Cel w sam raz na weekend | Kolorowa Szwecja | Spacer po Jönköping | Taki sobie wodospad | Czas na Linkoping | Jak Szwedzi żyli 100 lat temu?
– Co robisz w weekend? – pytywali mnie bliscy.
– Nie będzie mnie w domu.
– Wyjeżdżasz gdzieś?
– Tak.
– Ale gdzieś daleko? – dopytywali się.
Nie zawsze mam ochotę tłumaczyć się, co i jak. Zresztą, czy Szwecja jest daleko? Daleko to jest Nowa Zelandia, tak zwykle odpowiadam, gdy rozmowa dotyczy "dalekich podróży”. A Szwecja to właściwie nasz sąsiad, niecałe dwie godziny lotu z południowej Polski. Od pewnego czasu widziałem u tanich przewoźników bardzo dobre ceny na przelot do Malmö, Göteborga i Sztokholmu. Trzy lata temu lot do stolicy Szwecji już "wykorzystałem" na spacer po szwedzkim lesie. Tym razem skupiłem się na pozostałych dwóch lotniskach, chciałem powiązać wyjazd z przejazdem przez południową Szwecję, korzystając z miarę taniej oferty FlixBusa. Skandynawia powszechnie jest znana z wysokich cen transportu. Rozwiązania takie, jak wynajęcie samochodu lub wielodniowy bilet kolejowy (z jakiego korzystałem 30 lat temu) nie wchodziły w grę. Ostatecznie wybór padł na Göteborg, a powrót zaplanowałem ze Sztokholmu-Skavsta.
Göteborg jest już mi znany z poprzedniego trampingu, nie zamierzałem więc z lotniska przejeżdżać do miasta. Zresztą byłoby to droższe niż bilet samolotowy do Göteborga. Na szczęście FlixBus ma przystanek przy lotnisku, co pozwala od razu ruszyć w dalszą drogę. Analizując ofertę FlixBusa uznałem, że najciekawsza będzie podróż z Göteborga do Nyköping. Na tej trasie znajduje się kilka interesujących miast, należało tylko tak dobrać kursy autobusów, aby móc się zatrzymywać kolejno w tych miejscowościach. Na wyjazd przeznaczyłem zaledwie dwa dni z noclegiem w Linköping.
Wylatuję o 6:05 rano z Balic, znów więc jest wczesne wstawanie. Mam ze sobą namiot, jak zawsze śpiwór puchowy i alumatę, którą ze względu na objętość, muszę wpychać do rękawa ortalionu podczas odprawy na lotnisku. O 8:00 jestem na miejscu. Dokładnie licząc to już moja szósta wizyta w państwie Gustawa VI Adolfa.
Zrzucam trochę rzeczy z siebie, jest dziś nadzwyczaj ciepło, zabieram wodę do butelki i idę na spacer do najbliższego lasu. Mój autobus do Jönköping przyjedzie dopiero o 9:55, mam więc do dyspozycji prawie dwie godziny. To w sam raz na przechadzkę po skandynawskim lesie. Przecież tak to lubię! Leśna droga prowadzi mnie nad jezioro Kärrsjön. Brzeg porośnięty jest szuwarami, wokół las mieszany, na polankach kwitną wrzosy. Przecież jutro rozpoczyna się wrzesień. Schodzę z asfaltu i zagłębiam się w las. Z przyjemnością fotografuję różne mchy i porosty. Omszałe kamienie, krzaczki czerwonych borówek upstrzone opadniętymi z drzew żółtymi liścmi, resztki muru porośnięte mchem, czerwone owoce jarzębiny – to wszystko cieszy moje oczy.
Autobus do Jönköping przyjeżdża punktualnie. Droga na trasie liczącej 125 kilometrów zajmie nam niecałe dwie godziny. Miasto jest wielkości Tarnowa lub Gorzowa, liczy ponad 100 000 mieszkańców i leży nad Wetter, drugim co do wielkości jeziorem w Szwecji. Przypominają mi się lekcje geografii, kiedy to trzeba było znać na pamięć największe jeziora Europy. Pamiętam dotąd, że największym jeziorem Szwecji jest Wener o powierzchni ponad prawie 6000 kilometrów kwadratowych; znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ. Pierwsze wrażenia z Jönköping, jeszcze na dworcu, są zaskakujące.
– Afryka...! – o mało co nie wyrwało mi się z gardła.
Wśród kilkunastu osób na dworcu większość to czarnoskórzy lub śniadzi mieszkańcy Szwecji. Z dużą liczbą imigrantów spotkałem się już poprzednim razem w Nyköping. Szwecja i cała Skandynawia bez wątpienia zmieniły się od czasów mojej kolejowej eskapady w 1993 roku. Jeszcze parę lat temu napływ imigrantów był niesłychany. W rekordowym 2016 roku do Szwecji przybyło 160 000 imigrantów – z Indii, Bliskiego Wschodu, różnych krajów europejskich, no i właśnie z Czarnej Afryki. W sumie jest ich już prawie 2 miliony, co przy 10-milionowej populacji stanowi ewenement na skalę europejską.
[Granna – wodospad]
[opis linkoping]
W Linköping znajduje się dość znany skansen. Stare, drewniane budynki były kolejno przenoszone z centrum miasta na przedmieścia w miarę postępu prac przy unowocześnianiu miasta. Przeprowadzka trwała przez wiele powojennych lat. Uznałem, że warto odwiedzić to miejsce. Moja droga do skansenu prowadzi najkrótszą drogą czyli przez... cmentarz. Cmentarz, dodam, w stylu szwedzkim: bez kamiennych czy ziemnych nagrobków. Pionowa płyta z inskrypcją, trawnik i parę kwiatów to wszystko, czego może się spodziewać umierający tu Szwed.
Ale oto i skansen. Kilkadziesiąt drewnianych domów z podwórzami, ogródkami otoczonymi płotami, ulicami wybrukowanymi kocimi łbami. Domy w większości pomalowane są na rudy kolor, chociaż zdarzają się i seledynowe, szare i żółte. Znajduje się tu również murowany budynek Dahlebergs Café. Domy pokryte są dachówką, a każdy z nich jest wewnątrz wyposażony w oryginalne, pochodzące z początku zeszłego wieku meble. Uroku tej osadzie dodają zawieszono na budynkach oryginalne fantazyjne latarnie, których światło wieczorem nadaje odpowiedni nastrój uliczkom. Zaglądam przez okna do środka. Pokoje są udostępnione do zwiedzania, ale o tej porze skansen jest jeszcze nieczynny. Jest tu budynek poczty, jest apteka, są sklepy. Ulice są nawet oznakowane drogowskazami, a ogródki pełne kwiatów i warzyw sprawiają wrażenie, jakby gospodarze tylko na chwilę stąd odeszli. Jest już 20:00 coraz gorsze warunki do zdjęć obiecuję sobie, że jutro tu wstąpię ponownie. Na razie muszę zadbać o odpowiednie miejsce na nocleg. Opuszczam skansen.
Parę kroków dalej jest rondo, a zaraz za nimi zaczyna się las. Właściwie lasek poprzecinany siecią ścieżek. Mijam trawiaste boisko ukryte wśród drzew i, posiłkując się GPS-em, odnajduję miejsce maksymalnie oddalone od ścieżek. „No, tu będzie dobrze” – myślę sobie. Zanim rozłożę namiot, nie spiesząc się, wyciągam bety z plecaka i rozkładam się na alumacie. Namiot rozbiję nieco później, gdy się na tyle ściemni, że nie będzie on już widoczny ze ścieżek.