Dzień: [1] [2] [3] [4] [5]


Kraków – Luqa – Buġibba (St. Paul's Bay)

sobota, 15 X 2016


Nieoczekiwany wyjazd | Tarxien – starożytne ruiny | Jakoś im nie wierzę | Podoba mi się tu! | W Sanktuarium Matki Bożej z Mellieħy | Krótkie plażowanie


Jak wspominałem w poprzednich relacjach, ten rok obfituje w wiele czasem nieoczekiwanych wyjazdów. Malta, rzecz jasna, była od dawna w moich planach podróżniczych, zwłaszcza że Ryanair zapewnia bezpośrednie połączenie z tym krajem. Nie spieszyło mi się zbytnio: te rodzynki w europejskim cieście (Andorę, Monako czy Maltę) mogę poznać w dowolnym momencie przy okazji innych wyjazdów.

Ale gdy Cecile zaproponowała w miesiąc po Filipinach spędzenie paru dni jesienią na słonecznej wyspie ucieszyłem się. Jak zawsze wszystko zostawione było na ostatnią chwilę. Nie miałem czasu nawet zerknąć do sieci, by sprawdzić, co ciekawego jest do zobaczenia.

Ostatecznie nie mam czym się przejmować. Cecile kupiła przewodnik parę miesięcy temu i jest solidnie przygotowana do drogi. Miała z nami lecieć jeszcze jedna osoba, lecz kłopoty rodzinne sprawiły, że ostatecznie zrezygnowała z wyjazdu. Przepadły jej bilety lotnicze. A my musieliśmy zmienić hotel. Tym razem Cecile zapragnęła nieco wygód, a ja stanąłem na wysokości zadania, rezerwując noclegi w czterogwiazdkowym hotelu w Buġibba. Ze śniadaniem, jak się okazuje.

Lot o 7:00 rano z Balic zmusił mnie do skorzystania z dojazdu kolejką (8 zł). Przynajmniej obyło się bez nerwów, czy zdążę.

Na lotnisku w La Valletcie, na którym znaleźliśmy się po dwu i półgodzinnym locie, zrzucam ciepłe ciuchy. Upał tu prawdziwy w porównaniu z październikowym chłodami w Krakowie.

– Chciałabym dziś od razu zobaczyć Tarxien – stwierdza Cecile. – Tylko nie wiem, czy podjedziemy tam z bagażem czy podejdziemy.

– Zaraz znajdziemy autobus – stwierdzam optymistycznie.

No, na przejazdach tym razem nie będziemy oszczędzać. Kupiony przed chwilą siedmiodniowy bilet za 21 euro zapewnia nam transport po Malcie i Gozo w dzień i w nocy. Po chwili już siedzimy w autobusie X3 i podjeżdżamy do Paola – satelickiego miasta La Valletty.

– Musicie przejść 4 skrzyżowania i skręcić w lewo – tłumaczy zapytany o drogę staruszek na przystanku.

Od pierwszego kroku miasteczko robi na mnie pozytywne wrażenie. Piętrowe lub dwupiętrowe kamienice często zbudowane są z żółtego piaskowca i z rzadka tynkowane lub malowane. To sprawia, że ulice wydają się jasne i zadbane, tworząc typowy śródziemnomorski klimat.

– Patrz jakie to ładne – wołam do Cecile, idącą parę kroków przede mną.

