Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]
Rozkręcam się! | W drodze do Londynu | Ileż oni nakradli! |
Dziś rozpoczyna się mój drugi zagraniczny wyjazd w tym roku. Do końca maja tych lotów uzbiera się osiem, więc nie jest tak źle. Wygląda na to, że pandemia się skończyła. Obostrzenia w Europie prawie nie istnieją, nie muszę już wysyłać głupich formularzy lokalizacyjnych. Oby jeszcze reszta świata przestawiła się tory nieskrępowanego podróżowania!
Tym razem lecę na Maderę. To będzie już druga portugalska wyspa na moim trampingowym koncie – w 2017 roku odwiedziłem Azory. Maderę miałem w planach od paru lat. Wyspa dość powszechnie uważana jest za atrakcyjną turystycznie, głównie ze względu na przyrodę. Nie składało się jednak – albo nie było wystarczająco tanich biletów, albo pora roku niezbyt atrakcyjna, albo nie było decyzji, by wyjechać. Tym razem wszystko zagrało. Jeszcze na początku kwietnia nie miałem zarezerwowanego żadnego lotu i zaczynałem się denerwować, jak ten rok będzie wyglądać od strony podróżniczej. Rok dość trudny ze względu na sytuację zawodową, lecz też rok pełen nadziei, że okres "uziemienia" z powodu Cowid-19 odszedł w niechlubną przeszłość. Na Fly4free widziałem już relacje z tegorocznych zaoceanicznych wyjazdów, a ludzie mają zabukowane mnóstwo lotów na cały rok.
– A niech to! – złościłem się – Inni latają, a ja nie.
Oczywiście, nie jest to tak, że podczas pandemii nie podróżowałem. W 2020 roku odbyłem 8 lotów, a w 2021 – aż 29 lotów. Chociaż pojawiło się sporo dobrych cenowo ofert, zwłaszcza ze strony Ryanaira, to nie były one dla mnie dość atrakcyjne dla mnie, gdyż dotyczyły w większości kierunków już mi znanych. Do szybszych działań i podjęcia decyzji zdopingowała mnie Renata, która już nie mogła wytrzymać bez urlopowego odpoczynku. Gdy więc pojawiły się tanie loty z Wielkiej Brytanii na Maderę zaproponowałem tygodniowy wylot z jednodniowym stop-overem w Londynie. Koszt biletów na trasie KRK-STN-FNC-LTN-KRK zamknął się kwotą 320 zł, co Renata uznała za dobrą opcję, zwłaszcza że Londyn sam w sobie będzie dla niej atrakcją: nigdy wcześniej tam nie była.
Jak to na ogół bywa z wyjazdami do Europy Zachodniej i Południowej, zarezerwowałem noclegi na Booking.com. Trochę się złościłem, gdyż były one stosunkowo drogie – zwłaszcza w Londynie.
– Odkujemy się w Kolumbii, tam w Bogocie najtańszy nocleg jest za 13 zł – mówiłem do Renaty.
Na wyspie zarezerwowałem 5 noclegów w czterech różnych miejscach. Jak na moje oko i przyzwyczajenia – są to całkiem przyzwoite noclegi. Zapakowałem jak zwykle strasznie dużo żarcia i minimum ciuchów. U Renaty proporcje były odwrotne 😊.
Pobudka w czwartek o 3:30. O 7:00 mamy samolot z Balic. Tym razem podjeżdżamy nową linią 300 z Mostu Dębnickiego. Tak, jak podczas ostatniego wyjazdu do Włoch (Ankona) nikt już nie sprawdza paszportów covidowych. W Stansted jak zwykle tłumy, ale wszystko odbywa się sprawnie i w 50 minut po lądowaniu siedzimy już w autokarze National Express (bilety kupowaliśmy miesiąc wcześniej po 12 funtów*/).
Komunikacja miejska w Londynie nie jest zbyt przyjazna dla jednodniowego turysty. Karta Oyster opłaca się przy co najmniej tygodniowym pobycie; płacenie przy pomocy aplikacji "Contactless" jest ok, ale wymaga od każdego pasażera komórki z NFC. A z tą funkcją mieliśmy tylko jedną komórkę. Ponieważ autobusy są znacznie tańsze niż metro, nie ma dla nich stref, zdecydowaliśmy się na komunikację autobusową kupując jednodniowy bilety po 5,5 GBP. Są, co prawda, wolniejsze niż kolejka i metro, ale przyjemność oglądania miasta z poziomu pierwszego piętra autobusu jest nie do przecenienia. Na dworcu Stratford wsiadamy w 188 jadący do Tower Bridge. Biletów nie kasujemy, pokazujemy go tylko kierowcy. Z górnego pokładu oglądamy architekturę Londynu, wyszukując wzrokiem bardziej znane budynki.
