Lecimy do Prowansji! | Wieczór w Marsylii
Powoli dobiega końca rok 2017. Bardzo udany rok podróżniczy. Odwiedziłem w tym roku 12 krajów na czterech kontynentach. Przyznaję, że europejskie tanie linie lotnicze rozpieszczają klientów stosunkowo niskimi cenami biletów, zachęcając ich do wyjazdów. Przyznaję również, że mój apetyt na wyjazdy wcale się nie zmniejsza. Zaledwie miesiąc temu wróciłem z krótkiego wypadu do Francji i Andory. A teraz znów wybieram się do Francji – tym razem do Prowansji. Lecę z Cecile, która po długim i nieco męczącym trampingu do Meksyku zapowiadała, że to już ostatni raz.
– Ale Francja to Europa, mogę lecieć – tłumaczyła się teraz.
To będzie krótki wypad, zaledwie czterodniowy. A głównym motywem, które mnie pchnął do tego wyjazdu, była chęć zobaczenia mostu w Awinion oraz akweduktów Pont du Gard.
– Tam w Awinion jest również zamek papieży – mówiła Cecile przez wyjazdem – musimy go koniecznie zobaczyć, nie tylko most!
Przyznaję rację Cecile. Historia Francji i papiestwa nierozerwalnie związana jest z Awinion.
– Jest jeszcze kilka innych miejsc, które warto byłoby zobaczyć – uzupełniam.
– Co masz na myśli?
– Na przykład Nimes. No i samą Marsylię.
Od Marsylii właśnie zaczniemy. Za chwilę startuje nasze samolot, jak zwykle mamy ze sobą tylko bagaż podręczny. Na lotnisku w Marsylii jesteśmy o 19:25. Odnajdujemy przystanek autobusowy i podjeżdżamy do centrum (8,30 €).
O tej porze jest już noc, niewiele dziś zobaczymy. Priorytetem jest dostać się do hotelu, zwiedzanie zostawimy na ostatni dzień wyjazdu. Po ostatnich meksykańskich doświadczeniach, kiedy Cecile nie zawsze była zadowolona z jakości noclegów, postanowiłem oddać w jej ręce bukowanie hoteli. Jeśli będzie narzekać, to pretensje nie będą do mnie. Nasz hotel Colberg mieści się przy rue d’Aix pod numerem 4 w starej kamienicy. Na szczęście pokój jest odnowiony i chociaż ma bardzo surowy wygląd i rozmiar celi we francuskim więzieniu, to, jak dla mnie, jest w porządku. Może poza ceną.
– Za 33 euro nie powinniśmy mieć większych oczekiwań – stwierdzam po zameldowaniu się.
Jest już koło 21:00. Zagotowuję wodę na kawę i herbatę.
– Może byśmy jeszcze gdzieś się przeszli? – sugeruję.
– Możemy iść, ale nie na długo.
Dochodzimy pod niewielki łuk triumfalny. To pochodzący z 1839 roku Porte d'Aix. Przypomina nieco Łuk Tytusa, na fasadach i bokach znajdują się płaskorzeźby przedstawiające sceny bitew pod Austerlitz, Fleurus i Heliopolis. Robię parę fotek.
Chociaż to południe Francji, to wieczór jest chłodny.
– Wracajmy! – mówi Cecile – Zimno mi jest.
– Tak jest – przytakuję – Zresztą jutro musimy wcześnie wstać.