyła go wchłonąć. Okolica jest uśpiona. Zjadam skromne śniadanie i zbieram się. Szybkim krokiem dochodzę do głównej ulicy – mam teraz do przejścia około 3 km. Jest 6:30.
Nie muszę się spieszyć ze zwiedzaniem, o tej porze zdjęcia wychodzą kiepsko. W ciągu godziny spotykam raptem jednego przychodnia, jednego rowerzystę i parę samochodów. Cóż, jest sobotni ranek, trzeba się wyspać! Przedmieścia Memmingen są zadbane, nowe domy, ogródki. Odnotowuję popularność paneli słonecznych pokrywających czasem całą stronę dwuspadowego dachu.
Wstępuję teraz na cmentarz. Dość dziwne to miejsce przypominające raczej park z rozmieszczonymi tu grobowcami. Spaceruję alejkami, wyszukując starsze i ciekawsze inskrypcje na nagrobkach. Chwila odpoczynku na kamiennej ławce i ruszam w kierunku starego miasta.
Za przejściem podziemnym w okolicach dworca miasto pięknieje. Podoba mi się tutaj! Poczynając od narożnej kamienicy o miłej dla mnie nazwie Cornelius, budynki przybierają ciekawą, charakterystyczną dla Memmingen formę. Frontony kamienic przykrytych dwuspadowymi dachami są proste, a jednocześnie na tyle szerokie w stosunku do wysokości, że rodzi to w nieprzyzwyczajonym przechodniu poczucie dysonansu.
Idę szeroką, na wpół uśpioną ulicą …... Wschodzące słońce coraz mocniej oświetla kolorowe kamienice; te, po drugiej stronie, wciąż spowija mrok. Miasto jest czyste, zadbane, zaopatrzone w tablice informacyjne. Jakże wielki jest kontrast między niemieckimi i włoskimi miastami, w których czasem do południa ulice toną w śmieciach! Obsługa hoteli i kawiarń wynosi właśnie stoliki na zewnątrz, kelnerzy nakrywają stoły w restauracjach. Chociaż sezon turystyczny się skończył, to weekend zapowiada się słonecznie i mogą spodziewać się gości.
Z piekarni dolatuje smakowity zapach. Drażni moje nozdrza, a urozmaicone kształty bułek i ciastek kuszą oczy. Ale nawet gdybym był przed śniadaniem i nie miał ze sobą zapasu pieczywa, to przecież nie kupię drożdżówki za 2 euro! Na straganie ceny również wysokie, jabłka kosztują ponad 2 euro za kilogram, nawet cena ziemniaków powala! Na szczęście jestem samowystarczalny na tym wyjeździe.
Mijam niewielki plac z charakterystycznym słoniem przy narożnej aptece, dochodzę do najważniejszego miejsca w Memmingen – rynku. Dziś wygląda jak rynek krakowski podczas jarmarku. Na straganach głównie owoce, pieczywo i snacki. Nie ma tu atmosfery jarmarku bożonarodzeniowego, jakiej doświadczyłem w Dortmundzie w 2016 roku, może ze względu na wczesną porę. Otoczenie rynku jest atrakcyjne, uwagę zwraca przede wszystkim wysoki ratusz pomalowany na biało. Obok długi trzykondygnacyjny budynek ..... ozdobiony na zewnątrz malowidłami. Daleko mu do sukiennic, ale zapełniające się amatorami śniadania na świeżym powietrzu restauracyjne stoliki dodają uroku. Po drugiej stronie rynku wzdłuż południowej pierzei stoi rząd bordowych i zielonych kamienic. Uwagę przyciąga pierwszy dom po lewej stronie z oryginalnym szyldem na dachu.
Przecinam rynek na ukos i dochodzę do kanału przepływającego przez miasto. Daleko mu do kanałów weneckich czy choćby amsterdamskich – zwłaszcza że na pewnych odcinkach znikają pod powierzchnią ziemi.
Nieopodal wznosi się gotycki kościół .... Moje obawy, że będzie zamknięty sprawdzają się. Zresztą wstęp (od 10:00), zdaje się, jest płatny. Poprzestaję na obejściu wokół świątyni ze studnią na podwórku. Obok znajduje się wieża bramna stanowiąca część fortyfikacji otaczających miasto. Dzięki wczesnej porze udaje mi się sfotografować ją bez ulicznego ruchu. Penetruję teraz kwartały w zachodniej dzielnicy. Wstępuje na chwilę do kościoła ….. Typowy obiekt sakralny protestanckich Niemczech wypełniony pustką. I nie mam na myśli braku wiernych, lecz skromny surowy wystrój ołtarza i nawy. Uwagę zwraca współczesna rzeźba przy wejściu: kamienny posąg Maryi z dzieciątkiem leżącym u jej stóp.