– O, Korniszon! – mówię, widząc obły kształt drapacza chmur, i chwytam za aparat.
Wysokościowiec noszący oficjalną nazwę 30 St. Mary Axe zwany jest powszechnie Korniszonem (Gherkin) i mierzy 180 metrów wysokości, czyli niemal tyle, co Żagiel Libeskinda (Złota 44 w Warszawie).
Przy Primose Street przesiadamy się do autobusu 205 z jadącego w kierunku King Cross. W pobliżu ronda Old Street Roundabout znów trafiamy na kilka interesujących wysokich budynków, między innymi jajowate apartamentowce Bezier Apartments, luksusowy hotel Montcalm East z klinowatą fasadą, wąski biurowiec przy 145 City Rd. Nasz hotelik mieści się opodal, przy Swinton Street. Check-in jest od 15:00, na szczęście drzwi są otwarte. Recepcjonistka jest Hinduską, co może oznaczać problemy. Chcę zapłacić gotówką, ale dziewczyna nie ma wydać z 60 GDP. Moglibyśmy płacić kartą, ale chcę się pozbyć papierowej waluty, zwłaszcza że, jak się wkrótce okaże, są one ze starej serii. Na razie wrzucamy plecaki do schowka i z prowiantem na cały dzień zapakowanym do małego plecaczka ruszamy "w miasto". Kierunek – British Museum.
Architektura Londynu nie jest w tej dzielnicy zachwycająca, ale może zaciekawić, gdyż jest inna od Polski. Do czasu od czasu do czasu trafiamy na bardziej interesujący budynek i poświęcamy chwilę na sfotografowanie. W parku St. George's Gardens trafiamy na stare nagrobki (nawet z XVII w.), jest to więc park cmentarny. Notabene, lata sześćdziesiąte XVII wieku były dla Londynu strasznym okresem, kiedy dżuma i wielki pożar Londynu zdziesiątkowały zarówno populację, jak i samo miasto. Zaraza nie była rzadkością w tych czasach, ale w 1665 roku dżuma osiągnęła swój szczyt dzięki ciepłej pogodzie i złym warunkom sanitarnym. Zmarło wówczas sto tysięcy osób.
Przychodzimy dalej przez Russell Square, georgiański plac ze skwerem, fontanną i pomnikiem założyciela, księcia Bedford. Na ulicach niemal połowa przechodniów to imigranci – być może w którymś pokoleniu. Pod British Museum twierdzą, że nie mam dostępu do zarezerwowanych biletów – problemu jednak nie ma: do części ogólnej wstęp jest gratisowy. Chociaż kolekcja zbiorów historycznych i archeologicznych jest tu olbrzymia, to początkowo mnie nie zachwyca. Wzrokiem wciąż szukam znanych i najbardziej wartościowych eksponatów. Na razie poznajemy dzieje Wielkiej Brytanii: czasy średniowieczne, rzymskie, prehistoryczne.
– Cofamy się w czasie – zauważa Renata.
Trafiamy na Kamień z Rosetty, mam nadzieję, że oryginalny, i parę mumii faraonów przywiezionych z Egiptu.
– Boże, ileż ci Anglicy nakradli tych rzeczy – wzdycham, patrząc na olbrzymią salę wypełnioną starożytnymi artefaktami.
Sarkofagi podobne są do tych w Muzeum Kairskim i innych muzeach archeologicznych. A może niepodobne? Moja wiedza w zakresie "stylów” sarkofagów i mumii jest umiarkowana. Tu widzę, że niektóre z sarkofagów są ozdobione również od wewnątrz. Zmarłemu musiało być przyjemnie.
– A wiesz, że w Krakowie też mamy mumie egipskie w muzeum archeologicznym? Byłaś?
Renata przeczy głową.
________________________________________
*/ Niestety, easyBus już nie kursuje ze Stansted do Londynu. A takie to było dobre połączenie… Po 5 funtów, łza się w oku kręci.