Plaże i groty | To był udany wyjazd!
Dziś ostatni dzień krótkiego wyjazdu. Samolot mamy wieczorem, dopiero o 23:00, mamy do dyspozycji cały dzień, potraktujemy go wypoczynkowo. Renata chce utrwalić opaleniznę, idziemy na miejską plażę.
Podczas 50-minutowego spaceru staram się wybierać ulice, którymi nie szliśmy. W końcu dochodzimy do Monumento ai Caduti, pomnika upamiętniającego poległych w I wojnie światowej. Ma postać monoptera, okrągłej świątynki, w której ozdobny fryz wsparty jest na 8 doryckich kolumnach wykonanych z wapienia istryjskiego. Pomnik usytuowany jest na eksponowanym wysokim brzegu Adriatyku, do którego schodzą imponujące schody z półokrągłymi podestami (Scalinata del Passetto). Zadbano również o tych, którzy od używania schodów wolą windę.
Schodzimy na plażę. Określenie „plaża miejska”, które nas tu przywiodło, jest nieco na wyrost. Brakuje tu nie tylko piasku, czy drobnych kamieni. Przed sobą mamy płaską, wybetonowaną powierzchnię.
– No nie! – wzdycham.
– No nie! – powtarza Renata.
Ruszamy w kierunku północnym. Tu znajduje się szereg grot wykutych w skale (Grotte del Passetto) i przeznaczonych na hangary dla łodzi. W przypadku ich braku wykorzystywane są jako składziki lub warsztaty. Groty są raczej dziełem rąk ludzkich, wykute w regularnych odstępach pomieszczenia są zamknięte półokrągłymi drewnianymi bramami. Większość z tych bram ma estetycznie pomalowane na różne kolory elementy, co sprawia, że całość jest bardzo fotogeniczna. Plaża się zwęża, obok betonu pojawia się trochę kamyków. Rozkładamy się na skale.
Przez najbliższe godziny cierpię. Mękę opalania się urozmaicam sobie krótkimi spacerami tam i z powrotem. Niebo jest nieco zachmurzone, słońce umiarkowanie przyświeca. Kąpać się nie będę, woda ma zbyt niską temperaturę. Z braku pomysłów na inną aktywność, kładę się obok Renaty i przysypiam.
– Która godzina? – pytam później, przebudzając się.
– 16:00.
– O rany, trzeba się zwijać.
Musimy przejść przez całe miasto i dotrzeć do dworzec. Teoretycznie moglibyśmy podjechać jakimś autobusem, ale chcemy jeszcze przejść przez tę część miasta, której jeszcze nie znamy. Na przystanku przed dworcem trochę zamieszania, bo brakuje oznakowania przystanku z logo autobusu Rafaello. Spotykamy potem kilku Polaków również czekających na transport na lotnisko autobus.
– Mamy jeszcze trochę czasu. Coś bym zjadła – stwierdza Renata.
– Tam jest pizzeria, może spróbujemy.
Średnio mam ochotę na pizzę. Ta włoska wydaje mi się wyjątkowo cienka, więc poprzestaje na małym kawałku wziętym od Renaty. Wkrótce podjeżdża Aerobus Rafaello i pół godziny później jesteśmy na lotnisku. Na krakowskie Balice docieramy po północy i ostatnim nocnym autobusem podjeżdżamy do centrum.
I to tyle wycieczki. Cieszę się, że w końcu wyrwałem się z domu i spędziłem parę dni z Renatą, a przy okazji poznałem jeszcze jeden region we Włoszech. Szkoda, że nie udało się połączyć wyjazdu do Ankony z Pescarą, rekompensatą była wycieczka do prześlicznego Urbino oraz wizyta w Parco Regionale Naturale del Conero. Wciąż tęsknię za prawdziwymi długimi wyjazdami trampingowymi. Jestem przekonany, że ten wypad do Włoch nie będzie ostatnim wspólnym wyjazdem, już planujemy kolejne. Ja wciąż namawiam Renatę na Kolumbię, ona optuje za czymś bardziej cywilizowanym na początek. Ustalamy, że będzie to Madera. Wylot już za kilka tygodni.