Fotografuję umieszczone przy drzwiach miniaturowe płaskorzeźby lub malowane płytki z postaciami świętych. Zanim wyjdziemy na teren ruin antycznego miasta zaglądamy na miejscowy cmentarz (Ċimiterju Tal-Erwieh). Jest niewielki, ale bardzo mi się podoba za sprawą mnóstwa figur ustawionych przy grobach. Wiele nowszych nagrobków opatrzonych jest kolorowym zdjęciem pochowanej osoby, jednak najbardziej interesujące są rzeźby marmurowych i kamiennych aniołów i anielic oraz płaskorzeźby przedstawiające Świętego Józefa z Dzieciątkiem lub Chrystusa. Naszym celem jest hypogeum Hal Safline (Ħal Saflieni Hypogeum) – podziemne miasto z 2500 r. p.n.e. Określenie miasto jest zdecydowanie na wyrost. Powierzchnia, na której znajdują się podziemne komory, to raptem 8 arów. Jest uważane za podziemne nekropolium, w którym znajdują się szczątki co najmniej 7 000 osób zapewne. To hypogeum pełniło również funkcję sanktuarium, na co mogą wskazywać resztki kapliczki na powierzchni. W sanktuarium wierni mogli zasięgać rady wyroczni pod przewodnictwem licznego grona przeszkolonych tu kapłanów, którzy między innymi praktykowali onejromancję, czyli interpretowali sny wywoływane przez wiernych śpiących w niszach, które do dziś można zobaczyć w hypogeum. Gdy sanktuarium z biegiem czasu okazało się mniej atrakcyjne lub nieodpowiednie, tajemnicze jaskinie, które zyskały sławę jako świątynia, zostały uznane przez pobożną ludność za odpowiednie miejsce do pochówku zmarłych. Tak przynajmniej mówi jedna z teorii. Komory grobowe usytuowane są na trzech poziomach, częściowo wykorzystano naturalne jaskinie, a częściowo rozszerzono je, ryjąc w miękkim wapieniu prymitywnymi narzędziami. Na miejscu okazuje się, że obiekt jest zamknięty do odwołania. Trwają prace konserwatorskie i modernizacyjne związane z nadmiernym ruchem turystycznym. Bywałem jednak w takich podobnych miejscach od choćby w Derinikuyu (Kapadocja), czy w Pafos (Cypr), więc specjalnie nie żałuję.

W tej sytuacji kierujemy się na teren wykopalisk z tego samego okresu – zespołu neolitycznych świątyń. Odkrywka archeologiczna jest częściowo zadaszona przy użyciu lekkiej metalowej konstrukcji. Miejsce zostało odkryte stosunkowo późno, bo w 1902 roku. Podczas prac budowlanych napotkano podziemną cysternę, lecz znalezisko zostało zlekceważone. W 1913 roku miejscowi rolnicy orząc pole natrafili na kilka wielkich głazów, których nie potrafili się pozbyć. Kolejne megality odkryto w 1936 roku podczas kopania grobów na pobliskim cmentarzu.

Płacimy za wstęp i wchodzimy na teren wykopalisk. Już na pierwszy rzut oka to, co wydobyto z ziemi wskazuje na chaotyczny, a przynajmniej skomplikowany układ murów i pomieszczeń. Chodzimy więc wyznaczonymi ścieżkami między wielkimi blokami, niektóre z nich pokryte są prymitywnymi reliefami. Wśród nich – spirale, jeden z powszechnie używanych znaków z epoki neolitu symbolizujących cykliczność życia, ruch Słońca i Księżyca oraz zmiany pór roku. Wiele kamiennych bloków jest starannie obrobionych i nie chce mi się wierzyć, że mają więcej niż 2000 lat. Tak zwana Południowa Świątynia ma kilka półokrągłych absyd ulokowanych wokół centralnego pomieszczenia.

– Widzę, że spora część budowli została zrekonstruowana – zauważam z niesmakiem, czytając informacje z tablic informacyjnych.

– Ale to i tak wszystko bardzo ciekawe…

Przychodzimy do Centralnej Świątyni zbudowanej, co rzadko się zdarza, na planie z sześcioma absydami. Od wschodu do ruin przylega kolejna, niewielka świątynia – również z czterema absydami. Tablica informacyjna mówi, że stoimy przed najstarszą częścią kompleksu datowaną na 3600-3000 lat p.n.e. Każe interpretować ułożone w krąg niewielkie kamienie jako część absydy, a kilka kamieni ułożonych w jednej linii jako próg otworu drzwiowego. Jak dla mnie – zwyczajna ściema. Kamienie w żaden sposób nie są związane z podłożem, a informacja, że ta warstwa została rozorana przez dwudziestowiecznych rolników jasno wskazuje, że ciężko tu mówić o wiernym odtworzeniu planu ewentualnej budowli. W pamięci mam słowa archeologa pracującego w Petrze (Jordania), który ocenił opisywane w przewodniku tamtejsze Łaźnie Nabatejskie krótko: "Just an imagination". Doceniam trud pracy archeologów, ale cenię również prawdę. Jeśli na polu znajduje się zgromadzoną przez rolnika kupę kamieni, to trzeba sobie powiedzieć "Nie wiem”, a nie tworzyć fantazyjne wzory nieistniejących zamków i świątyń na ziemi.

A oto przede mną kolejny fragment wykopalisk: potężne wielotonowe ustawione pionowo bloki. A na nich kilka mniejszych ciosanych kamieni ułożonych w stos. Czy rzeczywiście w tej kolejności były ułożone? Czy też znów zadziałała fantazja archeologa? To można ocenić tylko w momencie odkrywania danego miejsca. Zaglądamy jeszcze do salki wystawowej gdzie zgromadzono parę kamiennych i glinianych artefaktów i ruszamy dalej.

Idąc uliczkami Paoli, raz pierwszy trafiamy na specyficzną dla charakterystyczną dla Malty architekturę domów – wystające z lica fasady zabudowane werandy. Utrzymane są w pastelowych barwach i dają przyjemny dla oka widok.

– Fantastyczne są te uliczki – nie mogę powstrzymać się przed wyrażaniem zachwytów.

Wciąż przystaję, fotografując bramy, drewniane balustrady balkonów, kraty w oknach, attyki i miniaturowe płaskorzeźby tu i ówdzie, jakby od niechcenia, umieszczone na fasadach. Zachwycam się również narożnymi niszami z pomnikami świętych, matki boskiej i Jezusa. Przyznaję, że uwielbiam takie jednorodne w charakterze miasta. Idąc dalej taką malowniczą ulicą (Triq il-Qalb ta' Gesù) dochodzimy do kościoła pw. Chrystusa Króla (Il-Bażilika ta’ Kristu Re).

– To ponoć największy kościół na Malcie – zauważa Cecile.

Świątynia ma faktycznie znaczące rozmiary. Trójnawowa bazylika na planie krzyża łacińskiego wznosi się na wysokość 60 metrów, a do środka neoklasycystycznej budowli prowadzą trzy bramy w heksastylowym portyku. Chociaż wykorzystano do budowy żelbeton, a świątynia liczy nie więcej niż 70 lat już została wpisana do rejestru zabytków maltańskich zabytków.

– Myślę, że wystarczy na razie tego zwiedzania – stwierdzam.

– Tak. Chciałabym już dostać się do hotelu i odpocząć trochę.

Odszukujemy przystanek autobusowy Paola-Nazzarenu i wsiadamy do autobusu X2.

Do naszego miejsca noclegowego to jest miejscowości Bugibba w San Paul Bay jest około 20 kilometrów. Nasz autobus zatrzymuje się na każdym przystanku, odwiedza wszystkie możliwe miejscowości po drodze. Podróż więc potrwa ponad godzinę.

– Dobrze chyba zrobiliśmy, odwiedzając od razu Tarxien…

– To było po drodze z lotniska do hotelu. Nie musimy już tam wracać. Szkoda, że podziemia były niedostępne.

– Zgadza się.

Wysiadając z autobusu, obfotografowuję wszystkie rozkłady jazdy na przystankach. Teraz czeka nas jeszcze 15-minutowy spacer do hotelu. Standard naszego pokoju jest przyzwoity: jest nowocześnie urządzony, z niewielkim balkonem i widokiem na basen. Odświeżamy się, szybka przekąska, kawa i... jedziemy dalej zwiedzać. Mamy przecież tylko 4 dni na poznawanie Malty. Cecile jest przyzwyczajona, że trampingi ze mną są bardzo intensywne. Poza tym mamy wielodniowe bilety autobusowe i chcemy je wykorzystać na maksa.

Ruszamy w kierunku zachodnim, trasa prowadzi w pewnej odległości od morza. Wysiadamy w miejscowości Mellieħa. Miasteczko jest atrakcyjnie położone na wzgórzu, co zresztą znalazło odbicie w jego herbie. Podjeżdżając tu, nie byliśmy świadomi, że znajduje się tu dość sławne Sanktuarium Matki Bożej z Mellieħy (Is-Santwarju tal-Madonna tal-Mellieħa). Widząc jednak w oddali wysoko położoną świątynię, ruszamy stromymi uliczkami w jej kierunku. Przechodzimy przez barokową bramę i naszym oczom ukazuje się Kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny (Knisja Parrokjali tat-Twelid tal-Vergni Marija). Zbudowany w eklektycznym stylu pod koniec XIX wieku ma dwie bliźniacze dzwonnice i kopułę z charakterystycznym czerwonym pokryciem, co czyni świątynię wygodnym punktem orientacyjnym w całej okolicy. Dwa zegary na wieżach wskazują dwie różne godziny, być może obowiązują tu różne strefy czasowe 😉. Wewnątrz znajduje się parę wartościowych obrazów, między innymi dzieła maltańskich malarzy Giuseppe Calì i Lazzaro Pisaniego. Czy tak jest faktycznie, pozostanie dla mnie zagadką, gdyż kościół jest zamknięty.

Zaglądamy natomiast do wspomnianego sanktuarium maryjnego. Pierwotnie w nadmorskiej wapiennej jaskini urządzono kaplicę, w wiekach średnich konsekrowano jako kościół. Za ołtarzem znajduje się ponoć XII-wieczny fresk w stylu bizantyjskim przedstawiający Matkę Boską w wersji Hodegetria (tj. ta, która wskazuje drogę) – najstarszym i najbardziej rozpowszechnionym kanonie ikonograficznym przedstawiającym Maryję, trzymającą na lewym ręku Dzieciątko Jezus, a prawą dłonią wskazującą na niego. Jakoś nie możemy dojrzeć tego fresku, widać tylko „pozłacane” malowidło z Maryją na łuku ponad ołtarzem. W XV wieku kościół się rozrósł, wkrótce dorobiono legendę głoszącą, że św. Paweł i Łukasz byli pierwszymi pielgrzymami w jaskini. Sława sanktuarium rosła, zwłaszcza po powstanie na Malcie (1425–1428) skierowanym przeciwko aragońskiemu szlachcicowi Gonsalvo Monroyowi noszącemu tytuł hrabiego Malty. W 1644 roku Mario De Vasi, handlujący winem kupiec rodem z Sycylii powiększył i upiększył kościół i zapłacił za ustanowienie w pobliżu skalistej krypty znanej jako Il-Madonna tal-Għar. Zaglądamy do środka, później na pobliski cmentarz.

Czas na plażę. Najbliższa, Mellieha Bajja, znajduje się w odległości 500 metrów. Nie jestem fanem plażowania, nie wiem też, gdzie na Malcie znajdują się najpiękniejsze plaże. Aczkolwiek wiem, że dla wielu wczasowiczów wybór – jak to się teraz brzydko mówi – urlopowej destynacji, jest uzależniony od jakości lub renomy najbliższej plaży. Mało tego: z ich punktu widzenia kluczowe jest to, czy hotel znajduje się w pierwszej czy w drugiej linii od morza. Bardziej odległa lokalizacja skreśla hotel z obszaru zainteresowania. Cóż. Każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości.

Dziesięć minut później rozkładamy się na plaży. Jest atrakcyjnie położona w głębi zatoki Il-Bajja tal-Mellieħ. Jest długa, ciągnie się na odcinku kilometra, a piasek jest drobny. Łagodne zejście na plażę jest dużym plusem na tej górzystej wyspie ze skalistymi na ogół wybrzeżami. Choć to już połowa października, temperatura wody w zatoce jest wystarczająca by dziesiątki turystów korzystało z możliwości kąpieli. Z przyjemnością odnotowuję obecność wielu zgrabnych dziewczyn i kobiet na plaży. Często po sezonie w takich miejscach przeważają importowane kaszaloty z Niemiec lub Polski.

Dziś kąpać się nie będziemy. Cecile woli się poopalać, ja ograniczam się do moczenia nóg w wodzie. Przyjemnie spędzamy czas.

W zatoce zakotwiczyło dziesiątki łodzi. Niektóre z nich są wymalowane w niebiesko-czerwono-zielono-żółte pasy.

– Spodziewam się, że więcej takich łodzi będzie w Marsaxlokk – zauważam.

– Już się cieszę, że tam pojedziemy.

Czas na powrót do hotelu, zrobił się wieczór. Wdrapujemy się stromymi uliczkami do Mellieħ, odszukujemy przystanek autobusowy i wracamy do Bugibby. Po kolacji wybieramy się jeszcze na nocny spacer po okolicy, ale opustoszałe uliczki bez kurortowej atmosfery zniechęcają nas. Przed snem wpatruję się jeszcze na podświetloną, błękitną taflę hotelowego basenu. Przez głowę przelatuje mi myśl, że nie pasuję do tego miejsca.

– Co robimy jutro? – pyta Cecile kładąc się do łóżka.

– Możemy pojechać na Gozo, ok? Albo na jakąś plażę.

– Dobrze, zobaczymy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej