Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
Ruszamy do Higüey | | | | | | |
Dziś dzień transferowy: lecimy do Dominikany. Przede wszystkim nie możemy spóźnić się na samolot odlatujący o 9:55. Na szczęście o tej porze nie ma problemu z komunikacją miejską, podjeżdżamy autobusem na lotnisko (5,9 €). Pogoda jest piękna, słoneczna choć mroźna. Odlatujemy w dobrym nastroju, chociaż gdzieś na dnie duszy czai się niepewność, czy uda nam się dziś dotrzeć z lotniska do Santo Domingo.
To już moja piąta podróż przez Atlantyk. Choć tym razem nieco krótsza niż poprzednie: do Punta Cana, gdzie wylądujemy z Barcelony jest 7050 kilometrów. Iberia karmi nas dobrze, zresztą nigdy nie narzekam na posiłki w samolocie.
Lotnisko w Punta Cana. Odbieramy bagaże. Musimy jeszcze kupić trochę miejscowej waluty. Wymieniam 50 dolarów na 1950 peso dominikańskich. Zanim ustawimy się w długiej kolejce do odprawy, musimy kupić tarjeta turistica, czyli kartę turystyczną. Ten podatek wjazdowy kosztuje nas po 10 USD i pozwala na przebywanie w Dominikanie przez miesiąc. Większość pasażerów udaje się do jednego z wielu hoteli na północnym wybrzeżu w pobliżu Punta Cany. My jednak kierujemy się na południe, do stolicy republiki, czyli do Santo Domingo. Chcemy przy okazji odwiedzić miasto Higüey znane przynajmniej wśród miejscowych katolików jako centrum pielgrzymkowe.
Z terminala przechodzimy kilkaset metrów na pobliską drogę nr 3 i zasięgamy języka.
– Autobusy do Higüey jeżdżą często – mówi stewardesa, która również czeka na przystanku.
Po chwili nadjeżdża stary zdezelowany autobus. Płacimy u kierowcy po 120 DOP-ów. W autobusie Małgosia kontynuuje rozmowę z ze stewardessą.
– Mieszkam w Higüey, też tam jedziecie?
– Dzisiaj jedziemy do Santo Domingo, ale chcemy zobaczyć kościół w Higüey.
– To bardzo ciekawe miejsce, dużo pielgrzymów tam przyjeżdża. Zdarzają się cuda i uzdrowienia.