Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
Poranne plażowanie | Chłopak bez wyobraźni | Odlatujemy
Lot do Barcelony jest o 20:20. Opuszczamy hostel tuż po 16:00. Na rogu ulicy, skąd odjeżdżają autobusy do Veron, siedzi miejscowy chłopak.
– Parada para Veron aqi? – pytam swoją płynną hiszpańszczyzną.
Chłopak potwierdza i coś tam jeszcze mamrocze po swojemu. Po chwili podjeżdża autobus do Laguna Coco.
– Idź sprawdź, czy możemy nim jechać – woła Małgosia.
Nie możemy.
– Proxima – mówi kierowca i kręci głową.
Trochę się nam dłuży czas. Podjeżdża motocyklista i proponuje podwózkę na lotnisko.
– Zabawne. Czy on nie ma wyobraźni, proponując przejazd na lotnisko motorem dwóm osobom z czterema w sumie plecakami? – zastanawiam się głośno.
Małgosia chce coś odpowiedzieć, ale macham ręką, widząc nadjeżdżający autobus.
– Jedzie nasz – mówię i chwytam swój plecak wpychając się przednim wejściem.
Kierowca mruczy, że wsiada się środkowym. OK. Następnym razem.
Jedziemy. Autobus wyjątkowo zatłoczony, ale moje moja siwizna zachęca lokalsów do ustąpienia miejsca.
– Gracias, de nada – uśmiecham się i wskazuję miejsce Małgosi.
Przejazd trwa wyjątkowo długo, choć to tylko 10 kilometrów. Po 30 minutach wysiadamy pod jakimś centrum handlowym z wielką kolejką do bankomatu (ciekawe; muszę sprawdzać czy w dniu wypłaty w Polsce też są kolejki).
– Donde supermercado aqi? – pytam zaspanego młodzieńca.
Jest gotów nas tam zaprowadzić. Nic z tego, wystarczy wskazać nam kierunek Kupujemy wodę za 30 DOP. Małgosia bez słowa przechodzi przez ruchliwą ulicę – zauważyła punkt gastronomiczny po drugiej stronie. Ja jakoś nie zajmuję sobie głowy takimi głupstwa mi, jak brak obiadu. Już przymierzamy się do zakupu empanad podobnych do tych, które jedliśmy w Ameryce Południowej parę lat temu, gdy Małgosia dostrzega we wnętrzu budynku knajpkę i tam się kierujemy. Bierzemy wołowinę podawaną osobno w misce, makaron i pieczony banan (2 razy 150 DOP).