Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]


Funchal – Londyn – Kraków

środa, 17 V 2022


Miły poranek | Polka prowadzi relację on-line | To był udany tramping!


Budzimy przed alarmem.

– O jak ładnie wygląda nasze miasteczko – mówię uchylając zasłonę.

Miejscowość jest jeszcze uśpiona, świecą się uliczne latarnie.

Dziś czekają nas dwa loty, do Krakowa będziemy wracać przez Londyn. Tak więc dzień jest lajtowy, transportowy. Nie wolno nam się tylko spóźnić na pierwszy samolot o 10:50.

– Co robimy na śniadanie? – pytam.

Mam nadzieję, że obejdzie się bez walki o ostatnie plasterki salami.

– Może jajecznicę. Gospodyni przecież mówiła, że możemy korzystać z całej pozostawionej żywności.

– Dobrze, zrobię. Ciekawe, co będzie z tymi obiecanymi bułkami.

– Sprawdź.

Wczoraj nasz host zadeklarował, że na śniadanie dostarczy nam świeże bułki. Nie spodziewaliśmy się tego. Wychodzę na zewnątrz. Dzień jest już jasny, przez moment zachwycam się sielskim krajobrazem. Na klamce furtki faktycznie wisi torba foliowa z bułkami. To bardzo miłe.

Po śniadaniu zmywam jeszcze naczynia i porządkujemy po sobie. Przed 8:00 jesteśmy już gotowi do drogi. W podzięce za wpisuję do księgi gości parę miłych słów.

– Idziemy?

Schodzimy na najbliższy przystanek, ale ponieważ nie ma tu rozkładu jazdy, decydujemy się podejść jeszcze dalej, do centrum miasteczka. Jest okazja, by przyjrzeć się jak mieszkańcy tu mieszkają. Przy okazji trafiam na drogową ciekawostkę: dwa półokrągłe mosty na rzeczce tworzą tu rondo. Na dworcu autobusowym trafia się wcześniejszy autobus, który również zatrzymuje się przy lotnisku. Wsiadamy.

Słońce już wstało, wyspa po wspina nie coś tam coś tam wydaje się równie ładna jak wczoraj. Daleko na horyzoncie majaczy Półwysep Świętego Wawrzyńca. Przejeżdżamy pod betonowymi konstrukcjami pasa startowego. W miarę, jak na wyspie lądowały coraz większe i cięższe samoloty, pas startowy przedłużano dwukrotnie: najpierw w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, a gdy zabrakło lądu – dwadzieścia lat później dobudowano na morzu konstrukcję na palach.

Czas oczekiwania na odlot samolotu skracam sobie reperując podartą saszetkę.

– To jej ostatnia podróż! – wzdycham.

– Znajdę ci podobną w internecie – obiecuje Renata.

Odlatujemy z myślą, że chętnie byśmy tu jeszcze wrócili.

W Luton – dyskryminacja: posiadacze paszportów ukraińskich są przepuszczani bez kolejek, my karnie stoimy w gigantycznym tłumie do odprawy. Mamy cztery godziny przerwy. Zjadamy resztę porannych kanapek – to nasze drugie lub trzecie śniadanie. Jestem oburzony tym, że reklamowane wszędzie darmowe lotniskowe wifi nie działa. Czas upływa mi na pisaniu relacji, Renata tymczasem biega po sklepach i wącha perfumy.

Znów zgłodniałem. Z pożądaniem patrzę na paprykarz Renaty. „Dałem jej czekoladę, zjadła bułki i daktyle, na pewno nie jest głodna!” – myślę sobie. Czas mija, Renaty wciąż nie ma. „Chyba jednak poczekam i spytam. Szansę jedna na milion, że będzie chciała paprykarz. Miała go już dosyć!”.

Na Flightradarze24 widzę, że nasz samolot już ląduje. Zjawia się Renata.

– Zjesz? – pytam z obawą.

Renata kiwa głową i otwiera puszkę.

Ech, życie…!

Odlatujemy z godzinnym opóźnieniem. W rzędzie przede mną siedzi kobieta, starsza Polka. Wzrok ma chyba słaby, bo konwersując z bliskimi za pomocą komunikatora w komórce, używa olbrzymich liter.

„Jesteśmy przed bramkami”

„Dobrze”

„Wchodzimy na pokład”

„Napisz jak będziecie kołować”

„Kołujemy”

No fajnie!

Po starcie wyrzucam grzecznie młodą Włoszkę z miejsca obok, tak by Renata mogła się dosiąść.

– Tu będziesz bezpieczniejsza – wyjaśniam.

Kapitan przeprasza za opóźnienie lotu.

– There was a problem with our personnel in Luton…

– Sorry, kolega nie mógł lecieć, bo był na dragach, ale ja już zdążyłem wytrzeźwieć – podaję na bieżąco "wolne tłumaczenie", chociaż Renata słyszy co innego 😉.

Lot jest nudny, bez atrakcji.

– Chcesz zarobić trochę kasy? – pytam.

– Jasne.

Włączam w smartfonie „Milionerów” i próbujemy swoich sił. 32 000 złotych do przodu.

– O, popatrz! Stewardessy się rozebrały – mówię, widząc, że pod koniec lotu paradują po pokładzie już bez maseczek

W końcu Kraków. Koniec trampingu!


Jaki był ten wyjazd? Jeśliby użyć jednego słowa – napiszę: udany. Ale rozwijając odpowiedź: nie do końca jestem zadowolony. Zwiedziliśmy tylko część Madery, zabrakło mi może dwóch dni na górskie wędrówki. Czas wykorzystywaliśmy maksymalnie, ale nie sposób było uniknąć stosunkowo powolnych transferów z miejsca na miejsce. Madera jest bez wątpienia atrakcyjną dla „górskich” turystów wyspą, trzeba tylko pamiętać o deszczowym klimacie i wybrać odpowiednią porę roku. A dodatkowo trzeba dobrze sobie przygotować bazę noclegową.

Nie był to klasyczny tramping: wszystkie noclegi mieliśmy zarezerwowane, była to jednak konieczność pozwalająca obniżyć koszty. Chociaż wybieraliśmy najtańsze dostępne na 3 tygodnie wcześniej noclegi – a trzeba przyznać, że trzy z nich były w naprawdę komfortowych warunkach – to i tak koszt noclegów był najpoważniejszą pozycją w budżecie trampingu. Średnia cena za pokój dwuosobowy wynosiła 35 EUR. Przejazdy po Maderze były umiarkowanie drogie, jest tu kilku przewoźników operujących w różnych częściach wyspy a ceny biletów zależą od odległości (strefy po: 1,3 EUR, 2,25 EUR, 3,65 EUR). Na przystankach na ogół nie ma rozkładu jazdy, autobusy objeżdżają każdą wieś, więc przejazd trwa dość długo. Ceny artykułów spożywczych są wyższe niż w Polsce, ale do wytrzymania. My wydaliśmy na przejazdy około 20 EUR, na jedzenie około 8 EUR od osoby (sporo żarcia mieliśmy z domu). W sumie Madera okazała się nie aż tak droga, nawet jeśli podliczy się wizytę w Londynie.

Cieszę się, że odwiedziłem kolejny archipelag na Atlantyku. Pozostały jeszcze Wyspy Zielonego Przylądka, do których przymierzam się od dłuższego czasu. Na Wyspy Świętego Tomasza i Książęcą też miałbym ochotę. Wracając jednak do Madery, mogę powiedzieć, że jestem zadowolony, choć mam lekkie uczucie niedosytu: powędrowałbym jeszcze na wyspie górskimi szlakami…

Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej